Dodaj do ulubionych

spotkanie z red. Michalkiewiczem

IP: *.internetdsl.tpnet.pl 23.02.12, 07:38
25 lutego

Spotkanie ze Stanisławem Michalkiewiczem w Stalowej Woli

godzina 16:00, sala parafialna przy kościele p.w. Opatrzności Bożej

ul. Poniatowskiego 41

www.michalkiewicz.pl/
Obserwuj wątek
    • Gość: jaś Re: spotkanie z red. Michalkiewiczem IP: *.internetdsl.tpnet.pl 24.02.12, 12:00
      www.tarnobrzeg.info/index.php?module=Forum&func=viewtopic&topic=7348&start=0#pid129357
      • lechowski51 Re: spotkanie z red. Michalkiewiczem 24.02.12, 12:20
        Niezla reklama...
        • lechowski51 Re: spotkanie z red. Michalkiewiczem 25.02.12, 10:18
          Michalkiewicz to godny nastepca Nowaczynskiego i Kisiela.Od lat czytalem go w Najwyzszym Czasie.Ostatnio czytuje go tez w necie w innych gazetach.A ze wspolczesna mlodziez malo zna tego mistrza felietonu,bede benny w tym watku popularyzowal jego najlepsze felietony.

          Iustitia już zwycięża – Stanisław Michalkiewicz
          Aktualizacja: 2012-02-24 9:14 pm

          Jeszcze strategiczni partnerzy na polskim terytorium etnograficznym nie zdążyli zainstalować Judeopolonii, ale niezawisłe sądy już skądś wiedzą, że pan redaktor Michnik ma zawsze rację. Właśnie w kolejnym procesie, jaki pan red. Michnik wytoczył swoim krytykom, niezawisły sąd w osobie sędziego Zbigniewa Szczuki uznał, że pan red. Krasowski dopuścił się oszczerstwa twierdząc, że pan red. Michnik poświęcił jedną trzecią życia na obronę byłych ubeków. Niezawisły sąd w osobie pana sędziego Szczuki uznał bowiem, że to nie jest opinia, tylko informacja. Aaaa, to co innego! Skoro to informacja, to rzeczywiście nieścisła, podobnie jak informacja, że na Placu Czerwonym w Moskwie rozdają samochody. Jak pamiętamy, Radio Erewań zapytane przez zachwyconego słuchacza, czy to aby na pewno prawda, odpowiedziało, że jak najbardziej – tylko, że nie w Moskwie, a w Leningradzie, nie na Placu Czerwonym, tylko na Newskim Prospekcie, nie samochody, tylko rowery i nie rozdają, tylko kradną. Poza tym wszystko się zgadza.

          Tak samo i tutaj; skąd pan red. Krassowski obliczył, że jedną trzecią, a nie, dajmy na to – połowę, czy jedną czwartą życia? I dlaczego tylko ubeków? Generał Jaruzelski nie jest przecież żadnym „ubekiem”, tylko byłym seksotem Informacji Wojskowej o pseudonimie „Wolski”, a to przecież nie to samo. Wreszcie – dlaczego niby „poświęcił”, a nie – dajmy na to – zainwestował? Poświęcenie oznacza przynajmniej bezinteresowność, a nawet stratę, a chyba nie trzeba nikogo przekonywać, że pan red. Michnik raczej odniósł sukces i to pod każdym względem, zostając również autorytetem moralnym. Podobnie nieścisła jest informacja pana red. Krasowskiego, jakoby pan red. Michnik „trywializował się” w kolejnych dowodach, że kolaboracja i sprzeciw były w istocie tym samym. Po pierwsze, pan red. Krasowski użył czasu przeszłego, a po drugie – czy pan red. Michnik aby na pewno dostarczył jakichś dowodów na uzasadnienie poglądu, jakoby kolaboracja i sprzeciw były w istocie tym samym? Żywym dowodem potwierdzającym taki pogląd jest Aleksander Kwaśniewski, który zarazem i kolaborował w PZPR, a nawet – oczywiście „bez swojej wiedzy i zgody” został zarejestrowany jako seksot SB – i się sprzeciwiał – na przykład „wychowując się” na paryskiej „Kulturze”, czy kierując się „społeczną nauką Kościoła” – ale nie przypominam sobie, by pan red. Michnik kiedykolwiek przywoływał postać Aleksandra Kwaśniewskiego na uzasadnienie nie tylko tego, ale jakiegokolwiek innego poglądu. Krótko mówiąc, iustitia znowu zatriumfowała, chociaż – jak wspomniałem – strategiczni partnerzy jeszcze ociągają się z instalacją Judeopolonii na „polskim terytorium etnograficznym”.

