the_dzidka
19.01.11, 14:16
Oczywiście chodzi mi o pamiętną eskapadę Gabrieli zakończoną wiadomo jak. Gadaliśmy już o tym, ale tak mnie jakoś wzięło na zebranie tego do kupy.
Od samego początku az do końca wkurza mnie ten wątek, że!
Gaba rusza spod domu, żegnana przeraźliwym lamentem Ignacego, bo jedzie samochodem! Ignacy w tej scenie zachowuje się jak "ciemna prosta chłopka z Podlasia", która na widok automobilu żegna się szerokim gestem i leci do chałupy kury połapać, gromnicę zapalać i różaniec klepać. Co u licha, Gaba nigdy wczesniej nie siadała za kierownicę, że jej ojciec tak histeryzuje?! No dobra, Gaba stawia na swoim i odjeżdża. I kiedy już pracowicie przebiła sie przez śródmiejskie korki na Roosevelta, Św. Marcin i na trzech czwartych Alei Niepodległości (swoją drogą nie jest to jedyny możliwy wyjazd z Roosevelta na Pobiedziska i nie rozumiem, czemu oni wszyscy tamtędy właśnie jeżdżą, tak samo jak nie rozumiem, dlaczego Autorka z uporem maniaka każe im chodzić w okolice Dominikanów przez Most Teatralny - ulicą Libelta byłoby dwa razy bliżej), dzwoni do niej Laura i prosi, żeby zawróciła. Nie, że chce z nią jechać do Patrycji (to wyszło później, kiedy okazało się, że mogą jechać przez Kostrzyn), ale żeby ją zabrać, bo ona musi na pocztę (nawet nie jestem pewna, czy o tej poczcie powiedziała przez telefon, a nie dopiero, kiedy Gaba zabrała ją z chodnika). Gaba posłusznie zawraca, znowu pcha się przez korki, zabiera Tygrysa spod domu i znowu wpada w korki Roosevelcko-Świętomarcińskie... Czy mnie się dobrze przypomina, że ona zawiozła Laurę na pocztę na Kościuszki? PO CO? W odległości kilku-kilkunastu minut spaceru od Roosevelta 5 mieszczą się cztery placówki pocztowe. Do każdej z nich Laura mogła sobie spokojnie podejść, nie zawracając głowy matce.
Jedyna możliwość, jaka mi przychodzi do głowy (a nie mam książki pod ręką) jest taka, że to była niedziela i te inne poczty były nieczynne. Ale w niedzielę Kościuszki też jest nieczynne, jest czynna tylko poczta na dworcu. W każdym bądź razie, pakowanie się Laury do samochodu jest ni przypiął, ni wypiął.
Gaba odstawia córkę na pocztę, po czym jedzie po swoich panów do Multikina. I znowu - na co, po co? Wcześniej nie było mowy o tym, że ma ich stamtąd zabrać, a tu wszyscy wsiadają i jada sobie na zakupy i jeszcze coś tam załatwiać, zajmuje to sporo czasu, po czym Gaba odwozi ich do domu. To w końcu po co ona wyjechała? To ma być ta jej "odpoczynkowa" podróż?
No dobra, w końcu wyjeżdżają, Laura zostaje w Kostrzynie w celach tajnych, Ignaś zostaje w Pulpecjowie na biwaku, i oto rozpoczyna się doprowadzająca mnie do szału epopeja pt. Straszliwy Wypadek Gabrieli i Jego Skutki Dla Planety Ziemia.
Zawsze denerwowały mnie, jak Was wszystkich, nieustanne hołdy dla Gabrieli, Matki Boskiej Borejkowskiej, ale ten wątek wypadku jest tak kuriozalny, że bardziej nie można! Dlaczego właściwie Grzegorz zainteresował się, że żony nie ma, bladym świtem? Skoro nie wróciła poprzedniego dnia wieczorem, to raczej mało prawdopodobne było, że pojawi sie w domu w okolicach szóstej rano, prawda? Albo G i G powinni wczesniej ustalić, kiedy Gabriela wraca ("będę dzisiaj wieczorem", "wrócę jutro, nie czekaj z kolacją" względnie "nie wiem, kiedy wróce, zadzwonię i ci powiem"), albo Grzegorz powinien się zaniepokoić nieco później - o, na przykład jest popołudnie, a tu Gabrysia nie daje znaku życia, a przecież nawet jak jest u Florków, to dzwoni do domu ot tak, żeby porozmawiać. Babol again.
W świat idzie wieść, że Gaba miała wypadek i jest w szpitalu. I mnie w tym momencie wszystko opada. Wszyscy Borejkowie z przyległościami zachowują się tak, jakby Gabriela w stanie terminalnym, z uszkodzeniem pnia mózgu dogorywała na OIOM-ie. Oczywiście, że jest poszkodowana, ja tego nie neguję - złamany obojczyk, złamana szczęka, złamana noga czy co tam jeszcze, to jest poważne uszkodzenie ciała, ale normalny człowiek zaczyna od pytania, jaki jest stan chorej. I kiedy słyszy, że jest połamana, ale wypadek był niegroźny, i że nie ma - co najważniejsze - obrażeń wewnętrznych, to nie "łapie się oburącz za usta", nie zaczyna ryczeć wniebogłosy i nie wysyła wolontariatu ONZ do zakomunikowania jakże strasznej nowiny seniorowi rodu. Scena komunikowania seniorowi rodu też bije rekordy idiotyzmu - najpierw Natalia i Robert chcą go zabrać "do kina i na lody", żeby potem delikatnie poinformować go, co się stało. Zapewne Ignac byłby im szalenie, głęboko wdzięczny, gdyby czekali z nowiną przez kolejne trzy godziny, o tak... Ignac zresztą zachowuje się jak kompletnie zdziecinniały staruszek, krzycząc, że "jak to, [tamten drugi kierowca] nie zauważył?! Gabrysi?!" Nie no, jasne, powinien był zauważyć biegnące przed gabrysiną astrą zajączki, sarenki i fruwające kukułki, chóralnym kukaniem oznajmiające, że z drogi, bo Bóstwo nadjeżdża!
Tak więc dla mnie cała ta historia, da capo al fine, jest jednym wielkim, w pośpiechu i na kolanie pisanym babolem, w którym nic nie trzyma się kupy. Ignacy czytającego Pana Tadeusza nawet mi się spodobał, ten opis był taki kojący... Ale już Laura-jestem-taka-zła-a-ty-taka-dobra-Stalowooka mnie umarła.
Last but not least - tak, ja również odebrałam tę całą historię jako kategoryczne napomnienie Metatrona: "Gabrysia nigdzie nie będzie jeździć, nie będzie próbować poświęcać czasu sobie, bo nie po to została stworzona - a jak już raz się wyłamała, to sami zobaczcie, co z tego wynikło! Mwahahaha!" I bardzo, ale to bardzo ta teza mi się nie podoba.