Dodaj do ulubionych

Jakie to szczęście...

22.06.04, 21:16
Nadszedł oto czas, gdy latorośl żabia wypełza ze stawy i rozłazi się po
okolicy.
Więc Moja Zdecydowanie Lepsza Połowa zaczęła przenosić maluteńkie żabki przez
drogę.
Łazi po jezdni zbiera te maleństwa i przenosi w bezpieczne miejsce.
Oczywiście co chwila jakiś przedstawiciel ludności tubylczej lub okolicznej
raczy się zatrzymać i zadać grzeczne pytanie: a co też to pani zbiera tu po
drodze?
Po uzyskaniu odpowiedzi krótkiej acz treściwej: żaby.
Odpowiedź brzmi jednakowo inteligentnie: aha...
Po tak inteligentnym dialogu delikwent oddala się spiesznie. I ten wzrok
wyrażający troskę i obawę lub wręcz bez wyrazu.
Jakież to szczęście, że nie są to czasy wiadome! Toż niechybnie w obronie
jedynie słusznych racji usmażyliby mi Moją Zdecydowanie Lepszą Połowę na
stosie.

A tak przy okazji...
Co właściwie dzieje się z Forum? Wszyscy jakoś powoli milkną...
Czy coś umknęło mej uwadze? Czy jest coś, o czym nie wiem a wiedzieć
powinienem? Może wypisując tu dyrdymały popełniam nietakt jaki?

Najniższe ukłony!
Z taką jakąś nieśmiałością no i zaniepokojony z lekka M.J.
Obserwuj wątek
    • venus22 Re: Jakie to szczęście... 23.06.04, 04:13
      Ja zniknelam ale juz sie pojawiam - bo zepsul mi sie komputer.
      Oprocz tego walcze z migreniskiem jak moge- zabiera mi pol zycia.. :(
      Reszte czasu probuje uzbierac na rozne pilne zajecia....

      Wspaniala ta Twoja Polowa - zbierac zabki aby nic im sie nie stalo, co za
      troskliwe serduszko..
      A i tobie Mjocie nic nie brakuje!

      Venus
      • ptasik Re: Jakie to szczęście... 23.06.04, 11:30
        M.Jocie Ty lepiej nie myśl i nie wymyslaj tylko wpisuj te swoje dyrdymały:)))

        Nic Ci nie umknęło, tylko wiesz zdecydowana wiekszosc teraz sie wypina:)))) Ale
        wierze ze wroca jak tylko pora wypinania zrobi sie mniej intensywna:))))

        A Twojej Zdecydowanie Lepszej Polowie to moze bys pomogl, co?:)))
        Ja tez mam rekawiczki przyszykowane, bo w gołą łapke nie wezmę, no ale niech no
        tylko jakaś znajdzie się w potrzebie to z miejsca jej slużę

        Apropo żab - wczoraj byłam w podrózy i na chwilkę zatrzymaliśmy się na parkngu,
        który dochodził do stawu, a w stawie urzedowaly rechotki:) Ach coz to byl za
        koncert, zal odjezdzac bylo:)
        • kropka Re: Jakie to szczęście... 23.06.04, 12:40
          Pisz, pisz Mjocie. Na pisanie czasu nie ma, ale na czytanie - zawsze :)
          A żaby rzeczywiście rozśpiewane do granic przyzwoitości.
          A propos:
          czy to prawda, że bociany nie jedzą żab, czy to jakaś wraża propaganda?
          • antares777 Re: Jakie to szczęście... 23.06.04, 13:07
            kropka napisała:

            > czy to prawda, że bociany nie jedzą żab, czy to jakaś wraża propaganda?

            Prawda - wolą hamburgery inne takie od **** (żeby nie było że
            kryptoreklama) ;))))
            (Ja tam zostaję przy swojej śwince:))))

            A w moim bajorku już są cztery, z czego jedna nieśmiało zaczyna się odzywać :)

            Wszystkim wypiętym babom, jak również zachwyconym, zaintrygowanym i innym za...
            ich admiratorom, należy się chwila wydechu - na przykład w sobotę w
            Markowicach :)

            Ponieważ PiAsia dostała szlabana na neta - piszcie na mój adres:
            antares777@gazeta.pl albo antares777@poczta.fm

            Pomachiwajki

            Stary Zgred
    • mjot1 Re: Jakie to szczęście... 23.06.04, 19:17
      Dobrze, że Venus ponownie na firmamencie się pojawiła. Od razu jakby jaki nowy
      duch w Was wstąpił.
      Jakie to szczęście, że jednak jesteście! Bo już czarne myśli pod czochradłem
      zaczęły mi się pałętać...

      Stojąc sobie radośnie po całym roboczym dniu na przystanku i czekając
      niecierpliwie na autobus coby mnie jak najszybciej przewiózł do chałupinki
      zauważyłem owada. Owad dziarsko taszczył liszkę masą przewyższającą
      wielokrotnie samego łowcę.
      - Po sprawdzeniu już w domu w mądrej księdze wiem, że była to szczerklina. Kto
      właściwie wymyśla te wymyślne nazwy?
      A wiec szczerklina owa żwawo i zygzakami zmierzała w sobie tylko znanym celu.
      W pewnej chwili położyła zdobycz i z jednego niczym nie różniącego się od
      okolicy miejsca zaczęła z zapałem wynosić kamyczki. Te kamyczki mające kilka
      milimetrów średnicy były dla owada długości ok. 2,5 cm całkiem sporymi głazami!
      W pewnej chwili okazało się, że ma tam spryciara ukrytą norkę. Weszła do niej
      po kilkakroć wynosząc kilka „głazów”. Po czym chwyciła gąsienicę i umiejętnie
      ułożyła ją przy norce, zrobiła w tył zwrot i chwyciwszy ofiarę na wstecznym
      sprawnie wciągnęła ją w otwór o średnicy niemalże równej tejże gąsienicy.
      - A ja jak niecierpliwie czekałem na autobus tak teraz zacząłem się obawiać by
      nie nadjechał zbyt szybko.
      Po pewnej chwili znana już nam szczerklina (fajna nazwa hłe hłe hłe) wynurzyła
      się i bez chwili wypoczynku zaczęła biegać bez sensu wokół norki.
      O ów „bezsens” mógł ją posądzić jedynie taki laik jak ja! Okazało się, że ona
      wyszukiwała odpowiednich kamyków. Przebierała w nich z wyraźnym znawstwem i
      grymaszeniem. A gdy odpowiedni się trafił pochwycony natychmiast lądował
      wewnątrz norki. Tak zniknęło sześć kamyczków.
      Następnie zaczęła zabudowywać otwór większych kamieniami nadal wybrzydzając w
      poszukiwaniach. Przestrzenie pomiędzy dużymi kamykami uszczelniane były
      umiejętnie mniejszymi a na koniec dokładnie wypełnione piaskiem. Wszystko to
      działo się w niesamowitym tempie i wykonywane było z niebywałą precyzją! Po
      paru minutach po norce nie było śladu. Całość elegancko została zakryta i
      zamaskowana.
      Gdybym nie widział nie uwierzyłbym, że tam w środku jest spiżarnia wypełniona
      przysmakiem dla przyszłej latorośli.

      By nawiązać do tematu...
      Jakie to szczęście! że człek nie urodził się owadem!
      Przecie owad taki tak naprawdę to ma przerypane!
      Cały żywot jego to jedna wielka harówa! Śmiertelne niebezpieczeństwo czyha w
      każdej chwili! Mam tu na myśli inne owady czy ptaki, ale i...
      Pomyślcie, co stałoby się ze szczerkliną gdyby tam zamiast mnie stał sobie
      znudzony normalny powtarzam normalny człowiek...

      Najniższe ukłony!
      Zachwycony szczerkliną M.J.
      • venus22 Re: Podanie do niejakiego p. Mjota... 24.06.04, 01:58
        Uprzejmie prosze o zebranie swoich wciagajacych, z humorkiem pisanych,
        edukujacych i niezwykle trafnie ujetych przyrodniczych opowiastek w ksiazeczke i
        wydanie jak najszybciej przez, powiedzmy, ISKRY !!!!

        Dawno nie czytalam tak zachwycajacej przyrodniczej literatury.
        Bravo Mjocie.