          A warto przypomnieć, że jeszcze w roku 2002 został wysunięty projekt „Zentropy” składającej się z „ziem utraconych”, nazywanymi w Polsce „ziemiami odzyskanymi” – oraz częścią dawnych Prus Wschodnich, tworzących obecnie Enklawę Królewiecką. Ta Zentropa byłaby autonomicznym, rozbrojonym regionem UE, pod protektoratem międzynarodowym. No dobrze – a co na wschód od niej, to znaczy – od dawnej niemieckiej granicy z 1937 roku, czyli na „polskim terytorium etnograficznym”? Ano właśnie – Judeopolonia! Nie od rzeczy będzie tutaj przypomnieć, że podobną koncepcję przedstawiał jeszcze w połowie lat 90-tych kandydujący w marcowych wyborach prezydenckich rosyjski polityk narodowości prawniczej („matka Rosjanka, ojciec prawnik”), Włodzimierz Wolfowicz Żyrynowski. Gdyby Polacy nie zdecydowali się zostać „Słowianami” zapowiadał, że Rosja postawi na porządku dziennym sprawę politycznej przyszłości Prus Wschodnich. Nietrudno zauważyć, że ten pomysł wychodzi naprzeciw koncepcji Zentropy, która, być może w nieco okrojonej postaci, chyba też nabiera rumieńców.

          Na konferencji prasowej, jaka odbyła się 17 lutego w Berlinie, Związek Właścicieli – Wschód zapowiedział przeprowadzenie w Polsce kampanii informacyjnej w sprawie roszczeń, poprzedzającej „kroki prawne”, jakie dzięki odkrytej „luce w prawie międzynarodowym” zamierza podjąć. A ponieważ, już choćby na przykładzie procesów, jakie pan red. Adam Michnik wytacza swoim krytykom widzimy, że iustitia zwycięża, to nie ulega wątpliwości („nie ulega wątpliwości, jak mawiała stara niania; lepiej…” – no, mniejsza z tym), że tym razem też zwycięży i to pewnie – ostatecznie, zgodnie z życzeniem wyrażonym w deklaracji CDU i CSU w sprawie wypędzeń z roku 2009 – by „prawa” zostały „uznane”. Już tam niezawisłe sądy powinność swej służby zrozumieją prawidłowo, jak się należy.

          A gdyby – co graniczy z niepodobieństwem – iustitia się zagapiła, to w odwodzie pozostają przecież inne możliwości. Czytelnik Ernest T. z Warszawy przypomniał mi, jak to kiedyś, kiedyś, jeszcze za rządów kanclerza Schroedera, tego samego, za którego „okres niemieckiej pokuty dobiegł końca”, obecny przewodniczący PE pan Martin Schulz sugerował, że być może i Polsce – oczywiście dla jej dobra – trzeba będzie wykręcić ręce. Wtedy jeszcze nie bardzo było wiadomo, jak to elegancko przeprowadzić, ale po ratyfikacji traktatu lizbońskiego przez prezydenta Kaczyńskiego sprawa wydaje się stosunkowo prosta; w tym traktacie przewidziana jest „klauzula solidarności” pozwalająca na udzielenie krajowi członkowskiemu bratniej pomocy w razie zagrożenia tam demokracji – jeśli już nie można uniknąć takiej ostentacji. I chociaż pan red. Andrzej Talaga z zagadkowym entuzjazmem pisze w „Rzeczpospolitej” o możliwości wysłania do Grecji czołgów – oczywiście dla jej dobra, to zrozumiałe samo przez się – to przecież lepiej byłoby, gdyby tamtejszy judenrat, podobnie jak w 1981 roku judenrat w Polsce, podjął suwerenną decyzję o załatwieniu sprawy we własnym zakresie. „Rynki finansowe” takiej decyzji greckiego judenratu na pewno przyklasną, podobnie jak 13 grudnia 1981 roku przyklasnęły judenratowi w Polsce, a za ich przewodem – również kanclerz Helmut Schmidt i prezydent Franciszek Mitterrand.

          Stanisław Michalkiewicz

          Felieton • tygodnik „Najwyższy Czas!” • 24 lutego 2012
          • lechowski51 Re: spotkanie z red. Michalkiewiczem 01.03.12, 13:52
            Zgodnie z obietnica nastepny felieton Michalkiewicza..

            Zanim zmieni się etap… – Stanisław Michalkiewicz
            Aktualizacja: 2012-02-29 11:01 pm

            „Użalcie się nad nami, biednymi zbirami” …Ach, ileż to już razy swołocz się tłumaczyła, że jeśli nawet mordowała niewinnych ludzi, łamała im kości, albo charaktery, jeśli się łajdaczyła i nakłaniała do tego samego innych, to albo czyniła to „bez swojej wiedzy i zgody”, albo dlatego, że „musiała”, bo miała żony, dzieci, karierę, albo majątek na widoku! Pierwsza taka fala pojawiła się po śmierci Stalina, kiedy to pojawiła się kwestia, któż teraz beknie za te wszystkie zbrodnie. To znaczy – nie wszystkie, co to, to nie, aż tak dobrze nie było ani wtedy, ani teraz. Chruszczow w swoim tajnym referacie nie uważał na przykład, by rozkułaczanie, połączone ze sztucznym wywołaniem głodu na Ukrainie i Kubaniu, które pochłonęło co najmniej 11 milionów ofiar, było jakąś zbrodnią. Nawet i dzisiaj nie wszyscy uważają to za zbrodnię, bo jakże – skoro jej wykonawcą był Łazarz Mojsiejewicz Kaganowicz? Za zbrodnię – paradoksalnie – Chruszczow uznał tylko zagładę komuchów, którzy wcześniej jako rewolucjoniści lub funkcjonariusze reżymu, te wszystkie zbrodnie popełnili, a więc ludzi, którym zagłada z tego tytułu słusznie się należała.

