Gość: Anna K.
IP: *.crowley.pl
08.02.06, 19:48
Nie pracuję zaledwie od tygodnia, zaledwie...mhm...dla mnie to już cała
wieczność, ale nie w tym rzecz. Problem polega na tym, że wszyscy oczywiście
gratulują mi, że wyrwałam się z piekła wyzwisk, poniżenia, podejrzeń, udają
podziw, że się nie dałam do końca wykiwać i... wycofują się ze znajomości ze
mną. Cóż, świat nie lubi przegranych, no bo w tym kraju "niemanie" pracy
(czytaj: rychłe "niemanie" kasy) to degradacja, śmierć towarzyska. Nagle nikt
nie ma czasu, żeby pogadać (staram się nie narzekać, nie ciągnąć tematu
bezrobocia, bo to bolesne), wszyscy zajęci, oczywiście pracą, "sorry, no
wiesz, praca, tyle obowiązków" (cholera, jak ja bym była conajmniej dekadę
bezrobotna). Znajoma, której to ja "załatwiłam" pracę, robi się nieuchwytna,
omija mnie, jak zarazę, mąż nagle zaczął mi robić wykłady, że "musimy
oszczędzać" (a ja zawsze byłam sknerą, więc co mam jeszcze zrobić, nie
jeść?), teraz to są "jego pieniądze", a mnie szlag trafia, jak mi złośliwie
oznajmia, "ja wychodzę do pracy, a ty sobie wypoczywaj". Ku...a, chce mi się
wyć, czy ja już tylko nadaję się na wysypisko? Zawsze byłam aktywna zawodowo,
a teraz dołek i wszyscy mają mnie gdzieś. Ja już nawet nie chcę się nikomu
wyżalać (pomijając to forum), po prostu jakieś życzliwe słowo by mi się
przydało. W końcu nie raz ja komuś współczułam, współuczestniczyłam w
poszukiwaniu pracy przez znajomych, przejmowałam się ich problemami, a potem
cieszyłam z ich sukcesów. Czemu nie warto przejmować się innymi, a należy
dbać tylko o własny tyłek, czemu? Utwierdzam się w tym każdego dnia...