        Czytajac twoje relacje o przypadkowej randce ze szczerklina, oczami wyobrazni
        widzialam jak taszczy liszke i zbiera kamyczki.
        No coz, naharowala sie muchowka, widac ze nie pirwsza to jej robota!
        Mysle ze nie jest tak zle- z wyjatkiem ciagniecia liszki co moze byc uciazliwe,
        do wszystkiego innego ani chybi miesnie sie wyrobily....

        A autobus co? na szczescie sie spoznil ze zdarzyles wszystko obejrzec?
        Venus

        a tu link jak wyglada szczerklina dla zaintresowanych:
        www.btf.art.pl/galeria/info.php?autor=dancio&id=26
        www.kolumbus.fi/esko.viitanen/images/2asabu.jpg
        • mjot1 Re: 24.06.04, 20:49
          „Nie przejdziemy do historii i literatury
          Nie będziemy stali strojni w brązy i w marmury
          ............”

          A czy pomyślałaś Droga Venus, co mogłoby się stać gdybym uwierzył?
          I gdybym zaczął się wspinać na cokoły przepychając w tłumie chętnych?
          A spójrz, jaki tam tłok! Spójrz, jakie jakież w tłumie tym postaci!
          Gdzież mnie zwykłemu deptaczowi... Tym bardziej, że z wieloma jakoś mi nie po
          drodze.
          „znaj proporcjum mocium panie!”

          A wiesz, jakie to miłe i jak łechce wrodzoną próżność?

          Najniższe ukłony!
          Z wyrazami przypochlebnego szacunku M.J. :-)
        • krystyna-anna7 Re: Podanie do niejakiego p. Mjota... 08.07.04, 20:04
          venus22 napisała:

          > Uprzejmie prosze o zebranie swoich wciagajacych, z humorkiem pisanych,
          > edukujacych i niezwykle trafnie ujetych przyrodniczych opowiastek w
          ksiazeczke
          > i
          > wydanie jak najszybciej przez,
          Nic dodać nic ująć.
          Pełna podziwu Ania`7
          Pełna podziwu
    • mjot1 Re: Jakie to szczęście... 03.07.04, 09:22
      Słyszy się wokół narzekania na ten rok. Sam zresztą też narzeka(łe)m często!
      Ot zima może i była, ale szadzi ani na lekarstwo. Wiosna przyszła tak jakoś
      jakby bokiem.
      Lato zimne, deszczowe, paskudne. Można sobie już wyobrazić jak jesień będzie
      okropna!
      Może to lato i wydaje się jakieś takie... durnowate. Lecz jeśli stanąć z boku...
      Oto dostrzegłem w tym wszystkim oznakę normalności właśnie.
      Wokół lipy już przekwitają co prawda, lecz nasze zakwitły dokładnie
      przedwczoraj - pierwszego lipca!
      Jedna wybuchła kwieciem w1/3!
      I niesie się teraz ta cudowna pieśń owadzia i ten zapach upojny...
      W poprzednich latach w tym czasie już dawno było po lipach. A tu proszę
      znormalniało.
      Można by uważać ze to „nasze” lipy po prostu sporządniały. Dla mnie to
      oczywistość w końcu w myśl zasady: „z kim przestajesz...” hłe hłe hłe.

      By nawiązać do tematu...
      Jakie to szczęście! że wszystko wraca do normy.
      A co do braku możliwości plażowania to ja tam jakoś swej rasy nigdy się nie
      wstydziłem.
      Wystarczy, że w tzw. polityce panują upały nawet wielokrotnie przewyższające
      najgorętsze tereny Murzynii. Gdzie nie spojrzeć tam kacyk.
      No i dziś od rana świeci słoneczko! :-)

      Najniższe ukłony!
      Cieszący się powiewem z północy M.J.
    • mjot1 Jakie to szczęście... Latają! 03.07.04, 22:36
      Już od ładnych kilku dni Moja Zdecydowanie Lepsza Połowa co wieczór wyłaziła z
      chałupinki i wypatrywała ich w ciemnościach.
      Byliśmy i dziś na rekonesansie. Właśnie wróciliśmy.
      Niniejszym uprzejmie oto donoszę, że są!
      Widzieliśmy co prawda jedynie trzy, ale fakt jest faktem. Robactwo
      świętojańskie lata!
      Takie nic. Ot zwykły niepozorny malusieńki chrząszczyk a człek na widok tej
      bezszelestnie przemieszczającej się seledynowej skierki cieszy się jak dziecko.
      Jak niewiele potrzeba by gęba sama rozciągnęła się w radosny grymas uśmiechu...
      Z oświetlonej elektrycznością chałupinki sprzed telewizora wychodzisz wprost w
      mrok, w nocną ciszę zakłócaną jedynie tajemniczymi szelestami dobiegającymi z
      lasu, na niebie zapala się coraz więcej gwiazdek niesamowicie pachną lipy i te
      magiczne ogniki...Wiecie, jaka to frajda?
      W tej ciszy panującej na naszej polance ten niepozorny robaczek sprawia, że
      czujemy się jakoś raźniej.
      Jakie to szczęście! Że latają.

      PS. A jak w tym roku przedstawiała się sytuacja chrabąszcza majowego? Bo mnie
      niestety nie było dane go widzieć.
      Donoszę również, że dziś dostrzegłem pierwsze tygrzyki. Takie malusieńkie
      jeszcze, ale pajęczynki klasycznie charakterystyczne.

      Najniższe ukłony!
      Zadowolony M.J.
      • piasia Re: Jakie to szczęście... 06.07.04, 18:23
        ...że jest na forum ktoś taki jak Mjot.
        ... że ma Zdecydowanie Lepszą Połowę
        i jakie to szczęście, że będę miała szczęście poznać ich oboje już w
        październiku!
        • mjot1 Re: do Piasi 07.07.04, 20:24
          „...jakie to szczęście, że będę miała szczęście poznać ich oboje już w
          październiku!”
          Hmmm... spotkanie...
          Oto naprzeciw Piasia... Oczy powoli stają się okrągłe i coraz większe i
          większe... niczym spodki, z których onegdaj spijano czaj! Brwi wyginając się w
          łuki wędrują w górę osiągając poziom niewyobrażalny a usta samowolnie powoli
          otwierają się coraz szerzej...
          A po licach zmieniając się jak w kalejdoskopie przebiegają barwy wszelakie od
          zdrowego różu przez biel po czerwień jest i fiolet i zieleń jest i siność
          wyraźna.
          Wszystko to oddaje stany ducha, wyraźnie malując kłębiące się niczym w wulkanie
          myśli i uczucia.
          Pierwsze radosne uniesienie spotkania powoli przeradza się w niepokój lekki,
          zadziwienie i zakłopotanie i rozczarowanie walczące z niedowierzaniem, wreszcie
          w obawę aż po przerażenie i szok, obłęd niemalże...
          Brrr! Ocknąłem się!

          Jakie to szczęście! Że to jedynie wizja spotkania w realu, a więc
          nierzeczywistość! Ufff...
          Przez te kilka lat spędzonych tu na forum zdążyłem już przecie polubić Piasię.
          Jakby tu oszczędzić Jej tych porażająco-szokujących przeżyć?
          Lepiej już chyba pozostanę sobą, czyli wirtualnym...

          Najniższe ukłony!
          Jeszcze poruszony M.J.
          • antares777 Re: na Mjota :) 08.07.04, 01:49
            mjot1 napisał:

            > Lepiej już chyba pozostanę sobą, czyli wirtualnym...

            Proszę Państwa!

            Proszę się nie dziwić, nie stresować, nie denerwować. To są objawy normalne i
            po jakimś czasie ustąpią.

            Często zdarza się to ludziom wielkim, wybitnym, szczególnie utalentowanym i
            nadzwyczaj wrażliwym, zwłaszcza gdy naturalny tryb ich życia, jakim przez
            Najświętszą Matkę Naturę zostali obdarzeni, zderzy sie z irracjonalnymi
            wymaganiami otoczenia - choćby w postaci coraz to nowych pomysłów ze strony
            Najwyższego Substytutu.
            Są to niczym nie uzasadnione - ale jednak realne - chwile niemożności
            odróżnienia jawy od snu, co skutkować może nagłym zagubieniem się w
            rzeczywistości i niechęcią (graniczącą wprost z niemożnością) do obcowania z
            kimkolwiek, czymkolwiek, jakkolwiek, gdziekolwiek i pocokolwiek, a nawet z
            ucieczką od tegoż.

            A więc Mjocie! Stary zgred woła do Cię!