            Więc kiedy Stalin szczęśliwie powędrował do piekła (miejmy nadzieję, że za takie przypuszczenie nie grozi jeszcze ekskomunika, bo np. ojciec Paweł Gużyński, dominikanin ujawnił w „Gazecie Wyborczej”, że „Ks. Piotr Natanek za stwierdzenie, że zmarły abp Życiński wyje w piekle, został zasuspendowany” – w co wyjątkowo chętnie wierzę, bo w inne informacje lub opinie kolportowane przez przewielebnego ojca Gużyńskiego – już niekoniecznie. Inna sprawa, skąd właściwie ks. Natanek może takie rzeczy wiedzieć tym bardziej, że np. przewielebny ks. Wacław Hryniewicz uważa, że piekła w ogóle nie ma, a jeśli nawet i jest, to jest puste – a wcale zasuspendowany nie został. Od razu widać, że zarówno przedśmiertna, a zwłaszcza pośmiertna reputacja Ekscelencji ważniejsza jest od katechizmowych nauk o czterech rzeczach ostatecznych. Ładny interes!) pojawiła się konieczność odpowiedzi na kłopotliwe pytanie, kto mu w tym wszystkim pomagał – no bo uznanie że Stalin wymordował wszystkich osobiście, byłoby za bardzo śmieszne, nawet w Związku Radzieckim. W takich momentach szalenie liczy się refleks, którym w większości wykazali się towarzysze pochodzenia żydowskiego, nieubłaganym, oskarżycielskim palcem wskazując na towarzyszy pochodzących z mniej wartościowego narodu tubylczego, jako pomagierów Józefa Stalina. Ci owszem – przyznawali że to i owo zdarzyło im się wykonać, ale przypominali, że to tamci towarzysze wydawali im rozkazy. Na takie dictum towarzysze pochodzenia żydowskiego zareagowali oskarżeniem o „antysemityzm” – no i tak się to ciągnie aż do dnia dzisiejszego.

            Jeszcze zabawniejsze były ekwilibrystyki „inżynierów dusz”, w rodzaju nieboszczki poetessy-noblistki, którzy wprawdzie osobiście kości nikomu nie łamali, ale opiewali zbrodniarzy mową wiązaną. Warto by dzisiaj opublikować antologię tych arcydzieł, żeby naiwna młodzież też wiedziała skąd komu wyrastają nogi i na jakim fundamencie zbudowana jest hierarchia autorytetów moralnych, którzy swoje życiorysy rozpoczynają od roku 1990- na przykład poemat o majorze UB, któremu w nocy ukazał się Dzierżyński, żeby podtrzymać go na duchu i dodać wigoru – sam cymes! Bodaj tylko jeden farys przyznał się, że „zwariował” – chociaż i to było kłamstwem, bo za swoje wariactwa dostawał niezły szmalec z wysokich nakładów, dochrapał się luksusowej willi i tak dalej („I ty, co mieszkasz dziś w pałacu, a sr... chodziłeś za chałupę…”) – podczas gdy inni – jak to pięknie opisał Tyrmand w „Życiu towarzyskim i uczuciowym”, najpierw inkasowali za to, że tragicznie „błądzili”, a potem – że swoje tragiczne „błądzenie” opisali – i znowu inkasowali i znowu jednym susem wskakiwali do pierwszego szeregu autorytetów moralnych i znowu wdeptywali w ziemię inaczej myślących – tylko już pod innymi pretekstami.

            Podobne sytuacje miały miejsce podczas sławnej transformacji ustrojowej, ale szybko przeminęły, bo spółdzielnia pracy autorytetów moralnych, nauczona doświadczeniami z poprzednich etapów, sprawnie potępiła wszelkie wścibstwo – i albo głosząc panświnizm, że to niby wszyscy się uświnili, więc nikt nie ma prawa osądzać kogokolwiek, albo kwestionując potrzebę „rozdrapywania starych ran”, porozstawiała amatorów rozliczeń po kątach – przy czym oczywiście nie obyło się bez oskarżeń o – jakże by inaczej! – „antysemityzm!” Ale oprócz tych pieszczochów reżymu, byli również wyrobnicy – m.in. w postaci nauczycieli, na których barki zostało złożone zadanie demoralizowania dzieci i młodzieży – i niestety bardzo wielu z nich za nędzne ochłapy od reżymu zadanie to wykonywało. Niekiedy dochodziło przy tym do sytuacji podobnych do opisanych w „Syzyfowych pracach”; pamiętam, jak wychowawca naszej klasy postanowił nauczyć nas „Międzynarodówki” i dopiero po dziesiątej chyba próbie daremnego oduczenia nas fałszowania melodii zrozumiał, że to nie drewniane uszy, tylko bunt.

