lupus.lupus
11.09.03, 09:43
Poniżej portret naszego Salomona,Katona i Cycerona w jednej osobie.
Artykuł Wojciecha Dudy Dudkiewicza i Aleksandry Paulskiej o Przewodniczącym.
Tekst pochodzi z poczatków działalności komisji więc nie wspomina o
późniejszym przewodzeniu komisji.Zwracam uwagę na ciekawe opinie Ryszarda
Bugaja.
"Tomasz Nałęcz jako szef komisji śledczej zajmującej się sprawą Rywina
niewątpliwie przeżywa swoje pięć minut. Takiej szansy nie dała mu nawet
funkcja wicemarszałka Sejmu, o wiceprzewodniczącym Unii Pracy nie
wspominając.
Jako szef komisji śledczej i historyk zapowiedział, że w dwa tygodnie opanuje
kodeks karny - śmiechu było co nie miara, bo nawet specjaliści potrzebują na
to lat. Nałęcz próbował tłumaczyć tę niezręczność. - Wyraziłem się
niefortunnie i nieprecyzyjnie. Dziennikarz mnie wypunktował i ległem na
deskach - powiedział w wywiadzie. To też była sensacja, bo nie zwykł
przyznawać się do błędów.
Szefem komisji został dzięki głosom SLD, który komisję zdominował. Sojuszowi
ma jednak o wiele więcej do zawdzięczenia.
- On i jego kariera są w pełni zależne od SLD. Oddaje Sojuszowi usługi,
dlatego mógł zostać wicemarszałkiem Sejmu - mówi Ryszard Bugaj, były lider
Unii Pracy i bliski współpracownik Nałęcza. - Jest nim, choć Unia ma tylko 16
posłów. Trzy większe kluby wicemarszałków nie mają.
Poseł PiS Marek Suski poznał go podczas spotkania przedwyborczego w 2001 roku
w Radomiu, skąd obaj kandydowali. Zrobił na nim dobre wrażenie.
- Kulturalny, ułożony, wykształcony, żaden komunistyczny beton - opowiada
Suski. To wrażenie szybko prysło, gdy zobaczył Nałęcza podczas pracy w
Sejmie. - Przerywał wystąpienia posłów, także moje, bez większej przyczyny,
często w pół zdania, komentował wypowiedzi, a nie ma do tego prawa.
- Gdy zaproszono Nałęcza do kapituły radomskich obchodów 500-lecia
konstytucji Nihil Novi, zażądał pełnej kontroli nad inicjatywą - opowiada
Suski. - Także pomysł powołania radomskiego lobby parlamentarnego upadł po
tym, gdy Nałęcz zapragnął być ojcem chrzestnym tego forum. Ale Suski nie
dziwi się: - To wynika z jego chorobliwej ambicji. Zawsze chce być na
świeczniku i w centrum uwagi.
- Nałęcz nie jest człowiekiem misji - przyznaje Ryszard Bugaj. - Lubi władzę
i zaszczyty, które władza daje. Jest w tej dobrej sytuacji, że jako profesor
historii, pracownik uniwersytetu ma dokąd z polityki odejść. Polityka nie
jest jednak jego słabością, jest sposobem na sukces.
Co Nałęczem powoduje? - Każdy polityk ma w sobie gen władzy - wyjaśnia
Zbigniew Bujak, były wiceprzewodniczący UP. - Czy się ujawni, to zależy od
okoliczności. U niego się ujawnił, ale nie w tak chorobliwy sposób, jak u
wielu innych polityków. Jako historyka fascynuje go i ekscytuje, że sam może
tworzyć historię.
54-letni profesor Nałęcz, wiceprzewodniczący Unii Pracy, pochodzi ze wsi pod
Ciechanowem. Studia w Warszawie były dla niego - jak mówił po latach -
wielkim przeżyciem kulturowo-cywilizacyjnym. Trafił na wydział historyczny,
gdzie było pełno ciekawych osobowości. Jak stwierdził, najciekawsi należeli
do PZPR.
On też się zapisał. Był rok 1970, dwa lata po marcu 1968. Jak tłumaczył wiele
lat później, był to czas dużych nadziei, a propagandę sukcesu wkrótce zdawały
się potwierdzać fakty. Poza tym legitymacja partyjna dawała możliwości,
ułatwiała karierę młodemu pracownikowi uniwersytetu.
W PZPR pozostał aż do końca. Jednak szersza publiczność mogła o nim usłyszeć
dopiero w połowie 1989 roku, jako o działaczu tak zwanego Ruchu 8 Lipca,
uważającego się za reformatorski w PZPR. Działał w nim razem z, między
innymi, Zbigniewem Siemiątkowskim i Sławomirem Wiatrem. - Chcieliśmy, żeby
PZPR stała się partią socjaldemokratyczną - tłumaczył w wywiadzie.
Zarzucano mu potem, że stał się reformatorem, gdy zmiany w Polsce były już
przesądzone: PZPR przegrała wybory 4 czerwca, było widać, że system się
sypie.