            Obudź się - to jawa :) Macham Ci przed nosem wierzbową witką (to na
            odczynienie) i zapewniam gorąco, że nic złego z naszej strony spotkać Cię nie
            może :)
            Jesteśmy takie same jak Ty, zakręcone świrusy, którzy marzą tylko o jednym: aby
            nam w końcu dali spokój :) Bo tak jak było (jak było - tak było), ale nie było
            najgorzej :)

            Pomachiwajki

            Stary Zgred

            P.S. Liczę ogromnie na wpływ, jaki mieć powinna Zdecydowanie Lepsza na (nie)
            Zdecydowanie Gorszą Połowę i na moc jej argumentów :))))
            • lucyjka do Starego Zgreda:))) 08.07.04, 13:11
              witam
              Antaresie nie daj sie nabrac na nibysłabostki Mjota

              przecież 99% pci pieknej tego forum podkochuje sie w przystojniaku
              z Mjotowiska ;))))

              pozdrawiam Łucja


              pozdrawiam Łucja
              • ptasik Re: do Starego Zgreda:))) 08.07.04, 15:31
                A ja tam sobie mysle, zeby sie M.Jot az tak o nas nie bal, ze pomdlejemy,
                pokrasniejemy, zzieleniejmy, ssiniejemy itp. itd. bo przeca a naturze jest
                wiele pozornych paskudztw, na widok ktorych nie dosc, ze nie mdlejemy i innych
                przywolanych przez Niego zjawisk nie doznajemy, to jeszcze sie nimi zachwycamy:)
      • antares777 Re: Jakie to szczęście... Latają! 21.07.04, 22:55
        Na pewno latają, tylko ja nawet nie próbuję wytrzeszczać oczu. Za jasno wokół,
        bym mógł dostrzec. Ostatni raz widziałem te skierki ze dwadzieścia lat temu w
        sosnowym lesie gdzieś po Wieluniem.

        Ale ja nie o tym miałem :(

        Popatrywałem sobie ku górze gdy się miało dobrze ku zmierzchowi i dostrzegłem
        dziwne obiekty latające wokół wierzchołków sosen, świerków, jodły i modrzewia.
        Jakieś takie te obiekty były mocno "w sobie" i poruszały się szybko, torem
        zdecydowanym, łukowatym. Zastanawiające, że tak wysoko i nie zauważyłem, by
        któryś spuścił się niżej - tak do mojego poziomu, abym mógł TOTO przejąć do
        dalszych badań. Nawet "długie oczy" na nic się zdały, bo mój system
        naprowadzania zawodził. Nie było widać żadnych szczegółów, jedynie ich ciemny
        kontur na tle jaśniejszego nieba.
        I mi się skojarzyło pytanie, jakie kiedyś rzucił tu Mjot:

        > A jak w tym roku przedstawiała się sytuacja chrabąszcza majowego? Bo mnie
        > niestety nie było dane go widzieć.

        Pogrzebałem potem na śmietnisku i na stronie sygnowanej znakiem lasów
        państwowych stało, że one tak mogą i w sierpniu nawet.
        A więc pytanie: one to ci czy nie one?

        A z innych nowin:

        Nietoperze mają się dobrze, krążą wieczorami (nazwać tor ich lotu krążeniem to
        sporo na wyrost, ale niech już tak leci) w liczbie trzech i co przezorniejsza
        dziewka głowę chustką mocniej obciąga - bo a nuż się taki we włosy wkręci i
        myśli popląta :)

        Wyczaiłem w końcu gniazdo os - dziura w ziemi fi 4cm i mam problem. No i
        oczekuję na pomysła :)

        Mam gościa! Nie powiem, że miłego, bo niektórzy na tym forum mają powody by go
        ukatrupić. Nie powiem też, że niespodziewany, bo jo to czuł.
        Ale po kolei:
        Kilka dni temu, wiekowa sąsiadka zza płotu (rolniczka z dziada-pradziada,
        zakotwiczona w mieście) woła do mnie:
        - panie Kazikuuuuuuuuuuuu, a co to takie u mnie kopki ziemi? Pies to zrobił czy
        co?
        Poczułem, jak mi coś połechtało męską dumę, bo jeśli taka rolniczka bierze mnie
        na konsultanta, to coś musi w tym być ;)))
        - Eeee-taaam, pani sąsiadkoooo (szybko przestroiłem się na ogródkowy ton
        rozmów) to nie pies, to kret musi (równie szybko palnąłem).
        I jak szybko palnąłem, tak szybko ugryzłem się w język, bo jak długo chodzę po
        tym świecie, nie widziałem w mojej okolicy śladów kreta, ani też nie słyszałem,
        by ktoś miał z tym problem. No, ale się rzekło i śluss.

        Dziś przed wieczorem, gdym przed telepudłem próbował złapać oddech po upalnym
        dniu, słyszę jakiś łomot na drewnianych schodach (mieszkam na piętrze),
        otwierają się drzwi i MOA, biegnąc od drzwi i łupiąc niemiłosiernie zelówkami o
        podłogę, melduje jednym tchem:
        - Dziaadku, mamy klecika i źlobił juś takie kupy pod d-ziewkami w oglodzie!!!

        COOOOOO????

        - Mama pokaziała i widziałem tam pod d-ziewkiem.
        - A pokażesz mi gdzie?
        - Tak. I z rozradowaną, a jednocześnie bardzo zaaferowaną buźką, ciągnie mnie
        do wyjścia.

        Zaprowadził. Pokazał. Jeden kopczyk pod sosenką, drugi nieopodal drugiej.
        QJM! Mam problem!
        Po dogłębnej analizie, wspomagany przez sąsiadki zza płotu, sporządziłem plan
        pojawiania się kopczyków i humor nieco mi się poprawił. Wyszło mi na to, że
        jeśli krecik działa systemowo (a dlaczegóżby nie?) to porusza się torem niemal
        prostoliniowy ze wschodu na zachód. Być może wędruje do Brukseli i za tydzień
        problem będzie po stronie sąsiada :))))
        Jutro sprawdzę, czy pojawiły się następne kopczyki i gdzie.

        A propos - pytanie do szczęśliwych posiadaczy kretów: jak często pojawiają się
        nowe kopce?

        Co jeszcze nowego?

        Wróciłem z dymka i stwiedziłem, że chudziutki pyzaty już nie wisi nad
        horyzontem (gdym popatrwał na niby-chrabąszcze, towarzyszyła mu jasna gwazdka -
        czyżby Wenus?). Na granatowo-kawowym niebie z trudem dostrzegłem Arktura, Vegę
        i Altaira - istnienia innych gwiazd, z Antaresem wącznie, mogę się jedynie
        domyślać. Słychać granie pojedynczych świerszczy, ale jakieś takie nieśmiałe,
        jakby bez wiary, że ktoś lubi słuchać ich koncertów.

        I to by było na tyle

        Pomachiwajki

        Rozgadany Stary Zgred
        • mjot1 Re: Jakie to szczęście... Latają! 23.07.04, 19:49
          Ja w kwestii tych obiektów niezidentyfikowanych a latajacych.
          Otóż przypuszczam, że to mogą być guniaki czerwczyki.
          Są bardzo podobne do chrabąszcza majowego, lecz mniejsze.
          One, co prawda jak sama nazwa wskazuje latają w czerwcu, lecz rok obecny mógł
          troszkę ich „sezon” przesunąć w czasie.
          A wracając do jakże popularnego onegdaj chrabąszcza majowego to naprawdę w tym
          roku nie spotkałem nawet jednego osobnika.
          A szkoda, bo mimo wszystko sympatyczny to zwirz.