            Wspominam o tym wszystkim dlatego, bo dzisiaj mamy do czynienia z identycznym procesem, który na tym etapie nie wymaga jeszcze ofiar z ludzi, ale wszystko przecież dopiero przed nami tym bardziej, że mamy do czynienia z dwiema przyczynami w jednym. Po pierwsze – Unia Europejska forsuje ideologię politycznej poprawności, czyli marksizmu kulturowego który nakierowany jest na doszczętne zniszczenie „kultury burżuazyjnej”, której ważnym elementem jest religia. Stąd taka niechęć, żeby nie powiedzieć – wrogość do chrześcijaństwa, które systematycznie wypierane jest z terenu publicznego – w czym niestety uczestniczą niektórzy przedstawiciele duchowieństwa oraz katolicy zawodowi, którzy z katolicyzmu żyją, więc frymarczą nim na zasadzie kto da więcej.

            Właśnie 16 marca odbędzie się kolejny „zjazd gnieźnieński” podczas którego aktyw będzie stręczył uczestnikom Unię Europejską próbując przekonywać ich, że to sam Pan Bóg szepnął im z nieba. Nie od rzeczy będzie wspomnieć, że dwaj główni stręczyciele zostali – oczywiście „bez swojej wiedzy i zgody”, zarejestrowani w charakterze tajnych współpracowników Służby Bezpieczeństwa. Znaczy – „służą Panu”, tylko nie tyle temu z Nieba, a raczej temu z Brukseli. Po drugie – światowe Żydostwo, zaniepokojone skutkami, jakie mogą dla diaspory wyniknąć z postępującej sekularyzacji, a także kierując się pragnieniem eksploatowania narodów mniej wartościowych – forsuje „religię holokaustu”. Judaizm ufundowany jest na traumatycznym przeżyciu opisanym w biblijnej Księdze Wyjścia – ale sekularyzacja sprawia, że coraz więcej Żydów nie jest pewnych, czy mają wierzyć, że Morze Czerwone rzeczywiście się rozstąpiło, a potem zamknęło nad egipska armią – tym bardziej, że żadne egipskie świadectwa takiej zagłady armii nie odnotowują. Ponieważ jednak religia ta była przez całe tysiąclecia i jest to tej pory istotnym czynnikiem żydowskiej tożsamości, sięgnięto po inne traumatyczne przeżycie w postaci holokaustu, w który przecież wcale nie trzeba „wierzyć”. Żeby jednak religia holokaustu wystarczająco okrzepła, nie wystarczy, by nabrali do niej smaku tylko Żydzi. Trzeba, żeby uznał ją również świat nieżydowski – a warunkiem sine qua non takiego uznania jest narzucenie wszystkim przekonania, iż holokaust jest wydarzeniem nie tylko bez precedensu w dziejach świata, ale – wydarzeniem najważniejszym. Starania te przebiegają dwutorowo; z jedne
            • lechowski51 Re: spotkanie z red. Michalkiewiczem 01.03.12, 13:53
              zakonczenie
              Trzeba, żeby uznał ją również świat nieżydowski – a warunkiem sine qua non takiego uznania jest narzucenie wszystkim przekonania, iż holokaust jest wydarzeniem nie tylko bez precedensu w dziejach świata, ale – wydarzeniem najważniejszym. Starania te przebiegają dwutorowo; z jednej strony tworzone są prawne narzędzia terroru w rodzaju „kłamstw oświęcimskich” czy penalizacji „rewizjonizmu holokaustu” to znaczy – publicznego wyrażania wątpliwości wobec zatwierdzonych wersji wydarzeń, a z drugiej – intensywna propaganda tych właśnie zatwierdzonych do wierzenia wersji. Jednym z ważnych narzędzi tej propagandy jest film.

              I właśnie Czytelnik nadesłał mi list, w którym pisze m.in.: „Wczoraj moja córka z całą klasą NA POLECENIE WŁADZ SZKOLNYCH poszła na film „W ciemności” Agnieszki Holland. Był to jakby pół przymus, bo gdyby ktoś się sprzeciwił, niejako byłby poza środowiskiem klasy jako ten, który jest przeciw Żydom. (…) Więc wszyscy karnie, jak na 1 Maja poszli.” Domyślam się, że biedne polskie dzieci musiały same zapłacić za bilety, a to znaczy, że propaganda żydowskiego przemysłu rozrywkowego – bo pani Agnieszka kręci filmy według klucza trybalistycznego – a zarazem – religii holokaustu, odbywa się nie tylko w warunkach coraz silniejszego przymusu, ale również – za pieniądze wymuszone pod pretekstem „nauczania” od indoktrynowanych oraz przy użyciu „ciała pedagogicznego” w charakterze ślepego instrumentu. Krótko mówiąc – mechanizm według najlepszych stalinowskich wzorów i nie bez kozery Czytelnikowi to wyjście całą klasą do kina przypomniało spędzanie uczniów przez nauczycieli na pochody pierwszomajowe.

