andy_sz
15.09.04, 02:57
Wstrzasnal mna ostatnio taki artykul:
O desperacji pacjentów, którzy odchodzą z kwitkiem od drzwi lekarskich
gabinetów, bo skończyły się limity, pisaliśmy dziesiątki razy. Niestety,
dzielący publiczne pieniądze Narodowy Fundusz Zdrowia jest wciąż bezduszny.
Brak pieniędzy jest powodem, że kilku słupskich pacjentów musiało czekać
wiele miesięcy na specjalistyczną wizytę u proktologa - specjalisty chorób
jelita grubego. Gdy się już doczekali, usłyszeli, że mają zaawansowanego raka!
Pięćdziesięciolatek z podsłupskiej wsi, z którym udało nam się porozmawiać,
jest po operacji. - To, co powiedział doktor, było szokiem. Ale co mogę
zrobić? - mówi ze łzami w oczach. - Mogę tylko mieć nadzieję, że wyzdrowieję.
Modlę się o to.
Niestety, specjalista proktolog Maciej Pasieka, szef słupskiego oddziału Izby
Lekarskiej, nie ukrywa, że rokowania w stwierdzonych przez niego przypadkach
raka jelita grubego dobre nie są, między innymi z powodu tak późnego ich
wykrycia. Zdecydował więc, że trzeba przerwać zmowę milczenia. O sytuacji
poinformował Henryka Wojciechowskiego, dyrektora NFZ w Gdańsku i prezydium
Izby Lekarskiej. - Nie ma większej przykrości dla lekarza, niż rozpoznanie
choroby nowotworowej z wielomiesięcznym opóźnieniem, bo tyle wyniósł czas
oczekiwania na wizytę ze względu na bardzo małe ubiegłoroczne limity. Teraz
problem limitu już nie istnieje, bo poradnia została całkowicie
zlikwidowana! - mówi oburzony doktor Pasieka.
Jeszcze kilka lat temu do poradni proktologicznej w Słupsku zgłaszało się
około 100 pacjentów miesięcznie. W ubiegłym roku limit wynosił 8 chorych
miesięcznie. W tym - zero! - Nie podpisaliśmy umowy na tę poradnię, gdyż
fundusz zaproponował nam śladowe ilości świadczeń - wyjaśnia Andrzej
Piotrowski, dyrektor słupskiego szpitala.
Co na to NFZ? - Zadzwoniła do mnie pracownica oddziału z Gdańska i
powiedziała, że... dyrektor nie wie o co mi chodzi i co ma mi odpowiedzieć -
stwierdził M. Pasieka. Natomiast rzecznik NFZ w Gdańsku Mariusz Szymański
przekazał nam dwie wiadomości: złą, bo w tym roku o przywróceniu poradni nie
ma mowy i dobrą - poradnia wróci od stycznia.
PIerwsza rzecz jaka przychodzi mi do glowy stawiajac sie w sytuacji tego
czlowieka, to wytoczyc ogromny proces calemu zafajdanemu NFZowi. W takim
przypadku, z taka choroba, nie zalowalbym pieniedzy na najlepszych prawnikow,
zeby ukarac tych NFZowskich pajacow i wyciagnac ogromne odszkodowanie. Nie
miesci mi sie to w glowie jak w cywilizowanym kraju moze dojsc do takich
sytuacji. Mnie samemu czesto wydaje sie smieszne funkcjonowanie zachodniego
prawa i mozliowosc ciagania po sadach o byle jakie sprawy, ale tutaj sprawa
jest ludzkie zycie i na pewno do czegos takiego na zachodzie by nie doszlo.
Jak to jest mozliwe ze w pelnym obywatelskich organizacji i roznego rodzaju
pozarzadowych fundacji wciaz dopuscza sie do tego, by kosztem pacjenta
prezesi tych pseudo-prospolecznych instytucji zarabiali dziesiatki tysiecy i
przeznaczali miliony na beznadziejna administracje, a zwykli ludzie umierali
ze wzgledu na brak profilaktyki i badan. To sie do jasnej cholery musi
zmienic, no bo kto to nazwie normalnym systemem?
A z drugiej strony, z nieco chlodniejszym wyrachowaniem, to co pomoze
kolejne odszkodowanie, nadwerezy i tak skromny budzet NFZowski i zabraknie
kasy na kolejne badania. Wiec moze zaczac od oszczednosci na urzednikach, a
nie na pacjentach...
Co na ten temat sadzicie?