          Najniższe ukłony!
          Również próbujący dociec M.J.
    • mjot1 Re: Jakie to szczęście... 08.07.04, 19:24
      Właśnie wróciłem z lasu. Natura tam człeka wywlokła.
      Byłem na malutkim obchodzie by posłuchać, co w trawie (krzakach) piszczy. Kilka
      razy musiałem wykonać skomplikowany manewr „w tył na lewo”, ponieważ z
      naprzeciwka rozległy się wrzaski ludności korzystających z uroków lasu.
      Strrrrasznie nie lubię ludzi w lesie!
      Przy okazji przywlokłem kilka grzybków. Ot ziarko do ziarka...
      Byłem też rzucić okiem na „moje” kobuzy. Staram się zaglądać tam jak
      najrzadziej ot raz na jeden, dwa tygodnie.
      Jakiś czas temu był taki moment, że odsiedziałem 1,5 godziny i nic. Już się
      zmartwiłem, myślałem, że znów się wyniosły jak w poprzednie lata.
      Lecz donoszę Wam uprzejmie, że Są!
      Pani kobuzowa urzęduje na gnieździe i kokosi się tam niezmiernie. Raz jej nie
      widać to znów widać łepetynkę to ogon to ponownie niknie w przepastnym kruczym
      domostwie. Może już są malusieńkie...? Ech...
      Pan kobuz jak zwykle siedzi na czubku sosny nieruchomo jak posąg i jedynie
      łepkiem kręci wodząc po okolicy bystrym i czujnym okiem. Są piękne!
      Jakie to szczęście, że są!
      A jakież to byłoby szczęście gdybym w końcu doczekał się malusieńkich
      kobuziątek!

      Do Lucyjki.
      A toś mnie Aśćka podeszła...

      Najniższe ukłony!
      Spoglądający przez okno na pana kosa dzielnie wyciągającego
      dżdżowniczkę M.J.
    • mjot1 Re: Jakie to szczęście... 09.07.04, 22:11
      Wczoraj gdym wracając dzielnie i radośnie z pracy minął ostatnie zabudowania
      dostrzegłem ją kątem oka w lewo-skos przed sobą w odległości ok. 50 m i
      natychmiast utkwiłem w niej swój wzrok. I tak posuwaliśmy się razem niejako
      równolegle.
      Ona z przodu lekko w skos, ja jakby przez należny jej szacunek troszkę z tyłu.
      Ona jak młódka podfruwała do przodu, zawracała, zataczała kółka, zawisała w
      powietrzu, ja krokiem równym jednostajnym statecznym.
      I tak zmierzaliśmy razem w kierunku chałupinki.
      Ja gapiłem się na nią z wieeelkim zainteresowaniem. A czy ona na mnie?
      Nieskromnie mniemam, że też...
      Gdy tak wędrując obok siebie a przecie jakby razem minęliśmy bagienko i
      dotarliśmy do samosiejek osiki rosnących tuż przy drodze na tyle już wysokich,
      że dających i cień i możliwość skrycia się postanowiłem popodglądać ją z
      ukrycia. Tym bardziej, że ona zaczęła zmniejszać dzielący nas niewielki dystans
      zmierzając wyraźnie w mą stronę.
      Natychmiast za me jakże bezecne myśli w czyn wprowadzone zostałem ukarany!
      Otóż gdym przystanąwszy za krzakiem stracił ją z oczu ona w tym właśnie
      momencie wykonała skuteczny atak na upatrzoną swym bystrym okiem ofiarę.
      Za chwilkę trzymając już w garści upolowanego jaszczura przeleciała nad mą
      głową na wysokości półtora słupa telefonicznego i zniżając lot usiadła na
      drutach obok tegoż słupa w odległości ok. 8 metrów. Gdzieś przez pół minutki
      pozwoliła mym łakomym oczom napawać się swym pięknem dręcząc jednocześnie
      jaszczura. Po tej chwilce jak przysłowiowy „króliczek” odleciała frywolnie do
      przodu by kusząco przysiąść obok następnego słupa. Ja oczywiście „goniąc
      króliczka” ruszyłem za nią chłonąc ją wybałuszonymi ślipiami i z gębą
      rozdziawioną nieprzyzwoicie. I przyzwoliła kusząco bym zbliżył się na odległość
      kilku metrów i ponownie uleciała zalotnie do przodu... A ja jak ten sztubak
      lazłem zauroczony, wpatrzony jak w tęczę, poza nią świata nie widząc.
      Tym razem jednak uleciała wysoko w górę, zataczając kółka i oddalając się w
      kierunku ugorów. I jakby dała mi do zrozumienia, że zbyt wiele sobie obiecuję i
      żem nie godzien...
      Pewnie powiecie, że pustułka jest ptakiem tak pospolitym, że żadna to rewelacja.
      Pewnie to i racja...
      Lecz tu gdzie obecnie przyszło mi żyć dostrzegłem ją po raz pierwszy. I to w
      tak niewielkiej odległości!

      Jakie to szczęście!
      Że człek ma możliwość wracać z pracy w taaakim towarzystwie!
      Mam nieskromną nadzieję, że spotkamy się jeszcze...

      Najniższe ukłony!
      Ujęty wdziękiem pustułczym M.J.
      • piasia Re: Jakie to szczęście... 13.07.04, 19:02
        Mjocie luby!
        Napisałam odpowiedź na Twe zalotno-prowokujące wizje już w piątek, ale forum
        szwankowało i nic nie dało się wysłać. Dziś powielam więc mój wpis.

        Na jakiej podstawie sądzisz, że gotowam omdleć na Twój widok? Jam kobieta
        bywała i doświadczona, więc tak znowu łatwo nie mdleję. Chyba że opis zmian na
        licu dotyczy nie mnie, ale właśnie Ciebie!!!!

        Wszak Ty istniejesz na tym forum jako osobowość, charakter, istota, wnętrze,
        wrażliwość, talent itd. a Twe zewnętrze to tylko dodatek i niezależnie co sobie
        każda/y z nas może wyobrażać o wyglądzie pozostałych forumowiczów.... ufff,
        jakie długie zdanie, i nie wiem jak je zakończyć.

        Więc może - przez analogię - opiszę dwie reakcje ludzkie na spotkanie twarzą w
        twarz z IDOLEM. Jedno było spotkanie ze mną, drugie - spotkanie moje z....
        Najpierw spotkanie ze mną.
        Swego czasu - jak niektórzy wiedzą - pracowałam w radyju. A nawet w dwóch
        radyjach. I oto przyszedł był jakis słuchacz coś tam załatwić, czegoś się
        dowiedzieć. Wychodząc zebral się na odwagę i zapytał czy zastał tę panią, ktra
        czyta dobranocki. Ponieważ dobranocki czytały w sumie cztery różne panie, więc
        zapytałam go czy pamięta imię, bo może być Iza, Emila, a może Joanna, bo ja tez
        czytam. A on na to przyjrzał mi się uważnie, i zrezygnowanym głosem
        oznajmił "yyyy.... to chyba o panią chodzi...". Na co ja odpaliłam bez
        namysłu "przepraszam, że pan się rozczarował". Ot, niewyparzona gęba radiowca.

        Teraz spotkanie drugie. Spotkanie z największa sławą Polskiego Radia, moim
        guru, idolem, mistrzem, człowiekiem, który zaraził mnie radiem i nieświadomie
        uczył zachowania na antenie - Piotrem Kaczkowskim. W jego głosie - a więc
        pośrednio w nim samym też - kochałam się przez wiele lat. I oto zobaczyłam go
        twarzą w twarz, zobaczyłam jak wygląda człowiek, którego podziwiałam za
        osobowośc i charakter. I jakaz była moja reakcja?
        A mniej więcej taka jak opisał Mjot. Ale tylko mniej więcej, bo wytrzeszczu
        było mnmiej, a rumieńców więcej. Krótko mówiąc - spiekłam raczka, zarumieniłam
        się po same oczy, a patrzałki zaszły mi mgłą rozczulenia i wzruszenia, więc nie
        widziałam juz nic. On wyglądał zupełnie nie tak, jak powinien wyglądać
        właścicierl takiego głosu, ale po kilku minutach spotkania nie wyobrażałam
        sobie, by mógł wyglądać inaczej!

        I jeśli tylko moja reakcja powstrzymuje Cię Mjocie od przyjazdu w październiku,
        to mogę obiecać, że powitam Cię po omacku i jeno będę obmacywać ;)))
        • mjot1 Re: Joooj 13.07.04, 21:09
          No to mi się dostało.
          I słusznie! Po com się zaczepiał?
          W związku z tym poddając się „odwołuję com odwołał i przyrzekam com przyrzekł”
          i umykam :-)

          Najniższe ukłony!
          Znikający M.J.
        • mjot1 Re: Jakie to szczęście... 13.07.04, 21:56
          „Są jeszcze dobrzy ludzie, chociaż ich niewiele. Ale zaskrońca nikt palcem
          nie tknie. Nawet co wrażliwsze niewiasty jak krzyczą ze strachu na widok
          węża, to robią to po cichu, by go nie straszyć ;)))”

          Właśnie. Jakie to szczęście, że są jeszcze tacy ludzie.
          Szkoda Piasiu, że ostatnio tak rzadko tu bywasz.
          Ale jakie to szczęście, że w ogóle bywasz!