              Warto przy tej okazji zauważyć, że żydowska gazeta dla Polaków i inne media głównego nurtu piętnują spędzanie Rosjan na demonstracje popierające Putina. Znaczy – spędzanie na Putina jest niegodziwe, ale spędzanie i wyłudzanie pieniędzy od dzieci na Agnieszkę Holland i jej knoty jest w jak najlepszym porządku? Warto też zwrócić uwagę, że tego rodzaju presja ze strony pedagogów – bo przypadek opisany przez Czytelnika jest typowy, a nie odosobniony – nie może odbywać się bez odgórnych dyrektyw ze strony rządu premiera Tuska. Realizuje on w ten sposób wyznaczonemu zadania w zakresie realizacji scenariusza rozbiorowego i pewnie dlatego – jak informuje mnie mój honorable correspondant – jeszcze w czerwcu ub. roku premier Tusk wydał tajne zarządzenie zobowiązujące wojewodów do pozytywnego załatwiania w trybie administracyjnym roszczeń majątkowych żydowskich „spadkobierców”, którzy nie legitymują się jakimikolwiek dokumentami. Bardzo możliwe, że taki tryb „odzyskiwania mienia żydowskiego w Europie Środkowej” został uzgodniony podczas wizyty rządu premiera Tuska in corpore w Izraelu w lutym ubiegłego roku.

              Z jednego choćby powodu chciałbym długo żyć. Obawiam się, że przy statystycznej długości życia mogę już się nie dowiedzieć, jakich wykrętów będą się imać członkowie Platformy Obywatelskiej, Polskiego Stronnictwa Ludowego i „ciała pedagogicznego”, że dali się wciągnąć w realizację scenariusza rozbiorowego i w to stręczycielstwo, którego celem jest – podobnie jak w czasach stalinowskich – zniszczenie łacińskiej cywilizacji – kiedy znowu zmieni się etap. Bo każda akcja wywołuje reakcję, więc jeszcze trochę takiej presji i tylko patrzeć, jak etap się zmieni.

              Stanisław Michalkiewicz
              • lechowski51 Re: spotkanie z red. Michalkiewiczem 02.03.12, 11:42
                Ziemkiewicz zartowal w Klubie Ronina ze nasza najslynniejsz ryzeserka po Wajdzie nie otrzymala Oskara bo mimo ze pokazuje "sluszny temat" o Holocauscie,to popelnila blad i winnymi wymordowania Zydow obciazyla Niemcow a nie Polakow.A co mysli na ten temat Michalkiewicz?

                Zwycięska porażka pani reżyserowej – Stanisław Michalkiewicz
                Aktualizacja: 2012-03-1 9:53 pm

                „Poeci będą wyli, że księżyc jest jak kula. Darmo – nikt od tej chwili za „kulę” nie wybulą. Dość żeście nasmrodzili jambografowie mili. Śmierć rękopisy oszczy – sympatyczna babula” – wieszczył Konstanty Ildefons Gałczyński w poemacie o końcu świata. Wprawdzie jeśli chodzi o koniec świata, to wszystko jeszcze przed nami – przynajmniej w kalendarzu Majów (nawiasem mówiąc, skąd właściwie ci cali Majowie, którzy nie potrafili wymyślić nawet koła, mogli wiedzieć takie rzeczy?) – ale znaki zwiastujące taką ewentualność – co tu ukrywać – są. Jakże bowiem inaczej wytłumaczyć pominięcie przy Oskarach filmu Agnieszki Holland pod tytułem „W ciemności”? I to pominięcie totalne! Ani pani Agnieszka nic nie dostała, ani żaden aktor – słowem „trup baronowo, grób baronowo, plajta klapa, kryzys, krach!” A przecież wydawało się, że wszystko jest na najlepszej drodze; film był o Żydach i to nie jakichś zwyczajnych, ale takich, co to przeżyli holokaust w kanałach dzięki mniej wartościowemu tubylczemu Polakowi, który przy nich nawet nieco podciągnął się moralnie, zgodnie z zasadą, że z kim przestajesz, takim się stajesz.

