Gość: JoP
IP: 213.134.133.*
07.02.02, 11:06
Postanowiliśmy sobie kupić meble do kuchni. Taki kaprys. No i pojawił się
problem wyboru: badziewie za 700zł/mb odpadało w przedbiegach, nie chcieliśmy
też wydać na meble równowartości samochodu. Początkowo myśleliśmy o IKEI, i
nawet jedne meble nam się spodobały, ale naszła nas refleksja: wcale nie tak
tanio, tylko standardowe szafki, może jednak dać zarobić jakiemuś rodzimemu
rzemieślnikowi, który za mniejsze pieniądze zrobi nam kuchnię na wymiar, albo
jakieś studio meblowe?
Akt pierwszy, czyli studio meblowe E.
Jeszcze jakiś czas temu oglądaliśmy tam meble i jedne nas zachwyciły. Cenowo
też były do przyjęcia. Niestety, w tzw. międzyczasie kuchnię zamówił tam
kolega. I zaczęły się schody. Projektantka najchętniej zaprojektowałaby mu
kuchnię "na niewidzianego", nie oglądając wnętrza… bo się bała przyjechać
(samotny facet, podejrzane, na pewno całe kupowanie to tylko pretekst i od razu
ją zgwałci na świeżo położonych gresach). Przy projektowaniu też było
zabawnie: "blaty niech pan kupi gdzie indziej, bo u nas są drogie i kiepskie,"
cokoliki miały być bukowe, okazało się, że nie ma, są wyłącznie aluminiowe i
kosztują dwa razy tyle. Ale najlepszy numer nastąpił, kiedy facet miał już
kuchnię pomalowaną i położone gresy dobrane pod kolor zamówionej kuchni:
okazało się, że nie zrobią mu tego koloru, bo… akurat go nie produkują.
Człowiek ma więc szafki w cenie 9k PLN, przy których sam załatwiał i woził
blat, sam szukał firmy, gdzie mu pomalują fronty na wymarzony kolor i sam je
tam woził tam i z powrotem. Przy montażu też było zabawnie: panowie zrobili mu
w domu burdel, że proszę siadać, nie posprzątali, oświadczyli, że pudła wynoszą
tylko po szafkach, po sprzęcie AGD już nie (kupiony w tej samej firmie),
zamiast wkleić mu szybki do szafek – zostawili mu je i wręczyli tubkę silikonu,
żeby zrobił to sam (a co to on jest, Adam Słodowy?), a przezroczysty pasek,
który montuje się na styku szafek z podłogą, żeby paprochy nie właziły pod
spód, wyrzucili, bo nie wiedzieli co to jest. Zabawna była też historia z
szafkami w aluminiowych ramach: pani powiedziała, że tam jest tylko jeden
rodzaj uchwytów, bo szafki przyjeżdżają z fabryki już gotowe; trudno,
stwierdził kolega, będą miał dwa rodzaje uchwytów przy szafkach. Oczywiście
przyjeżdża ekipa i na miejscu wierci szafki oraz przykręca te niepasujące
uchwyty…
Akt drugi, czyli może jednak pan fachowiec-montażysta
Znajoma poleciła mi fachowca montującego kuchnie. Ze swojej zadowolona bardzo.
Pan miły i sympatyczny, przyjechał, obmierzył, problem zaczął się, kiedy
przyszło do wybierania frontów. Pan ma w ofercie to, co sprzedaje hurtownia B.,
więc żeby to obejrzeć, trzeba do niej pojechać. To jest kilkadziesiąt km od
Krakowa, czynne do 18.00, więc nie tak łatwo tam trafić, jak się pracuje do
17.00. Wreszcie udało się, i załamka. Wybór żaden, a to co jest – jest po
prostu brzydkie, pod gust strasznego mieszczanina, który lubi witrażyki i
imitacje rattanu. Jedyne akceptowalne, buk –ramka, myślimy nad nim długo, aż
pani nam w końcu brutalnie uświadamia, że jeśli zdecydujemy się na wypełnienie
bukowe, to ono będzie znacznie ciemniejsze niż otaczająca je teoretycznie też
bukowa ramka. Przyglądamy się tej okleinie – ohyda, z kilometra widać, że
plastyk. Z żalem rezygnujemy z miłego pana, ale stosunkowo niska cena i sprawna
obsługa nie są wystarczającym uzasadnieniem dla kupowania mebli, które nam się
po prostu nie podobają. Poszukiwania po innych podobnych "panach fachowcach
full service" dają efekt identyczny – oni tylko mają gotowe fronty z B. i nic
poza tym.