          Brakuje mi na tym forum wśród masy próśb o porady właśnie takich przerywników
          jak Piasi o zaskrońcu.
          A słowo „ogród” przecie kojarzy się z czymś naprawdę przyjemnym, z sielanką, z
          zielenią niosącą spokój, ukojenie... Ze szczęściem w końcu?
          Rozumiem, że są kłopoty. Ale do licha każdy ma też chyba jakieś w tym ogrodzie
          i przyjemności?
          A tu tylko mszyce, krety, nawożenia, susze i ulewy schnięcia i gnicia!
          Czy ogród to jedynie mordercza walka o przetrwanie kwiatków i naci?!
          Czyż nikt tam nie ma radosnych przeżyć?
          Czyż nikt nie widzi jaszczurki, trzmiela, motyla, ptaka, zaskrońca czy
          mikroskopijnego tygrzyka w swojej malusieńkiej sieci rozpiętej tradycyjnie już
          w kępce kosówki?
          Czy to wszystko doprawdy jest aż takie be? Czy liczy się jedynie ten szczypior
          wśród róż?
          Ludziska przystańcie choć na malutką chwilkę! Odetchnijcie, rozejrzyjcie się,
          wokół bo możecie przeoczyć coś bardzo ważnego -samych siebie.
          Ogród po to jest by dać przyjemność. Ogród jest dla Was! Z tego że jest
          musicie, powtarzam musicie czerpać radość, cieszyć się, i dostrzegać...
          Wśród koniecznych (ja to przecie rozumiem) próśb o radę, choć co dziesiąty wpis
          niechby traktował o przyjemnościach.

          A tak jakoś mi się te wszystkie pretensje same napisały...
          No, bo jakoś strasznie tu ostatnio fachowo.
          Wiem wiem! To bardzo niegrzecznie tak podciągać swój wątek Umykam już.

          Najniższe ukłony!
          Czepiający się i znikający M.J.
          • joasia72 Re: Jakie to szczęście... 14.07.04, 00:30
            Ci co pytają (jak ja), sami niewiele jeszcze mogą zobaczyć. Dlatego każdy opis
            pustułki, zaskońca, myszek, jeżyków, kaczuszek czy innej szczerkliny czytamy z
            otwartą buzią. Ale każdy taki opis uczy nas patrzeć, wiem z autopsji.
            Dlatego upraszam gorąco: proszę pisać, pisać i jeszcze raz pisać.
            Czekam z utęsknieniem
            Joanna
          • efedra Re: Jakie to szczęście... 14.07.04, 01:41
            Oj, swieta prawda, Emjotku.
            A ja sie wlasnie zbieralam, zeby napisac, co zobaczylam wczoraj wieczorem, po
            raz pierwszy od kilkunastu lat, w czasie ktorych mam w ogrodku (i bardzo lubie)
            zlociste jednonocne moonflowers. Ale nie bylam pewna, czy nie wyskocze z tym
            jak Filip z konopi (albo ze sczypiorku pokrytego mszycami).
            Te sliczne kwiatki, jak sama nazwa wskazuje, rozwijaja sie po zapadnieciu
            ciemnosci. Zawsze do tej pory widzialam albo ostre podluzne paczki, albo
            gotowe, rozlozone juz kwiaty.
            Ostatnio bardzo obgryzaja je slimaki, wiec przez kilka wieczorow na nie poluje.
            Wczoraj po zapadnieciu zmroku zbieralam z latarka w reku te oslizgle waleczki z
            kepy kwiatkow, kiedy nagle moim zdumionym oczom ukazal sie widok, jak na filmie
            w przyspieszonym tempie. Zielona oslonka pekla i kwiatek w ciagu sekundy
            rozwinal sie do pelnej okazalosci, jakby wydmuchniety. Niemal slychac bylo
            "pfffff"... Po kilku minutach tak samo rozwinal sie nastepny.
            Obawiam sie, ze bede to ogladac czesciej, siedzac jak nocna mara nad kepka
            kwiatow. Dobrze, ze moge przynajmniej w tym czasie zbierac slimaki.
            pzdr,
            efedra
          • antares777 Re: Jakie to szczęście... 14.07.04, 01:55
            Hej!

            Najpierw chciałem zacytować ostatni, dramatyczny, post Mjota.
            I już miałem wszystko w okienku edycyjnym jak trzeba, z fachowymi wichajstrami
            z lewej strony każdej linijki i właśnie przystąpiłem do następnej czynności,
            jaką jest wycinanie (moim zdaniem) zbędnego. Przystąpiłem i zwątpiłem.
            Zwątpiłem, bo nie znalazłem bodaj jednej linijeczki, którą bym mógł uważać za
            zbędną, nieistotną czy niewartą zacytowania.

            Więc jak to? Mam zacytować calusieńki post? Toż to durnota nastolatka godna.
            To tak samo jak na egzaminie z zologii, gdy zaradny student zapytany o słonia,
            wyrecytował cały rozdział z encyklopedii o robakach, bo trąba słonia mu się
            skojarzyła ;)

            Tak więc bez cytatów, Mjocie, odpowiem Ci słowami mojego byłego Szefa (miewa
            się szefów, ale Szefa ma się jednego na całe życie), człowieka bardzo mądrego:
            "W dobrym gospodarstwie potrzebne są wszystkie zwierzęta". I otaczał się (ów
            Szef) przeróżnymi indywiduami i indywidualistami, dziwakami, dziwadłami i
            obszarpańcami, którym ze sobą nie było zupełnie źle, a którzy w sytuacjach
            podbramkowych nigdy Go nie zawiedli ;)

            I żebyś za bardzo nie płakał nad swym losem i poczuł, że ziarno zwątpienia,
            które ustawicznie tu siejesz, nie zawsze pada na skałę, przeczytaj sobie
            sąsiedni post - ten z godziny 00:30.
            A potem zrób to jeszcze raz i jeszcze i niech Twoja bezmierna niedola
            nagrodzoną będzie :))))

            Pomachiwajki

            Stary Zgred
            • venus22 Re: Jakie to szczęście... 14.07.04, 06:07
              >>>>powitam Cię po omacku i jeno będę obmacywać ;))) <<,

              oj Mjocie, widze ze czekaja cie nie lada atrakcje!!!!

              A teraz male wyjasnienie dlaczego ja nigdy nie pisze o zadnych "wijkach"
              i "sznureczkach' - otoz pewnie z braku wody.
              tak tak drodzy panstwo, tu gdzie mieszkam daleko do jakiejkowliek rzeczki lub
              stawiku.
              Mysle ze ejst to glowna przyczyna dla ktorej u mnie tego typu zyjatek nie ma...

              marze o oczku wodnym, ale chyba juz kiedys pisalam, ze rakunki (raccoons) czyli
              amerykanskie szopy lubia toto rozgrzebywac.. a tego tu nie brakuje.
              na pewno nie, bo widzialam jak sie produkuje ich potomstwo (pod wlasnym oknem
              prawie ze...) :)))

              Kiedys jak bedzie kasa to kupie chociaz fontanne..
              a wiecie o czym marze? o modliszce!

              Venus

          • lucyjka Re: Jakie to szczęście... 14.07.04, 10:32
            mjot1 napisał:

            > Czyż nikt tam nie ma radosnych przeżyć?
            > Czyż nikt nie widzi jaszczurki, trzmiela, motyla, ptaka, zaskrońca czy
            > mikroskopijnego tygrzyka w swojej malusieńkiej sieci rozpiętej tradycyjnie już

            > Ludziska przystańcie choć na malutką chwilkę! Odetchnijcie, rozejrzyjcie się,
            > wokół bo możecie przeoczyć coś bardzo ważnego -samych siebie.

            Witam

            Tak sobie mysle ze wielu z nas w swych ogrodkach tylko się gapi,
            przezywa , oczy wybalusza , podziwia......i podziwia.