                Oczywiście bez przesady; żaden mniej wartościowy przedstawiciel narodu tubylczego nie jest w stanie wspiąć się na przepastne wyżyny, co pani reżyserowa dyskretnie pokazała w postaci aluzyi, że podczas gdy Żydzi cierpią od „nazistów” niewypowiedziane katusze, tubylczy Polacy w komitywie z „nazistami” żyją sobie jak gdyby nigdy nic, zaopatrując się w „Biedronkach” ile dusza zapragnie, zupełnie jakby nie było kartek żywnościowych. A przecież, jak wiadomo, powinno być odwrotnie, ale nie o to w tej chwili chodzi, tylko o to, że pani reżyserowa nakręciła wszystko jak się należy, zgodnie z aktualnym zapotrzebowaniem społecznym. A w związku z planami, jakie względem naszego mniej wartościowego narodu tubylczego snują starsi i mądrzejsi zapotrzebowanie jest takie, że tubylczy Polacy skwapliwie wykorzystali pretekst w postaci przejściowego najazdu „nazistów”, żeby przeprowadzić ostateczne rozwiązanie, w związku z czym dzisiaj nie można zostawić ich samopas, tylko – pod kuratelą starszych i mądrzejszych, bo w przeciwnym razie ZNOWU zrobią coś okropnego.

                W tym kierunku nawija przecież Jan Tomasz Gross, awansowany na obecnym etapie na „historyka” i to nie byle jakiego, tylko od razu „światowej sławy”, któremu tubylcza piąta kolumna każdego roku urządza prawdziwe festiwale. Podczas tych festiwali „światowej sławy historyk” rozdrapuje stare rany i chłoszcze sumienia tubylców, nieubłaganym palcem wytykając im nieprawości Niebu obrzydłe. Zresztą – nie tylko on; przypominam sobie, jak w połowie lat 90-tych uczestniczyłem w sympozjonie, zatytułowanym „Polityka integracyjna polsko-niemiecka”, zorganizowanym w Lublinie za pieniądze Fundacji Adenauera, która, jak wiadomo, 95 procent środków, jakimi dysponuje, czerpie z subwencji rządu niemieckiego, będąc swego rodzaju dyskretnym kanałem zaopatrywania tubylczych jurgieltników. Otóż na tym sympozjonie miałem okazję wysłuchać referatu pana dra Karpa, starszego pana urodzonego w Kwidzynie, który, najwyraźniej i – jak się okazało – nie bez powodu sądząc, iż jest w zaufanym gronie, otwartym tekstem przedstawiał podział zadań, jakie będą przydzielone do wykonania a to działaczom politycznym, a to przewielebnemu duchowieństwu, a to „ludziom chał…” to znaczy pardon – oczywiście „ludziom kultury”, a to wreszcie – harcerzom – i tak dalej.

                Nic zatem dziwnego, ze zgodnie w tamtymi wytycznymi, wszyscy dzisiaj się uwijają – oczywiście każdy na swoim odcinku, według tego, jaki tam wyznaczono mu Dienst. Na przykład przewielebne duchowieństwo 16 marca urządza kolejny „Zjazd Gnieźnieński”, którego celem jest stręczenie mniej wartościowym tubylczym uczestnikom dalszego „zacieśniania” i „pogłębiania” integracji w ramach Unii Europejskiej, a w ramach owego zacieśniania i pogłębiania – również psychologicznej podgatowki w postaci tresury do kurateli starszych i mądrzejszych – której narzędziem jest nowa świecka tradycja w postaci dorocznego Dnia Judaizmu. Podobnie politykowie; na ukończeniu jest już Muzeum Żydów Polskich w Warszawie, do którego wszyscy przedstawiciele mniej wartościowego narodu tubylczego będą spędzani na ekspiacyjne pielgrzymki – podobne do organizowanych przez nieboszczyka Ekscelencję w nieszczęsnej Archidiecezji Lubelskiej – i dzięki temu nieustannemu rozbudzaniu, zwłaszcza wśród młodzieży, poczucia winy za holokaust, starsi i mądrzejsi będą mogli – jak powiada poetka – z nimi „wszystko zrobić i w każdą formę ulepić”. No więc i pani reżyserowa, nic tylko kręci, kręci i kręci, podobna „paniusiom” z poematu wspomnianego Ildefonsa poświęconemu Bożemu Narodzeniu, które „idą, a piszą. Piszą piszą i piszą, piszą piszą i piszą, piszą piszą i piszą. Piszą i piszą”. I kiedy nawet szkoły dostały rozkaz, by spędzać młodzież na oglądanie tego arcydzieła pani reżyserowej – taki zawód, taki nóż w plecy, który zmusza inżynierów dusz w mediach głównego nurtu do wykręcania kota ogonem, że chociaż wprawdzie pani reżyserowa Oskara nie dostała, to przecież zwyciężyła.

                No naturalnie, jakże by inaczej – ale tak naprawdę, to co się właściwie stało tej całej amerykańskiej Akademii Filmowej, że już nie „wybula” Oskarów za Żydów? Pewne światło rzuca na tę sprawę nagrodzenie Oskarem irańskiego filmu „Rozstanie”. Od razu widać, że to nie jest tak, że o Żydach zapomniano. Ależ skądże, wcale nie, o tym w ogóle nie ma mowy – chodzi tylko o to, że obecnie mądrość etapu nakazuje skupić wszystkie wysiłki na pracy nad zwycięstwem demokracji w złowrogim Iranie. Złowrogi Iran prędzej czy później będzie musiał skonfrontować się z demokracją i chociaż na razie próbuje wierzgać przeciwko ościeniowi, to przecież tylko dureń przepuściłby taką okazję do pokazania mniej wartościowemu narodowi irańskiemu, w jakich sprośnych błędach został pogrążony.

