fyrlok
31.01.06, 22:15
Piechur bez nóg zbiera na protezy
Rozmawiała Małgorzata Goślińska 18-01-2006 , ostatnia aktualizacja 18-01-2006
18:19
Przeszło połowę życia chodził po górach. Ma 54 lata, mieszka z mamą w bloku w
Chorzowie. Miażdżyca odebrała mu wszystko
Małgorzata Goślińska: Ile czasu zajęła Panu droga z Szyndzielni na Klimczok?
Marian Wirski: Trzy godziny. Deszcz wypłukał kamienie, trudno było pchać
kółka.
Na nogach dla zaprawionego piechura to najwyżej 20 minut. Nie było Panu
przykro?
- Czułem nieprawdopodobną radość. To było coś nowego. Wcześniej widziałem w
górach tylko człowieka o kulach. Byliśmy sensacją. Na Szyndzielnię
wjechaliśmy kolejką. Osiem kursów, z każdym wózkiem dwaj wolontariusze. Oni
pierwszy raz byli w górach, niektórzy nigdy nie wyszli z domu. Na szczyt
Klimczoka już nie mieli siły się wspinać, ale pytali, kiedy następna
wycieczka.
Panu to wystarcza?
- Przez tę kolejkę na górze jest masa ludzi. Taki park kultury. Ja zawsze
unikałem tłoku. Czasem sarenka wyskoczyła, przeszło stado dzików, widziałem
świeżutkie ślady niedźwiedzia, a jeśli pojawił się człowiek, to taki jak ja
entuzjasta. Nie chodziłem szlakami.
Tylko z mapą i kompasem?
- Mam topografię w głowie. 35 lat chodzenia. Najdalej w Bieszczady, zdarzyła
się Jura, wszystkie polskie pasma, Czechy, Słowacja, Beskidy co tydzień.
Czym są dla Pana góry?
- Były wszystkim. Niedzielą. Cały tydzień się pracowało, a w niedzielę w
góry. Spotkanie w miłym towarzystwie. Sześć, siedem godzin, schronisko,
polana, ognisko, opowieści. Widoki, czyste powietrze. Ja w ogóle nie
chorowałem, żadnego przeziębienia.
Jak teraz wygląda niedziela?
- Czytam albumy i przewodniki po górach, siedzę przed komputerem, oglądam
miejsca, w których byłem. Taka namiastka. Koledzy przynoszą zdjęcia z wypraw,
pytają: a jaki to szczyt, Marian? Diabły, udają, że nie wiedzą. Sześć, siedem
razy na rok zabiorą mnie ze sobą. Oni idą, a ja zostaję przy samochodzie i
patrzę na szczyt.
Pięć lat temu lekarze ucięli Panu nogę z powodu miażdżycy. Co Pan pomyślał?
- Koniec z górami. Dopiero później uświadomiłem sobie, że mieszkam na drugim
piętrze bez widny.
Po miesiącu ucięli drugą nogę.
- Poprosiłem: zachowajcie mi chociaż kolano, żebym miał do czego przyczepić
protezę. Byłem pewien, że wyślą mnie na rehabilitację, założą protezy i będę
chodzić.
Trudno było pogodzić się z wózkiem?
- Ja chodzę. Gdy nie ma śniegu, to codziennie. Tylko na to czekam. Kolega
zabiera mnie do lasu, w ustronne miejsce, żebym nie budził ciekawości i miał
trochę przyrody. Zimą zakładam nasadki ze szpikulcami na kule i też się da,
chyba że jest tak ślisko jak dzisiaj. Wtedy chodzę po schodach, w dół, w
górę, w dół... Ruch musi być.
Wejdzie Pan w tych protezach na szczyt góry?
- Łatwo na nich upaść. Nazywam je tymczasowe.
Dlaczego?
- Bo to nie będzie trwać wiecznie. Ja ten wózek kiedyś odstawię. Zbieram
pieniądze na protezy hydrauliczne. Nie są refundowane. Najtańsze z
rehabilitacją kosztują 40 tys. zł. Na razie jest pół tysiąca. Mam nadzieję,
że to konto urośnie, chociaż trochę, żebym mógł wziąć kredyt.
Jak się uda, zabierze Pan jeszcze kiedyś w góry ludzi na wózkach?
- Ja po to potrzebuję tych protez. Żeby chodzić po domach i wyciągać takich
jak ja. Wózek załamuje, ludzie zaczynają pić. W Rzeszowie jest koło PTTK dla
niepełnosprawnych, u nas też można by takie stworzyć.
Kogo z rentą inwalidzką stać na wycieczki?
- Cały koszt to około 20 zł. Mam przyjaciela kierowcę z własnym autobusem,
weźmie tylko za benzynę. Do tego ubezpieczenie. Ja jestem przewodnikiem
beskidzkim, wszystko zorganizuję społecznie. Chcę czuć się potrzebny.
Chcesz pomóc Marianowi Wirskiemu w zakupie protez do zdobywania gór? Zadzwoń
na redakcyjny numer 507 094 352 lub wpłać na konto Fundacji "Tacy Sami" 46
1160 2202 0000 0000 3505 0344 z dopiskiem "na zakup protez i rehabilitację
Mariana Wirskiego"
miasta.gazeta.pl/katowice/1,35063,3119049.html