Akt trzeci, czyli studio meblowe W.
Najpierw zachwyt – mają to, co chcemy (jasna ramka bukowa), pan długo mówi,
jakie to wspaniałe meble, ile lat gwarancji na elementy, jakie możliwości, bo
to meble absolutnie na zamówienie, w pełni konfigurowalne. Schody zaczynają się
przy pytaniu o cenę – żeby podać cenę muszą zrobić projekt, za projekt trzeba
zapłacić 500 PLN. Tłumaczę facetowi, że projekt mi na kija, kuchnia jest akurat
taka, że wiele się nie nakombinuje, schemat szafek mam rozrysowany, a i też nie
domagam się, żeby ktoś mi podawał cenę z dokładnością do 100 zł, ostateczny
projekt dopracujemy, jak zdecyduje się na ich meble. Hm, argumentacja dociera
dopiero po chwili. Mam ze sobą rozrysowany schemat, pan łaskawie zgadza się
rzucić okiem i od razu słyszę litanię rzeczy, które się "nie da". Tu się nie da
wstawić zmywarki, bo wtedy szafka narożna musiałaby być krótsza o 10 cm, a
standardowa taka nie jest. Zaraz, kurrrna, chyba mówiliśmy o meblach na
zamówienie, to co za sprawa? Konieczność wycięcia dziury o średnicy 20 cm w
plecach jednej szafki (zachodzi na grzejnik, który co prawda jest we wnęce, ale
termostat wystaje) też wywołała przerażenie w oczach pana. Po chwili dyskusji
dowiaduję się, że taki zestaw to jakieś 7k PLN, ale widać, że to cena podana z
czapy. Sorry, drodzy państwo, gdybym ja powiedziała klientowi, że ma mi
zapłacić za przygotowanie oferty cenowej, a potem mu to odliczę, to chyba by
mnie ludzie śmiechem zabili, więc jeśli ktoś nie chce ponosić ryzyka handlowego
typu poświęcenie 5 minut na policzenie cen kilku szafek, których wymiary klient
mu sam podaje, to proszę łaskawie się ciągnąć.
Akt czwarty, czyli studio meblowe B.
Pierwsze wrażenie pozytywne – pani nie bredzi nic o płaceniu za projekt, tylko
łapie cennik, kalkulator i bierze się do liczenia. Cena wychodzi korzystna,
problemy pojawia się kiedy znajdujemy jeszcze ładniejsze fronty szafek od
pierwotnie wybranych, bo wtedy okazuje się, że to włoskie fronty i kuchnia z
nimi kosztowałaby gdzieś 1,5 raza drożej. No, smutno, ale różnica wyraźna,
teraz widzimy, że te pierwsze są dla naszej kuchni za ciemne. Pytamy panią, czy
nie dałoby się zrobić takich z jaśniejszego drewna, w końcu co za problem, albo
jakoś zabejcować na jasno. "Ale to musiałabym zadzwonić do fabryki i zapytać",
mówi pani z lekką przyganą w głosie. Potem pytamy o płatność, czy można płacić
kartą. Pani mówi, że nie, ale przecież mogę płacić przelewem, a to to samo.
Tłumaczymy, że nie to samo, bo chcemy zapłacić kredytową Visą i rozłożyć sobie
tę płatność na 2-3 miesiące. Nie dociera, koncepcja kart _kredytowych_ jest
pani obca. Płatność przelewem = płatność kartą i tyle. No to może raty, chociaż
to kompletnie bez sensu, załatwiać wszystkie papierki dla 2-3 rat? No, mają
jakiś system sprzedaży ratalnej, ale pani nic bliższego o tym nie wie. Każe nam
zadzwonić w piątek (jest poniedziałek), hm, rasowy salesman raczej chyba
zaproponowałby, że zadzwoni sam…
Epilog
Meble kupiliśmy w IKEI. Przywieźliśmy własnym samochodem, płaskie paczki ładnie
się upchały. Złożyliśmy sami, zaglądając do logicznych i przejrzystych
instrukcji. Sami wycięliśmy dziury na termostat i rury, bez większych
problemów… Cóż, daliśmy zarobić wrednemu skandynawskiemu krwiopijcy. A bardzo,
naprawdę bardzo chcieliśmy zostawić w jakiejś krajowej firmie te 5-7k PLN. Nie
było nam dane.
JoP