Dlaczego nikt aż do 1989 nie słyszał o reformatorze Nałęczu? - Po prostu
byłem zwykłym członkiem PZPR na Uniwersytecie Warszawskim - tłumaczył. -
Dopiero w marcu 1989 roku dość przypadkowo zostałem sekretarzem komitetu
uczelnianego - wyjaśniał. Ot, zwykły szary aktywista, nie żaden
nomenklaturowy dygnitarz.
Przynależność do Ruchu 8 Lipca wkrótce miała się jednak przydać. Po
rozwiązaniu PZPR nie zdecydował się na odejście z najbardziej zdecydowanymi
reformatorami do Unii Socjaldemokratycznej Tadeusza Fiszbacha. Współzakładał
Socjaldemokrację Rzeczpospolitej Polskiej i został jej wiceprzewodniczącym.
Mówił wtedy, że jest pod urokiem Aleksandra Kwaśniewskiego, lidera SdRP. W
wyborach do Sejmu w 1991 roku startował z jej list i przepadł. W następnych,
w 1993 roku, kandydował już z Unii Pracy i tym razem - mimo słabego wyniku
(1314 głosów w Warszawie) - posłem został.
Gdy pojawił się w Unii Pracy, jej lider Ryszard Bugaj nie mógł się otrząsnąć
ze zdumienia: - Byłem zdziwiony, że w ogóle przyszedł. On, wiceszef SdRP.
Nałęcza poróżniła z partią Millera i Kwaśniewskiego sprawa "moskiewskich
pieniędzy", pożyczki, którą Leszek Miller wziął dla swego ugrupowania od
KPZS. Poza tym, głosił sam zainteresowany, nie może być dłużej w partii,
która odtwarzała się jako mała PZPR.
Tak czy siak na lata został bliskim współpracownikiem Bugaja. Był we władzach
partii i jednocześnie jej rzecznikiem prasowym. - Sprawnym rzecznikiem -
ocenia Ryszard Bugaj. - Potrafił rozmawiać z dziennikarzami, wielu z nich
lubiło go. Często przekładało się to na sympatię dla partii. W ogóle jest
zdolnym, dobrze wykształconym człowiekiem - podsumowuje.
W UP był gorącym zwolennikiem linii Bugaja, polegającej na ostrej krytyce
postkomunistów. - Pielęgnował jednak kontakty z przeszłości, z PZPR i SdRP.
Nie miałem mu tego za złe, bo ja też w jakiś sposób kontaktowałem się z
dawnymi kolegami z Unii Wolności - mówi Bugaj.
Jednak już na długo przed klęską Unii Pracy w wyborach w 1997 roku Bugaj miał
wrażenie, że Nałęcz szuka z działaczami SdRP coraz bliższych kontaktów.
Kulminacja nastąpiła w 1997. - To był przełomowy dla niego rok. Przeżył
wyraźne przewartościowanie. Dzień po przegranej powiedział, że lewica musi
być jedna. Wtedy już byłem pewien, że będzie wracał do korzeni - wspomina
Bugaj.
- Wielu ludzi zmienia przyjaciół politycznych, dlatego nie ma co robić z tego
problemu - konstatuje Józef Pinior, wrocławska legenda "Solidarności" stanu
wojennego, później trockista, następnie w PPS, w końcu lat 90. czołowy
działacz UP. - Zwłaszcza że Nałęcz zawsze pozostawał wierny jakiejś odmianie
lewicy. Zbliżenie z SLD było wymuszone przez sytuację, ale naturalne.
- Nałęcz patrzył daleko do przodu - tłumaczy dawnego kolegę Bujak. - Na
zdrowy rozum było widać, że jeśli UP przegra wybory, musi szukać zbliżenia z
postkomunistami. Budowanie silnej niekomunistycznej lewicy stawało się bowiem
niemożliwe. Dlatego ja wystąpiłem z UP i wstąpiłem do Unii Wolności, dlatego
on rozpoczął flirt z SLD.
Bujak przyznaje: - Zbliżenie z SLD było nagięciem poglądów Nałęcza, ale gdy
polityk nie nagina się, zawsze może wypaść z gry. Nagiął się, ale granicy
kompromitacji nie przekroczył. Wielu dawnych działaczy UP uważa inaczej.
Zmiana frontu przez Nałęcza była wyraźna: z apologety Bugaja i jego
antykomunistycznej linii stał się jego zawziętym krytykiem.
Zbliżenie do SLD tłumaczył wyjaśnieniem sprawy "moskiewskich pieniędzy". - Od
tamtej pory sprawa była wielokrotnie badana przez prokuraturę i sądy i nic
specjalnego nie wykryto. Dlatego zweryfikowałem swoje poglądy - wyjaśniał na
internetowej stronie UP. Zweryfikował też swój pogląd na Millera. Już po
odejściu Nałęcza z SdRP doszło między nimi do głośnego publicznego sporu.
Miller wypomniał Nałęczowi, że ten swego czasu, gdy był szefem uczelnianych
struktur partyjnych, korzystał z majątku PZPR, choć za to samo krytykował
SdRP. Nałęcz w odpowiedzi oskarżył Millera o kłamstwo. Twierdził, że ten
obrz