mietowe_loczki
19.05.16, 13:00
Mimo że od dawna podejrzewałam - podobnie jak inne osoby choćby z tego forum - że awantura smoleńska była inspirowana bezpośrednio z Kremla w celu osłabienia polskiej pozycji w Europie i polskiego rządu oraz podzielenia polskiego społeczeństwa w sposób, który nie udał się wcześniej nikomu innemu, jestem w szoku.
Otóż okazuje się, że 10 maja, czyli miesiąc po katastrofie smoleńskiej, w polskiej ambasadzie w Moskwie zjawił się człowiek, który twierdził, że w Smoleńsku doszło do zamachu. Zdaniem polskich służb był to prowokator z... FSB, który miał na celu wprowadzenie zamieszania w pracy służb. O ile dobrze pamiętam, pierwsze rojenia o zamachach pojawiły się właściwie kilka dni po wypadku. 3-4 tygodnie to wystarczająco dużo czasu, żeby zauważyć, jak na te brednie reagują ludzie i ocenić "potencjał" takich mentalnych spie...n w zakresie zrobienia totalnej rozpierduchy w Priwislanskim Kraju. Nasze służby twierdzą, że się nie udało, ponieważ od razu poinformowali o tym radziecki kontrwywiad. Otóż wręcz przeciwnie - udało się i to wzorcowo :| Kolejny powód o to, żeby mieć żal do Platformy i Tuska, że tak długo tolerowano pielęgnowanie paranoi i że nie nagłośnili od razu faktu tej wizyty. Pozwalali oskarżać się o najgorsze zbrodnie, mając w garści argument, który skutecznie zamknąłby paszczę większości oskarżycieli. Nie pojmuję tego. Czy kiedykolwiek doczekamy się polityków, którzy będą prawdziwymi państwowcami? Brak słów i tyle.