Gość: Gabi
IP: 10.129.134.*
05.02.02, 22:33
Miało być trochę więcej o SGH, więc postanowiłam zacząć nowy wątek; a co, będę
rozrzutna.
Przede wszystkim - kiedy zdawałam na SGH, to samo zrobiły 3 inne osoby z mojej
klasy. Odpadła w sumie tylko jedna, czyli osiągnęliśmy 75% sukces - duży punkt
dla mojego liceum (bynajmniej nie społecznego). Dostanie się na SGH nie jest aż
taką sztuką; spora konkurencja bierze się stąd, że wszyscy warszawiacy składają
papiery do kilku szkół na raz, co niekoniecznie oznacza, że wszyscy są takimi
orłami, że zdają świetnie egzaminy.
Kiedy się już dostaniesz, sztuką jest wylecieć. Mój brat studiuje na AGH; przy
jego studiach moje - to było przedszkole.
Nauka języków obcych stoi na niezłym poziomie (rzadkośc na warszawskich
uczelniach). Uczelnia ma dobre kontakty międzynarodowe - spore możliwości
wyjazdów na stypendia zagranicą.
Największy plus uczelni to jednak chyba możliwość studiowania u dużych nazwisk.
Szczególną przygodą było uczęszczanie na wykład do Balcerowicza. To jest
faktycznie gość. O polityce dyskutować tu nie będziemy, jako wykładowca i
ekonomista jest naprawdę kimś. Jest przede wszystkim logiczny do bólu, wiedzę
ma nieprawdopodobnie szeroką, a sposób jej przekazywania i wypowiadania się -
doskonale usystematyzowany. Żeby dostać się na jego seminarium magisterskie nie
trzeba było być "wybitnym studentem" (i chwała Bogu...), wystarczyło
zaproponować temat, który go zainteresował. Ochrona środowiska go akurat
interesuje (przynajmniej jako wykładowcę...) i mój temat po prostu mu się
spodobał, więc go kupił. Pracę pisałam ze trzy lata i obroniłam się ponad rok
po normalnym terminie (na SGH tak się da). W międzyczasie B. został członkiem
rządu, co oczywiście wpłynęło na tempo prac... Najbardziej rzucało mnie na
kolana, kiedy oddawał mi sprawdzoną pracę z poprawionymi przecinkami (!!!)i z
uwagami, żeby nie używać wyrazów typu "implementacja" czy "akcesja" (rozkoszny
puryzm językowy...).