            Z wielka przyjemnoscia i radoscia dzielilabym się swoimi
            spostrzezeniami.... wrazeniami na widok:

            ..ptaszkow w gniazdach tak czule i troskliwie karmiacych swe malenstwa
            ..jaszczurow pieknie wygrzewajacych się ze swymi dzieciatkami na
            kamieniach /pan już nie zmyka na mój widok /
            ..roju pszczol, ktory w zeszlym tygodniu zabladzil w srodku osiedla
            a na widok olbrzymiej kuli, żywej.. zmieniającej ksztalty...
            oniemialam z zachwytu ... i wspomnienia odzyly
            ..robaczka swietojanskiego... jednego....jedynego .. ktory w sobotnia noc
            przelecial obok palącego się ogniska i ktorego tak troskliwie
            szukalismy w trawie aby go przypadkiem niechcąco nie zadeptać
            ..i wielu.. wielu innych uniesien ....

            ale los tylko Wybrancom ofiarowal dar wyrazania uczuc ....
            wyrazania nastroju chwili...slowem pisanym.

            Dlatego goraca prosba, moja serdeczna prosba
            piszcie Wybrancy Losu !!!
            nie marudzcie i nie narzekajcie na nas „wampirkow”
            my tylko dzieki Wam zyjemy , dajecie nam strawe dla duszy
            dzieki Wam chwila trwa wiecznie .....

            „..pamietajcie o ogrodach, przeciez stamtad przyszliscie ...”

            pozdrawiam urlopowo Łucja

            • ptasik Re: Jakie to szczęście... 14.07.04, 15:54
              a co mi tm:) dorzuce i ja swoje trzy grosze:) a co mi tam:)
              Na początek przyznam się tylko, ze zcasem stopuje swoje zapedy "tworcze"
              obawiajac sie o Wasza cierpliwosc i wyrozumialosc:)

              No bo mnie w kolko Macieja to samo potrafi zachwycac:) i z tego samego ciagle
              sie ciesze jak glupi do sera, ale dobrze mi z ta radoscia:0

              Choc z racji straty kota rzeczywiscie przez pare dni swiat wokol mnie wydawal
              sie miec tylko szare, smutne kolory, ba na kociaki, ktore tak bardzo mnie
              potzrebowaly patrzylam z ciezkim sercem, bolem i zalem, ze jej Wiruski juz nie
              ma:) Ale to one (nie liczac mojej Opoki w postaci Chopa i Przyjaciol, tak na
              marginesie poznanych dzieki temu forum) przymusily mnie do tego, aby na swiat
              zaczac znowu spogladac radosnie, z zaciekawieniem i geba rozdziawiona w
              zachwycie, choc nie wszystko co dzieje sie wokol jest radosne, bywaja i smutne
              zdarzenia, a jakze....

              Zaczne wiec od radosci z poworotu na moje morwy w ogrodzie wilg, ktore od switu
              oznajmiaja swoja obecnosc odglosami, ktore trudno nazwac spiewem, choc sa
              bardzo melodyjne i intrygujace ...
              Ale oto cos te moje wilgi na morwach atakuje i zabija, a dokladnie sprawia, ze
              zabijaja sie same w ucieczce przed atakiem uderzeniem w okno, wktorym przeciez
              wisza zaslonki, ale widac poploch i strach sa tak wielkie, ze nie sa w stanie
              ich zauwazyc, kierujac sie w ucieczce w dziure w scianie, jaka dla nich jest
              wneka okienna.... Sama tego nie widzialam, znam z opowiesci Chopa, ktory
              jednoczesnie donosi, ze nic z biedakami sie zrobic nie da, bo uderzenie jest
              tak silne, ze gina na miejscu lamiac kark:(
              A malo tego ostatnia taka scena (razem zginely dwie mlode wilgi) odbyla sie tuz
              przed naszym powrotem do domu, a sprawca zamieszania byl ciagle w naszym
              ogrodzie bo bylo slychac bardzo dziwne, podobne do miauczenia (co wskazywac by
              moglo, ze to jakis myszolow) Odglosy ustaly jak zorientowal sie, ze
              nadjezdzamy... a w miejscu "zbrodni" znalezlismy wilge, martwa, rozebrana juz
              troche jakby do rosolu...
              Ten sam Chop osobisty donosi co jakis czas (dzwoniac do pracy:) o tym co sie w
              tym ptasim towarzystwie na morwie dzieje i otoz wczoraj doniosl, ze wilgi tocza
              nieustajacy boj o owoce ze srokami.... Moze to byc spowodowane tym, ze morw w
              tym roku jest jakby mniej niz zwykle i pewnei walka o te mneijsza ilosc oznacza
              dla nich byc albo nie byc.... I zaczelam sie zastanwiac, czy sroki, w koncu
              niewiele wieksze od wilg moga byc sprawcami ich smierci? Sroka przeciez potrafi
              rozne odglosy nasladowac? Moze ktos wie?:)

              A z radosnych zjawisk pozwolicie, ze sie pochwale widokiem sarnich rodzin
              tanczacych w zbozu, w oddali:) Przecudnie to wyglada jak co rusz w innym
              miejscu wyskakuja w gore sarenki... zastanwiamy sie, czy one sie bawia w
              ganianego?:)

              Poza tym mam swojego prywatnego tygrzyka na rabacie kwiatowej, ktora dzieki
              sporej ilosci deszczu w tym roku jest szczegolnie piekna, ale pieknem byc moze
              tylko dla mnie zrozumialym, bo pozwolilam, zeby na rabacie roslo wzystko to co
              ma ochote na niej rosnac:) Tak wiec byliny ogrodowe poprzetykane sa nawlociami,
              dziurawcami, miete i macierzanka:) A ten prywatny tygrzyk w moim subiektywnym
              odczuciu uplutl szczegolnie ladna pajeczyne:)))

              Ponadto doczekalam sie wreszcie harcow motyli przeroznych, ktore godzinami
              calymi podgladac chodze i poluje na nie nieustajaco:))) z aparatem rzecz
              jasna:) Z racji chlodnej wisony dlugo kazaly na siebie czekac ale warto bylo:)

              Pasjami lubie patrzec jak tancza, jak przysiadaja i kreca mlynki na kwiatach,
              jak rozkladaja skrzydelka:)
              Z geba rozdziawiona w zachwycie podgladalam ostatnio fruczaka gołąbka:)

              W sobote natomiast caly dzien wchodzilismy do domu i wycodzili z niego na
              palcach bo o to na winobluszczu tuz obok wejscia spal przecudnej urody ciem,
              ktory wygladal jak kawalek lodyzki brzozowej:) a jak sie wyspal to wieczorem
              zniknal, a ja w ramach poszukiwan doszlam do wniosku z pomoca dobrych ludzi ze
              to narożnica zbrojówka....

              No i na koniec jeszcze uprzejmie doniose, ze moj kakol na oznaczonym przeze
              mnie stanowisku caly czas ma sie bardzo dobrze i lada moment przystapie do
              zniw, znaczy sie bede zbierac nasiona:) a kazdego razu jak ide go odwiedzic to
              podziwiam go tak samo:)

              I dlatego nie dziwia mnie zachwyty M.Jota nad "zwykla" pustulka, Lucyjki nad
              rojem pszczol i innych nad zjawiskami, ktore wiekszosc ominie jako pospolite i
              nieciekawe:)

              Ale dla tych Waszych zachytow i dla was tu jestem:)
              Tedy do nieustającego apelu M.Jota sie przylaczam:)
              I tez prosze - piszcie:)
          • mjot1 He he he 14.07.04, 20:44
            No. Jak Wami zatelepać to zaraz się zrywacie i za klawiaturę chwytacie!
            W gruncie rzeczy to porządne z Was ludziska.
            Ostatnio tak zapadliście w tę nać, że w ogóle już Was z niej nie było widać!
            Pomimo karkołomnych podskoków i innych ekwilibrystycznych wyczynów nijak nie
            mogłem Was dostrzec. Że w ogóle jeszcze tam jesteście świadczyły jedynie
            okrzyki dobiegające od czasu do czasu z zieloności: a to „mszyce!” a to „kret!”
            czy inny „ślimak!”
            A wiem przecie, że kto jak kto ale tacy jak Wy nie mogą traktować bycia tu i
            teraz na tym globie jako koniecznego a niezawinionego epizodu jedynie.
            Przebywanie w ogrodach uświadamia wszak, że nasze życie ma sens i że trzeba je
            brać całymi garściami. Trzeba się nim cieszyć aż do nieprzyzwoitości wręcz!
            Trzeba brać przykład z tego, co wokół.
            Życie to radość do licha! A radość to szczęście.
            Radość można sobie uskładać ziarnko po ziarnku jak szkrab grosiaki w „śwince”.
            Świeci słoneczko? - Czyż nie cudownie?
            Pada deszcz? - Spójrzcie na roślinki, pomyślcie o wysypie borowików,
            rozejrzyjcie się a nuż niebo pomaluje tęcza?
            Spójrzcie tam. Dojrzały owoc wiśni. Zerwijcie go i zjedzcie ot tak bez powodu i
            bez płukania by poczuć jędrność świeżutkiego owocu i tę pękającą skórkę i
            cierpką słodycz i aromat i ...
            Postawcie miskę z wodą a zobaczycie ile radochy może przynieść ptaszęto, które
            Wam zaufa i przyleci napić się czy zażyć kąpieli.
            I zbierajcie te wszystkie kropelki radości do jednego naczyńka. I nie musi to
            być kielich kryształowy czy puchar z kruszcu szlachetnego niech to będzie taka
            zwykła gliniana czarka. A gdy już uzbieracie maleńki łyk to wypijcie go
            duszkiem aż do zachłyśnięcia! A jeśli raz choć spróbujesz...