                Kiedy przywódcy mniej wartościowego narodu irańskiego złorzeczą Ameryce jako „wielkiemu szatanowi”, to tymczasem „wielki szatan” przyznaje irańskiemu filmowi Oskara. Wy w nas kamieniem, my w was – chlebem. Taka jest wymowa tegorocznej decyzji jurorów i najwyraźniej karygodny brak koordynacji sprawił, że pani reżyserowa Agnieszka Holland wybrała się do Hollywood z tymi całymi swoimi Żydami „W ciemności” zupełnie nie w porę. Tedy w ramach ekspiacji nasz mniej wartościowy naród tubylczy będzie musiał pani reżyserowej osuszyć łzy przez obowiązkowe spędy do kin i to nie tylko młodzieży szkolnej, ale wszystkich obywateli, którzy w ten sposób nie tylko złożą się na nakręcenie kolejnego obrazu o holokauście i jego zań odpowiedzialności, a przy okazji rozdrapią sobie sumienia w kierunku pożądanym przez starszych i mądrzejszych, co to już nie mogą się doczekać, by nas pod swoją kuratelą moralnie meliorować.

                Stanisław Michalkiewicz
                • lechowski51 Tym razem o Zolnierzach Wykletych 09.03.12, 10:00
                  O potrzebie symetrii – Stanisław Michalkiewicz
                  Aktualizacja: 2012-03-8 9:30 pm

                  Z jakiego powodu nasz nieszczęśliwy kraj cierpi niewypowiedziane katiusze? Nasz nieszczęśliwy kraj cierpi niewypowiedziane katiusze z powodu braku symetrii. Tymczasem cóż może lepiej zagwarantować rozwój zrównoważony, jeśli nie symetria. Taką potrzebę dostrzegał już nieodżałowany Edward Gierek, któremu generał Jaruzelski wspaniałą dekadę zakończył w stanie wojennym internowaniem. Paradoksalnie przywracało to symetrię, przynajmniej w pewnym zakresie zrównując sytuację elementów antysocjalistycznych z elementami socjalistycznymi, ale dla Edwarda Gierka takie zrównanie mogło być, wiecie – rozumiecie, dodatkową niewypowiedzianą katiuszą. Nie zmienia to oczywiście faktu, że Edward Gierek potrzebę symetrii – ale oczywiście nie takiej, w której wypróbowani towarzysze zrównywani są z elementami antysocjalistycznymi, a kto wie, czy nawet nie z – horrible dictu – kontrrewolucją, tylko symetrii prawdziwej, która wyrażała się w haśle jedności moralno-politycznej narodu. W ramach tej jedności kwitła, a ściślej – miała rozkwitać amikoszoneria wszystkich ze wszystkimi: partyjnych i bezpartyjnych, wierzących i niewierzących, ubeków i „figurantów”, żywych i umar…, no, mniejsza z tym. I może gdyby red. Michnik, zamiast bojkotować PRON, wydał rozkaz odpieprzenia się od generała dziesięć lat wcześniej, jedność moralno-polityczna byłaby uratowana – niestety mądrość etapu podsunęła mu ten pomysł zbyt późno i w rezultacie mamy to, co mamy, czyli głęboką asymetrię.

                  Jej głęboka szkodliwość dała o sobie znać 1 marca, kiedy to za sprawa złowrogich braci Kaczyńskich, naszemu mniej wartościowemu narodowi tubylczemu został narzucona nowa, świecka tradycja obchodzenia „Dnia Żołnierzy Wyklętych”. Przeciwko temu buntują się zdrowe siły zarówno skoszarowane w redakcji „Gazety Wyborczej” przy ul. Czerskiej w Warszawie, jak i w niektórych pismach narodowej prawicy, nieprzejednanie stojących na nieubłaganym gruncie realizmu. Wydawać by się mogło, że między internacjonalnym postępactwem, a nacjonalistami i konserwatystami żadnych punktów stycznych być nie może, ale gdzieżby znowu! Jest dokładnie odwrotnie – ces extremes se touchent właśnie na nieubłaganym gruncie tęsknoty za symetrią.

