Gość: AP
IP: *.internetdsl.tpnet.pl
25.09.06, 15:25
Mamy więc za sobą ósmą butelkę oranżady. O ile na wakacjach pod koniec
gorącego lipca pierwsza butelka smakowała wybornie, o tyle każda następna
wydawała się coraz bardziej rozwodniona. Z 64 łyków(bo jak wiadomo każda
flacha zawiera 8 gul-guli) tylko kilka smakowało dobrze. Trzy z nich
zapewnił nam Lech wspólnie z obiema Wisłami i Cracovią. W ostatniej butelce
znalazł się też łyk kielecko-warszawski. Szaleńczy atak scyzorów Wieczorka
już na początku dał się we znaki przerzedzonej armii Wdowczyka. Pierwszy raz
ugodził nie chciany w Warszawie Djokovic. Legioniści zostali trafieni jeszcze
raz do przerwy, tym razem nową kielecką kiełbasą. Po wyjściu na drugą odsłonę
klapsa miejscowym wymierzył Janczyk i wydawało się że pozbawieni żołdu
najemnicy mogą podnieść się jak na wiosnę. Tym razem historia jednak się nie
powtórzyła i w Kielcach było Waterloo dla przyjezdnych , a ostatecznie
zganił ich Zganiacz z karnego po faulu na Boninie. Jak na ironię był to jeden
z lepszych występów stołecznych, lecz jak zwykle zawiodła skuteczność , a jak
zwykle nie zawiódł Mielcarz . Dzień wcześniej na Reymonta dwa razy zakukał
smok i Probierzowa ekipa popłynęła do domu dwukrotnie przedziurawioną łodzią.
Odwrotnie niż w Kielcach , w Krakowie nie ma się z czego cieszyć, bo gdyby
nie Dolha, ocupiały krakowski klub mógł przerwać swoją kilkuletnią passę
niepokonanej na własnym terenie ekipy. Młody Grzelak robił co chciał z pomocą
i obroną Krakowian i tylko sporej dozie szczęścia ( i bramkarzowi)
zawdzięczają czyste konto. Tradycyjnie już w tym sezonie gracze ścigali się
kto lepiej nie wykorzysta 100% okazji. Piotr „Nędza” Włodarczyk może się nie
martwić . Ma godnych następców. Van Miss-telrooy’ów przybywa( dla
niezorientowanych miss – znaczy pudłować).Outsiderzy z Grecji i Austrii już
zacierają ręce. W życiu nie spodziewaliby się, ze tak łatwo osiągną fazę
grupową UEFA. Cuda co prawda się zdarzają , ale w Polsce ostatnio rzadziej.
Po awansie do MŚ limit przynajmniej na 4 następne lata został chyba
wyczerpany.
Po powrocie z małogutowskiej pustyni szczecińscy canarinhos z niewielkim
udziałem krajowców wywołali kolejne tąpnięcie w lubelskim węglu. Ptakowy
Elton ma szansę zawstydzić tego z Warszawy. Również tąpnięcie, tym razem w
miedzi, spowodował statek Noego wygrywając mecz po tak długim czasie, że
chyba tylko sam patriarcha pamięta kiedy to było. Bardziej dociekliwi mogli
się spodziewać jednak takiego obrotu sprawy, ponieważ „Śledzie” sprawiły w
tygodniu lanie chłopu Rzepichy wygrywając w Gliwicach z Piastem 5-2 . Sternik
Arki po kilkumiesięcznym tłuczeniu do głów, niezrozumiałego dotychczas w
Gdyni faktu , że gra w piłkę polega na zdobywaniu bramek, osiągnął swój cel.
Pytanie tylko czy tę wiedzę uda się przechować do następnego tygodnia., kiedy
to chłopcy Stawowego popłyną pod prąd Wisły na mecz przyjaźni przy ulicy,
nomen omen, Kałuży. Wody jak widać od metra , ale potopu bramek raczej nie
należy się spodziewać.
Ciągnąc dalej ten niezwykle mokry wątek dobijamy do Płocka, gdzie walka (?) o
prymat pomiędzy ciekami wodnymi nie przyniosła rozstrzygnięcia. Apeluję o
zmianę nazwy stadionu Wisło-Petro-Orleno-Wisły, bo duch Kazimierza Górskiego
nie zasłużył na oglądanie takiej kopaniny przy pustych trybunach. W Płocku
nie potrafią „robić” drużyny , a powiedzenie podobno krążące wśród piłkarzy -
„Chcesz się oduczyć grać w piłkę? To idź do Płocka.”- najlepiej obrazuje
sytuację. Pan Dmoszyński zamiast pojawiać się w gazetach przy okazji
transferu Jelenia , czy procesu z Dziurowiczem, powinien raczej zająć się
czymś innym niż football , bo choćby na stadion za darmo wpuszczał , to i tak
tego badziewia nikt nie będzie oglądał. Bochynkowa zbieranina zaprezentowała
się już nieco lepiej, i być może kiedyś uda im się coś wygrać. Np za 4
tygodnie z Łęczną.
O godzinie 18:00 w Łodzi rozpoczął się teatr jednego aktora. „ Gwizdor
murawy” , pan Mariusz Podgórski z Wrocławia, tak się chyba przeraził
sukcesami prokuratury, że na boisku szalał z rozwianym włosem wyciągając
kartki jak jakiś Copperfield króliki z cylindra, czy było trzeba, czy nie. Na
początku nie dopuścił by gra trwała dłużej niż 15 sekund, a pod koniec tego
dziwowiska, zmęczony już chyba machaniem „żółtkami” i dęciem w gwizdek, dał
Hajcie rozdeptać w polu karnym Rockiego jak gdyby to była jakaś purchawka.
Dobrze ,że mecz zakończył się wynikiem nierozstrzygniętym , bo przy takich
decyzjach każdy inny wynik chyba bardziej skrzywdziłby którąś z drużyn.
W niedzielne popołudnie zamiast jak pan Bóg przykazał drzemać po obiedzie,
jesteśmy raczeni graniem. W czasie niedawnej wizyty w kopalni zabrskie
karlusy spotkały chyba Skarbnika i pajdkę jakąś mu odpaliły, bo odwdzięczyło
się chłopisko w niedzielę właśnie. Zabrzański kombajn górniczy przejechał 5
razy po Pasach raz tylko się zacinając. Tradycyjnie więc lajkoniki smutno
kłusowały do grodu Kraka. Co bardziej nerwowi zostali po meczu zatrzymani
prze policję, a ci spokojniejsi zaczynają przebąkiwać, że Białasa już nie ma.
W Poznaniu maszynista Franz walił do pieca przy linii ile wlazło, ale prawie
cała para poszła w gwizdek. Może dlatego, że lokomotywy raczej na węgiel
kamienny niż brunatny są. Mamuty ubooty zatrzymały ciuchcię na peronie. Za
tydzień po raz dziewiąty otworzymy oranżadę , oby mniej rozwodnioną. Wtedy
będziemy już wiedzieć czy mamy odrzuty z eksportu, czy nie. Smacznego.