            Do tego wszystkiego nie jest potrzebna główna wygrana w totka, wyśniony dom czy
            urlop „za granicą”.
            Można tu na miejscu mieć swoje prywatne „Seszele”. Wystarczy jedynie chcieć a
            ten nasz zakątek stanie się nimi!
            I nie bądźcie skąpcami czy sobkami a podzielcie się tym z bliźnim tu na forum.
            Toż to są jedynie słowa. One naprawdę nic nie kosztują! Można nimi ciskać i
            ciskać całkiem bezkarnie.
            To naprawdę nic a nic nie boli! Prawda Lucyjko? Wiem że masz nie tylko
            jaszczury :-)
            Ptasiku pisz! nigdy nie jest za wiele. Jakoś ostatnio Cię wcięło! Już myślałem,
            że po tym egzaminie...
            Efedro śledź uważnie wybuchające fajerwerki kwiatów i donoś nam, co wokół w
            trawie piszczy.
            Joasiu czyż nie cudowną jest muzyka wygrywana przez spływającą szumiącą wodę?
            Venus co z Twą osą, czy w pobliżu Twego królestwa rośnie sobie klon?
            Piasiu jak tam „mój” kąkol? Czy przypadkiem nasionka nie poszły na zatracenie?
            Antaresie „Nocny Marku” czy poprzez hałas szczekających sąsiedzkich psów
            przedziera się granie żab i świerszczy i ciche piski nietoperza?

            Najniższe ukłony!
            Słów kilka nic nie znaczących na wiatr rzuciwszy M.J. hi hi hi
            • ptasik wieczorne zachwyty zmoich Seszeli:) 14.07.04, 21:46
              No bo wzielam psa i poszlam na spacer:)
              I poraz ktorys uswiadomilam sobie jakie to szczescie wielkie patrzec na te laki ukwiecone szczegolnie mocno w tym roku, na mlodnik jak rosnie,na motyle jak szukaja nocelgowiska dla siebie, na chmury co leniwie dzis przesuwaly sie po niebie,na sarne, ktora spala tuz przy drodze i odglosy moich krokow ja sploszyly, a moje psisko , stare psisko probowalo ruszyc za nia, ale po pieciu metrach zawrocilo i wylazlo z tego zboza cale w chabaziach uczepionych do kolczatki:)
              No albo w ogrodku moc podejsc do czeresni, do wisni i prostro z drzewa rwac i jesc, dokladnie tak jak M.Jot napisal:)
              No albo patrzec na dojrzewajace na drzewie jablka:)

              TakM.Jot ma racje znalezc na codzien takie swoje Seszele to wielkie szczescie:)

              Co do mojego milczenie - M.Jocie gdybym miala blizej to bym Cię w kostke kopnela:)))) za te insynuacje:))))
              Jak slusznie zauwazyla Lucyjka, ja teraz zdecydowanie wazniejszy egzamin zdaje, egzamin z zapewnienia kocim sierotom udanego kociectwa:) I ten idzie mi naprawde dobrze, ba wysmienicie, tyle, ze opieka ta strasznie czasochlonna jest, bo nie dosc, ze trzeba kocia mame zastapic to i sprzatania codzien co niemiara:)))
              I bardzo prosze bez zadnych mi tu takich, no:)))))
    • mjot1 Fantastyczne 16.07.04, 23:04
      Zaczęło się ok. 21 na naszej polance tylko pojedyncze sztuki, ale za płotem
      wśród zarośli... Początkowo nisko, ale w jakim zagęszczeniu! a z czasem coraz
      wyżej i dosłownie wszędzie!
      Lata ich tyle, że (no nie mam innego określenia), że się po prostu w pale nie
      mieści!
      Takie coś pamiętam z czasów gdym jeszcze pacholęciem był. A i sam w to ostatnio
      już nie wierzyłem... ale po tym, co dzieje się na naszej polance wiem, że to
      jest możliwe. Lata ich mnóstwo! Dziesiątki sztuk! Wokół to co widać w zasięgu
      wzroku to grubo ponad setka!
      Bajkowy widok. Ech chce się żyć!
      Jeśli ktoś coś nadmieni, że ten rok jest do kitu wyzwę go na udeptaną ziemię!
      To fantastyczny rok!
      Piękna ciepła wilgotna noc. Tylko szmer kapiących kropelek po niewielkim
      deszczyku i te dziesiątki seledynowych skierek...
      Niech żyją świetliki!

      Najniższe ukłony!
      Oczarowany M.J.
      • antares777 A co z zapachem, proszę Admina? 17.07.04, 00:30
        To jeszcze nie to, co zapowiadają, ale już jest coś: graduśnik o północy
        pokazuje dokładnie tyle, ile przedwczoraj było w samo południe :)

        Powietrze stoi, przesycone do granic możliwości ciężką, lepką wilgocią.

        Na szpilkach świerków skrzą się tysiączne gwiazdeczki kropel, podświetlonych
        mdłym światłem latarni.

        Cisza?
        Nie, nie ma ciszy, bo z oddali dochodzi jakiś cichy terkot z warsztatów
        kolejowych, nakładający się na głuchy pomruk huty - do łomotu przetaczających
        się pociągów już tak przywykłem, że moje ucho go nie rejestruje.
        Nawet psom nie chce się szczekać. Pewnie mgła otuliła im pyski zbyt dokładnie i
        wlała się do oczu, zmuszając do zaśnięcia.

        Kwaśnawy zapach mokrych liści miesza się ze słodkim aromatem maciejki.

        Czemu nie mogę przesłać zapachu?

        Pomachiwajki

        Stary Zgred
      • mjot1 Re: Fantastyczne 18.07.04, 14:17
        Były i wczoraj. Zaczęły troszkę później, bo niebo bezchmurne później
        ciemnościom wieczornego zmroku pozwoliło świat opanować.
        I ponownie najpierw niziutko na calutkim zboczu górki za płotem zaczęły
        przemykać bezszelestne seledynowe skierki by później już w magicznym tańcu być
        wszędzie.
        Wspaniałe widowisko!
        Skoro aż tyle jest ich u mnie muszą być i u Was.
        Wystarczy jedynie wyjść z oświetlonej elektrycznością chałupinki i znaleźć się
        na polance.
        Jeśli ktoś nie ma polanki to trzeba znaleźć się poza zgiełkiem i jaskrawością
        reklam i latarń w terenie zadrzewionym a muszą się pokazać.
        Następny raz w takiej ilości dadzą występ dopiero za kilka a może i kilkanaście
        lat...
        Dziś też wyleziemy by gapić się i gapić... Już sami bez gości...
        Dziś też, gdy tylko zmrok zapadnie to (uwaga! oto prywata w najczystszej
        postaci!) to garść świecących skierek prześlę Ptasikowi :-)

        PS W kępce kosówki mieszkają już trzy tygrzyki a jednego wypatrzyłem w
        żywopłocie. Natomiast na „moich” ugorach jest ich mnóstwo.