                  Jakże inaczej wytłumaczyć, że kiedy w „Gazecie Wyborczej” nie tylko semiccy cadykowie w rodzaju pana red. Blumsztajna nawołują do zostawienia w spokoju tych całych „Żołnierzy Wyklętych” i zaniechania „patriotycznych wrzasków”, ale i „maleńcy uczeni” piszą wypracowania jak to „polscy chłopi” mordowali „polskich chłopów” – pan red. Engelgard własną piersią zasłania generała Emila Fieldorfa przed próbami wciągnięcia go do grona „Żołnierzy Wyklętych”, nieubłaganym palcem wskazując na ożywiające go pragnienie zaangażowania się w budowę socjalizmu. Pan red. Engelgard ma oczywiście rację, jak zresztą we wszystkim, co mówi, niemniej jednak niepodobna nie zauważyć, że samo pragnienie zaangażowania w słuszną sprawę nie wystarczy. Generał Fieldorf nie uzgodnił bowiem form swego zaangażowania w budowę socjalizmu z generałem Iwanem Sierowem z NKWD – i to go zgubiło. Gdyby bowiem zakręcił się wokół takiego uzgodnienia, to kto wie – może jego losy potoczyłyby się całkiem inaczej; może nawet dostałby trafikę, w której handlowałby – ale oczywiście nie śledziami, tylko delikatniejszym towarem, na przykład – postępowym, socjalistycznym katolicyzmem, albo jeszcze lepiej, jak przystało na oficera i „państwowca” – bezpartyjnym, zaangażowanym patriotyzmem – oczywiście na gruncie nieubłaganego postępu, to zrozumiałe samo przez się. Stąd nauka jest dla żuka, żeby zaangażowanie, nawet w najsłuszniejszej sprawie, zawsze uzgadniać z odpowiednimi służbami zaś praktykować je pod kontrolą oficera prowadzącego. W przeciwnym razie każdy krok może człowieka sprowadzić na manowce.

                  Z kolei rewelacje „maleńkich uczonych” o „polskich chłopach” pokazują, jakie to w gruncie rzeczy gady; najwyraźniej jeszcze im było mało, że w Jedwabnem wymordowali „sąsiadów”, to jeszcze, kiedy „sąsiadów” zabrakło, zaczęli mordować się nawzajem. „Maleńcy uczeni” taktownie nie wspominają, że wszystkie te godne pożałowania ekscesy odbywały się pod kierownictwem semickich czekistów, ale jakże o tym wspominać, kiedy potomstwo tychże czekistów tworzy najtwardsze jądro środowiska „Gazety Wyborczej”? „Posadę przecież mam w tej firmie kłamstwa, żelaza i papieru. Kiedy ją stracę – kto mnie przyjmie?” Nie kąsa się ręki, z której się jada – i „maleńcy uczeni” to rozumieją, jak mało kto. W rezultacie opinia międzynarodowa otrzymała jeszcze jeden sygnał, że Polaków, a zwłaszcza – „polskich chłopów” nie można zostawić samopas, bo w przeciwnym razie ZNOWU zrobią coś okropnego – a w takiej sytuacji dla dobra ich samych oraz całej Europy, trzeba roztoczyć nad nimi kuratelę starszych i mądrzejszych.

                  Oczywiście złośliwcy, którzy w zamiarze cofnięcia koła historii z drogi nieubłaganego postępu sypią piasek w szprychy, będą wydziwiać, jakoby „Dzień Żołnierzy Wyklętych” kłuł w oczy i uwierał sumienia zarówno postępaków jak i realistów pokazując, że jeśli nawet kogoś z tych czy innych względów nie stać na wierność i poświęcenie, to nie powinien tych swoich słabości podnosić do rangi najwyższej cnoty obywatelskiej, że naród składający się z samych realistów, co to „grunt, aby zdrowie było” zawsze będzie „służebnicą cudzą” – ale nie ma co się tym przejmować, bo wiadomo, że ci wszyscy „Żołnierze Wyklęci” to tylko perfidne sztuczki Jarosława Kaczyńskiego, który w ten sposób próbuje uciułać sobie polityczną emeryturę. Zresztą nawet gdyby tak nie było, to właściwie co; zmienić poglądy, a może jeszcze w dodatku porzucić przytulną niszę ekologiczną? O tym nie może być mowy i to nie z żadnych pobudek egoistycznych, tylko przeciwnie – patriotycznych, bo czyż może być coś ważniejszego od ratowania, a właściwie nie tyle ratowania, co zachowania „substancji”? Nic ważniejszego nie ma i być nie może, toteż stanie na straży „substancji” jest najbardziej zaszczytną, a przy tym – disons franchement entre nous – najmniej ryzykowną służbą narodowi.

                  Dlatego nie może być tak, by ta zasługa, by ta cnota nadal pozostawała bez nagrody. Skoro już 1 marca ustanowiono ten nieszczęsny „Dzień Żołnierzy Wyklętych” (a bodaj ich…!), to konieczność zachowania symetrii wymaga, by dajmy na to, 1 kwietnia, a więc w Prima Aprilis, ustanowiony został Dzień Realizmu Politycznego, kiedy to delegacje szkół, zakładów pracy, wojska i policji oraz czcicieli generała Jaruzelskiego, będą składały wieńce i wiązanki kwiatów pod pomnikami zasłużonych przy utrwalaniu władzy ludowej, które w związku z tym należałoby niezwłocznie wybudować – najlepiej przy „orlikach”, tuż obok Stacji Końcowych dla uczestników Narodowego Programu Eutanazji.

                  Stanisław Michalkiewicz
Inne wątki na temat:

Nie masz jeszcze konta? Zarejestruj się


Nakarm Pajacyka