mietowe_loczki
22.12.14, 17:34
Mniej więcej przez ostatnią dekadę, może nawet przez krótszy okres czasu, polskie media z prawa z lewa i skąd bądź (bo niezależnych mediów u nas nie ma) próbują nas przekonać, że - ogólnie rzecz ujmując - w kraju istnieje grupa ludzi, która jest/była systematycznie zaniedbywana przez kolejne rządy i że głos tych ludzi słyszalny jest dopiero od niedawna. Chodziło tu o tych, którzy nie poradzili i nie radzą sobie życiowo na wskutek transformacji, którą przechodzimy od 1989 r. Bezrobocie, zagubienie się, brak możliwości odnalezienia się w nowej, bardzo trudnej rzeczywistości, zwłaszcza że większość z nich innej nie znała. Brak kwalifikacji i niechęć do/niemożność przekwalifikowania się, brak umiejętności adaptacyjnych, roszczeniowa postawa wobec państwa i poczucie, że nikt tych ludzi nie słucha.
Z perspektywy czasu jestem skłonna przyznać, że to prawda i że jedyną partią, która umiała wychwycić, nazwać i wykorzystać te nastroje do swoich celów, był PiS (to nie jest pochwała, to nie jest krytyka, to jest stwierdzenie faktu). I że zaniedbywanie potrzeb tych ludzi było ogromnym błędem, dlatego że długo kumulowane frustracje w sposób nieunikniony dają o sobie znać prędzej czy później (u nas był to rok 2005, kiedy to PiS doszedł do władzy i wszyscy nagle się zdziwili, ile w niektórych Polakach tkwi bezinteresownej agresji i nienawiści, podczas gdy zwyczajnie nie powinno to dziwić nikogo).
Ale ja tak naprawdę nie o tym i to tylko (przydługawy) wstęp do czegoś trochę innego.
Otóż pozwalam sobie postawić tezę, z którą - mam nadzieję - niektórzy z was zechcą sensownie polemizować, że w Polsce od dawna istnieje grupa ludzi, których interesów nikt nie umie i wręcz nie chce reprezentować. Jest to grupa ludzi trochę podzielona pomiędzy wyborców PiS, Mikki Mikkego, wnuczka dziadka z Wehrmachtu i Palikmiota (te zmiany w nazwiskach itede to taki mój prywatny ukłon w stronę tych bardziej debilnych czytelników forum, ponieważ wierzę w demokrację).
Ludzie, o których chcę napisać i którzy są - i jestem o tym głęboko przekonana - dyskryminowani w Polsce, to osoby z wykształceniem średnim i wyższym, pracujący (często na własny rachunek), które są poza systemem przywilejów i pewnych praw z powodu błędów systemowych, które celowo nie są naprawiane przez naszą klasę polityczną.
Są to osoby, które dzięki swojej samodzielnej pracy, zarabiają bardzo przyzwoicie jak na polskie warunki, mniej więcej półtorej średniej krajowej do trzech średnich, są wzorcowo opodatkowani i ozusowani (wzorcowo, czyli złodziejsko) i którzy w związku z tym są poza takimi przywilejami i prawami jak np. zasiłki socjalne i bardzo często państwowa opieka zdrowotna. Na zasiłki zrzucają się dla tych "mniej zaradnych" i faktycznie potrzebujących, natomiast z państwową służbą zdrowia nie mają ani siły ani czasu użerać (bo np. łapią kolejne zlecenia, żeby Hofman miał później za co jeździć samolotem).
Są to osoby, których nikt nie reprezentuje pod względem światopoglądowym. W Polsce nie ma partii, która nie klękałaby przed klerem. Niezależnie od tego, jaki program realizuje dana partia (najczęściej nie realizuje żadnego jako tako, bo komusze siostry zostawiły nam w tym archeo taki burdel, że nie wiadomo, w co najpierw wsadzić ręce), wszystkie są mniej więcej zgodne co do tego, jaką rolę w naszym życiu powinien odgrywać Kościół katolicki. Oczywiście mogą się jedynie spierać co do tego, czy dużą, czy istotną, czy nadrzędną, ale to są już pierdoły nie raz dyskutowane na tym forum.
Są to osoby, których nikt nie reprezentuje pod względem gospodarczym i ekonomicznym. Nie ma mowy, że przedstawiciele grupy, o której myślę, odejdą na wcześniejszą emeryturę (tak jak policjanci), wezmą sobie pełnopłatne 2 lata wolnego na poratowanie zdrowia (tak jak nauczyciele), zrealizują jakiekolwiek zlecenie bez konieczności wystawienia za nie rachunku (tak jak lekarze), pobiorą jakikolwiek zasiłek socjalny (tak jak bezrobotni), nie zapłacą składek ZUS w normalnej wysokości (tak jak nie płacą ich rolnicy), będą mieli 100 proc. wynagrodzenia, przebywając na L-4 (tak jak policjanci jeszcze do niedawna), dostaną jakąkolwiek odprawę, odchodząc z pracy (tak jak prezesi spółek skarbu państwa), dostaną wielomilionowe dopłaty do swojej inwestycji, tylko dlatego, że wydzielili w niej 1 metr kwadratowy na rzecz prowadzenia działalności religijnej (tak jak robi to Kościół katolicki)... Dalej nawet nie chce mi się wymieniać.
