petras
06.04.01, 15:54
Anderman kontra Vaculik
Awantura w rodzinie?
Wstyd i żenada, gdy jeden pisarz pisze paszkwil na innego. Nie inaczej jak
paszkwilem wypada nazwać polemikę Janusza Andermana z Ludvikiem Vaculikiem,
zdegustowanym polską siermiężną rzeczywistością. Oba teksty opublikowała
"Gazeta Wyborcza" 25 stycznia 2001 r.
Vaculik Polski nie lubi - i daje temu wyraz. O niesmak przyprawiają go polskie
realia - brud, zamiłowanie do bylejakości, powszechna strategia "przewróciło
się - niech leży". Czasem trudno nie zgodzić się z poglądami autora. W istocie
przecież wielu spośród mieszkańców Polski ze smutkiem przyzna, że pod względem
powszedniej estetyki dookolnej nasza rzeczywistość nadal pozostawia wiele do
życzenia. Polska powiatowa, przez którą najprawdopodobniej wiodła trasa
Vaculikowej podróży, to ciągle rzeczywistość "tak brzydka, że pękają oczy".
Faktem jest, że bezinteresownej i bezmyślnej brzydoty jest w Czechach jakby
mniej, co nie wynika przecież z różnic w poziomie życia w obu niezamożnych
krajach.
Vaculik zapewne ma pełne prawo do swoich niechętnych polskiej rzeczywistości
poglądów, można by jedynie zapytać, czy aby na pewno głosi je w sposób
elegancji, na poziomie oczekiwanym od pisarza - intelektualisty, "słowiarza",
arystokraty ducha. Na marginesie warto też zauważyć, że etymologizowanie nie
jest mocną stroną Ludvika Vaculika. Byłoby lepiej, aby czeski pisarz nie
wkraczał w obszary, w których się po prostu gubi.
O ile jednak ton tekstu Czecha budzi wątpliwości, to odpowiedź Janusza
Andermana - polskiego pisarza, krytyka literatury i tłumacza - wywołuje już
całkiem zdecydowany niesmak. Anderman peroruje w sposób pozornie aluzyjny, w
istocie - dość toporny i niesmaczny. Poglądy Vaculika mają rzekomo wynikać z
nadużycia napojów wyskokowych czy nawet notorycznego ich nadużywania,
prowadzącego do delirycznego zakłócenia funkcji postrzegania i rozumienia
rzeczywistości przez czeskiego pisarza.
Zamysł odpowiedzi i jej związek logiczny z tezami rozmówcy przywołują na myśl
sprawdzoną technikę retoryczną "a u Was Murzynów biją". Ponadto czynienie
argumentu z domniemanej przypadłości rozmówcy (nawet jeśli jest ona faktem) nie
przystoi w świecie, w którym zwykliśmy lokować panów Vaculika i Andermana. Nie
przystoi zwłaszcza wówczas, gdy dyskusja ma charakter publiczny.
Jeśli poważna gazeta publikuje w eksponowanym miejscu tekst, który w świetle
mojej przeciętnej wiedzy o obu panach zasługuje na mino paszkwilu - zaczynam
wypatrywać drugiego dna. Być może jest coś, co mogłoby tłumaczyć ton wypowiedzi
polskiego pisarza, o czym jednak nie wiem ani ja, ani czytelnicy spoza kręgu
"krewnych i znajomych królika". Mogę popuścić wodze fantazji i zaprojektować w
głowie ciąg fabularny, w którym Vaculik przybył do Polski na zaproszenie
Andermana, notabene również tłumacza literatury czeskiej, po czym cały pobyt,
zaplanowany jako cykl spotkań literackich, upłynął - sic! - w dość bachicznej
atmosferze i zakończył się osiągnięciem przez gościa stanu chwilowej
niezdolności do postrzegania i myślenia. Dodatkowo efektem owej podróży miałby
stać się ów niefortunny tekst Vaculika, opublikowany przez "Gazetę Wyborczą".
Może tak, a może zupełnie inaczej. Janusz Anderman nie dostarcza tu żadnej
dodatkowej wiedzy. Dopóki tego nie czyni, mam prawo nazwać jego komentarz
niesmacznym paszkwilem. I mieć żal zarówno do autora, jak i "Gazety", która
podjęła się patronatu nad takim wystąpieniem.
To przykre, gdy w dwugłosie literackim pojawia się plebejskie ujadanie. Z
jednej - zakompleksione, z drugiej - nienawistne.
Nie tak, panowie, nie tak.
Anderman nie Urban, "Wyborcza" nie "Nie".
Piotr Wosik, Warszawa