        Najniższe ukłony!
        Oczarowany nadal tajemnym tańcem ogników M.J.
        • mjot1 Re: Fantastyczne 18.07.04, 21:49
          Latają.
          Lata ich całe mnóstwo!
          Ptasiku Zgodnie z daną uprzednio obietnicą przesyłam oto prosto z krzaków garść
          świeżutkich świetlików :-)
          Z ukłonem oczywiście!
          Na forum publicznym prywatę uskuteczniając M.J.
      • mjot1 Re: Fantastyczne 18.07.04, 15:30
        Dziś mrówcza latorośl postanowiła opuścić rodzinne korytarze zbudowane z trudem
        przez rodziców w naszym trawniku.
        Nastąpiło to przed południem ok. godziny jedenastej.
        Niby nic dziwnego wszak jak to z latoroślą bywa uskrzydliwszy się nadziejami,
        marzeniami i pewnością siebie odlatuje w dal...
        Lecz odlot ten nastąpił jednocześnie we wszystkich kilkunastu rodzinach.
        Raptem w kilkunastu miejscach naszej polanki naraz wystrzeliły w niebo żywe
        dymki ulatujących mrówek.
        Połyskując w słońcu skrzydełkami odleciały w swą mrówczą dorosłość...
        Powodzenia.

        Dostrzegłem też dzielną szczerklinę, która pod jałowcem w znoju ogromnym
        budowała norkę.
        Ileż wysiłku musi taki owad włożyć by w zbitym gruncie wydrążyć bezpieczne
        gniazdko-spiżarnię.
        Ileż razy musi wylecieć wynosząc urobek i rozsypując go ledwo widoczną mgiełką.
        Zaiste tytaniczna to praca.

        Fantastyczny jest owadzi świat.

        Najniższe ukłony!
        Wzbierający podziwem dla owada z każdą chwilą M.J.
        • mjot1 Suplement 18.07.04, 19:25
          Właśnie zaczęło się przejaśniać. Boruczy jeszcze gdzieś w oddali, ale widać już
          nawet kawałeczek błękitnego nieba.
          Przeszła nad nami spora ulewa pierwsza w tym roku tak rzęsista! No i sypnęło
          gradem. Takim jak groch, ale gęstym i sypało nim ponad pół godziny. Był też
          moment, że poleciały nieregularne grudy o średnicy dochodzącej do 2 cm.
          A ja się właśnie tak zastanawiam...
          Czy ten równoczesny z wszystkich mrowisk odlot mrówczej latorośli z tą ulewą i
          z tym gradobiciem nie miał przypadkiem czegoś wspólnego?
          Widywałem przecie wyloty uskrzydlonej młódzi nie raz, lecz odbywało się to
          zawsze w odstępach wielodniowych
          Nigdy nie maiłem przyjemności oglądać lotów tak zsynchronizowanych w czasie.
          Czy owe mrówki wiedząc o ewentualnych możliwych zalaniach swych domostw a może
          nawet przewidując uszkodzenia sklepień tak długotrwałym i wielko kalibrowym
          bombardowaniem nie przeprowadziły ewakuacji profilaktycznej?
          Wiem, że potrafią zabezpieczać otwory przed deszczem, lecz czy każdy kataklizm
          są w stanie wytrwać? Może wysłały swą młodzież na wszelki wypadek w
          przyspieszonym tempie by ją oszczędzić?
          Nic nie jest przecie przypadkiem.
          Qrcze. Ja wiem coraz mniej!

          Najniższe ukłony!
          Myślą ostatnią zdołowany z lekka M.J.
          • ptasik Re: Suplement 18.07.04, 22:19
            No i przez M.Jota siedze i smieje sie do monitora:) no bo monitor przede mna i gdyby ktos popatrzyl to co sobie pomysli? ze smieje sie do monitora, a nie do prywaty w najczystszej postaci M.Jota w postaci garsci swietlikow, ktore jak tylko klikne wyslij polece ogladac:)
            M.Jocie - cudowne zakonczenie niedzieli, cudowne:)

            A co do tygrzykow i ja raport zdaje:tygrzykow namierzylm troje w samym tylko ogrodzie, na ugorze nie licze:) Te moje jakies zabiedzone, malutkie, no ale wierze, ze sie podkarmia i podrosna:)
            Ale, ale:) Oto wczoraj w marcinkach znalazlam zjawisko pajecze z innej troche bajki, ale mrozace krew w zylach:) w marcinkach znalazlam pajeczyne ksztaltem zupelnie odbiegajacym od tygrzykowej regularnej, pieknej, symetrycznej, no porzadnej, a mianowicie znalazlam pajeczyne pajaka abstrakcjonisty w ktorej byl kokon, ale pusty i w ktorej bylo mnoooooostwo malusienkich pajaczkow:) No nie bylabym soba gdybym tej o to pajeczyny sobie pod obserwacje nie zadala:) I juz wczoraj stwierdzilam, ze wieczorem na strazy oddzialu pajeczych noworodkow pojawila sie pajecza mama, ktora trwala tam do rana, ale rano zniknela w cienistych czelusciach marcinkow:) a potem w trakcie dnia i malusienkich pajaczkow ubywalo, zupelnie tak jakby dostawaly od pajeczej mamy pozwolenie na rozpoczecie samodzielnego zycia:) A poniewaz pajaki mnie pasjonuja ostatnio to i kilka innych pajeczych domkow namierzylam i ogladalam, ale w nich narazie cisza i spokoj...
            Bede donosic:)

            A w ogole dzien, lacznie z burza, ktora pojawila sie znienacka i podlala calusienki speiczony prazacynm sloncem swiat,motylami, bzykami, trzmielami, pszczolami, osami, wilgami, wroblami, skrzeczacymi srokami - byl po prostu piekny i zal tym wiekszy mnie sciska, ze jutro trzeba za chlebem do pracy isc:) i na obserwacje to co najwyzej wieczorne mozna liczyc.... No trudno, zyje
            nadzieja, ze za 5 dni bedzie piatekpopoludniu,azadwatygodnie caledwa tygodnie urlopu:)
            • venus22 Re: otoz moje osy... 19.07.04, 03:53
              .. zrobily sie jakies takie bardziej agresywne.
              Moze maja mnie juz na oku, nie wiem, bo bardzo mnie pilnuja jak zblizam sie do
              ich terenu.
              zaraz jedna bzyka mi kolo ucha a druga bada wihajster do podlewania...
              zmykam, bo... nie chce im przeszkadzac ;)

              gniazdo jakby sie ciut powiekszylo.
              Ale nie wiem czy w przyszlym roku pozwole na gniazdo w tak bliskim sasiedztwie.
              jakby nie bylo nie moge zajac sie tak kwiatami w tej okolicy jak by trzeba
              bylo...
              ... sasiedzi powiedzieli ze w zeszlym roku mialy gniazdo na ich drzewie, wiec w
              przyszlym roku niech tez sobie zakladaja gdzies wyzej.
              mam ze 4 wielkie jodlowate drzewa i jednego ? cedrowatego, a sasiad to w ogole
              nie zajmuje sie ogrodnictwem wiec na przyszly rok, osy, do sasiada! lub na
              drzewko!

              Mjocie, mam klona w ogrodku - ale jest to czerwony klon japonski, nie
              kanadyjski, z tak fantazyjnie powykrecanymi konarami ze nie moge sie
              napatrzec.
              Bardzo go lubie..
              ale i zwyklych tutejszych tu nie brakuje...

              uff, no, taki gorac, urwal mi sie watek mysli...
              Venus




              • piasia Re: otoz moje osy... 19.07.04, 19:24
                Piąta rano, jeszcze śpię, ale już sie powoli budzę, bo na moim balkonie trwa
                wielkie żarcie - stado wróbli przyuważyło wysypaną kaszę i ryż. Trwa więc
                łomotanie dziobami o płytki i ćwierkot nieustanny. Nagle.... FRRRRRRRRRR - coś
                spłoszyło wróble i odleciały z gromkim łopotem.
                Można dalej spać.
                Nie można.
                Coś się jeszcze telepie.
                Tylko gdzie?
                W mieszkaniu coś się telepie.
                Tylko gdzie?
                Otwieram oczy, jeszcze "zapluszczone" snem - coś się telepie.
                No tak, jeden wróbel, nie lubiący ścisku i zgiełku, wlecial przez uchylone okno
                do mieszkania, gdzie w szparach parkietu znalazł nieco ryżu. Gdy wszystkie
                odfrunęły, ten nie umiał odszukać uchylonego okna i tłukł się o szybę.
                Czy wiecie, jaka to radość delikatnie łapać w dłonie młodego wróbla, który
                fruwa po oknie?.... Nawet o piątej rano....
Inne wątki na temat:

Nie masz jeszcze konta? Zarejestruj się


Nakarm Pajacyka