Zatem, proszę, która partia w Polsce reprezentuje W PEŁNI tych, którzy:
a) domagają się całkowitego zlikwidowania lub drastycznego ograniczenia przywilejów całych grup pracowniczych;
b) domagają się pełnej wolności gospodarczej (równego lub mniej więcej równego opodatkowania WSZYSTKICH osób pracujących osiągających dochody z JAKICHKOLWIEK źródeł, tak żeby nie dochodziło do sytuacji patologicznych, w których np. lekarz pracujący w gabinecie prywatnym nie boi się nie wystawić rachunku po skończonej wizycie. Ograniczenia nielegalnego zatrudnienia - wbrew pozorom jest to bardzo proste i nazwy firm zatrudniających na czarno to tajemnica poliszynela. Sama znam w Warszawie kilka takich firm, mimo że tam nie mieszkam). Ten punkt jest najbardziej pojemny i tu się mieści prawie wszystko: KRUS, górnicy, szeroko pojęte finanse Kościoła, szwindle komisji majątkowej Kościoła, nepotyzm w firmach państwowych, uszczelnienie systemu podatkowego i wiele innych rzeczy, o których rozmawiamy od dawna na forum;
c) domagają się zerwania konkordatu i całkowitego lub prawie całkowitego ograniczenia roli Kościoła w Polsce, co przełoży się na bardzo realne oszczędności dla budżetu nawet do wysokości 1 miliarda złotych rocznie. To oczywiście częściowo mieści się w poprzednim punkcie, ale myślę, że zasługuje na osobną wzmiankę.
d) domagają się pełnego poszanowania wolności słowa w Polsce. Nie twierdzę, że pod tym względem jest źle, ale karanie ludzi za obrazę uczuć religijnych (what the fucking fuck?!?!?), obrazę prezydenta, premiera i paru innych sługów, których rola polega, no właśnie, na służeniu swoim pracodawcom, a nie odbieraniu od nich pokłonów, kłamstwo oświęcimskie i katyńskie (tak, wiem, tego drugiego jeszcze nie ma w kodeksie karnym, ale to kwestia czasu) to jest jakiś skrajny kretynizm. Oczywiście, że trudno jest poważnie traktować kogoś, kto zaprzecza nauce i faktom, ale nie można debili karać za to, że są debilami! Tego zabrania demokracja.
e) domagają się ograniczenia liczby posłów, urzędników i zlikwidowania Senatu.
?
Która partia? Nie ma takiej. 25 lat po upadku komuny nie mam na kogo głosować i ta sytuacja nie zmieni się przez co najmniej następnych 10 lat (ale chyba jestem optymistką).
Może trochę chaotycznie i ogólnie. Może wiele rzeczy się ze sobą pokrywa, jest powtórzonych, ale to nie zmienia tego, co napisałam na początku. NAS mają w dupie. Z prostego powodu: nie wyjdziemy na ulicę, nie będziemy rzucać w policję kostek brukowych, bo damy sobie radę bez względu na okoliczności. Bo o zaradnych nie trzeba się martwić, przynajmniej takie jest myślenie.
Tyle że to się kiedyś zemści.
W grupie, o której piszę, największym zagrożeniem jest stres, który zaczyna zabijać coraz młodszych ludzi. Coraz bardziej powszechne są zawały i ciężkie przypadki depresji, nie mówiąc o samobójstwach. Któraś z bardziej kumatych gazet, bodajże "Polityka", zrobiła kiedyś symulację kosztów takich chorób i schorzeń i ich konsekwencji dla gospodarki (oczywiście nie chodzi tylko o koszty ich leczenia). Według nich, są one gigantyczne, tyle że na razie ukryte i nie uwzględniane w żadnych oficjalnych zestawieniach.
Frustracja narasta, co jest nieuniknione, i zwiększa się również poziom wkur.wienia wśród tych ludzi. Kiedyś to wszystko jepnie z hukiem i znowu, tak jak w 2005 r., niektórzy zrobią wielkie oczy: skąd ci ludzie się wzięli?!?!
PS. Ci, których będzie raziło "wkur.wienie" - mam dla was subtelny przekaz, ale jego wyartykułowanie będzie mi groziło banem. No i tak tak, no, ja was też. B