crz4u
05.11.02, 14:26
Liczę, że mój przypadek nie jest odosobniony i że ktoś ma na to radę.
Otóż kiedyś odkąd pamiętam w spotkaniach z kobietami kiedy dochodziło do
stosunku, zawsze panowałem na tym kiedy chce już "dojść". Najczęściej chcąc
zatrzymać partnerkę na dłużej, z łatwością wstrzymywałem swój orgazm, tak aby
to ona doznała go pierwsza, a potem ja. Dzięki temu trafiały się naprawde
udane związki szczególnie z kobietami, które od zawsze marzyły o kilku
orgazmach podczas jednego "razu". Za każdym jednak razem, pomimo że
traktowałem swoją partnerkę "równorzędnie", po partnersku, w myśli miałem
obraz naszego związku w postaci "bycia górą, decydowania" kiedy gdzie i jak.
To dawało mi - jak wtedy jeszcze nie wiedziałem - możliwośc zaspokajania
partnerki bez problemu. Możnaby rzec, że wszystko było w porządku. I nie
chodzi mi tu o być może jakiś ukryty - szowinistyczny instynkt, ale po prostu
o to że w sprawach sexu zawsze wychodziło, że ja decydowałem.
Aż do teraz. Ponad rok temu poznałem swoją obecną parntnerkę. I wszystko się
zmieniło. Co prawda stopniowo, ale jednak to ona z tygodnia na tydzień
przejmowała pałeczkę. W efekcie doszło do tego, że to ta kobieta odkryła we
mnie moje drugie ja, o którym wcześniej nie miałem bladego pojęcia. Nie będę
zanudzał, powiem po prostu że teraz to ona mnie "pieprzy", ona decyduje kiedy
mamy się kochać (na szczęście dla mnie ma na to ochotę bardzo często), ona
doprowadza mnie do rozkoszy pierwsza, potem czeka pół godziny, godzinę aby
tym razem wziąć mnie tylko dla siebie. Nie wiem jak to robi, owszem ma
wspaniałe ciało, lubi sobie poświńtuszyć , jest po prostu niesamowita.
Podnieca mnie w niej wiele rzeczy, praktycznie wszystko. Jest dla
mnie "esencją" erotycznych marzeń i ich praktycznym spełnieniem.
Jest w tym jednak coś co mnie trochę niepokoi. Otóż teraz to nie ja "panuję"
natym i owym, ale ona. Mówi że jej to odpowiada i że chciała zawsze mieć
takiego partnera, który nie przejmowałby się swoim szowinistycznym
instynktem "posiadania". Wierzę jej. Ale czy powinienem ? Jestem od niej
totalnie seksualnie ale i psychicznie uzależniony. Czy to dobrze ? Czy to
znaczy że trafiłem w 10-tkę ? Nie jestem marzycielem i nie wiem na pewno czy
ta kobieta zechce być ze mną zawsze. Ja teraz czuję że pragnę tego. Ale czy
można w to wierzyć ? Czy istnieją takie trwałe związki ? Czy naprawdę
trafiłem na "swój sen" ?
Niezależnie jakie są odpowiedzi, mam dodatkowe pytanie. Czy macie jakieś
sposoby na to aby zapanować na sobą i przejąć pałeczkę, częściej niż to
wynika z sytuacji ? Jak sobie radzić z totalnym "odjazdem" zanim moja
partnerka dojdzie ? Próbowałem już różnych rzeczy, otępiania fizycznego
doznań (prezerwatywa), a także "czarnch myśli" mających na celu zmniejszenie
napięcia i późniejsze osiągniecie orgazmu. Efekty nie są zadowalające. Nie
mogę nadsobą zapanować kiedy ona jest przy mnie. Co zrobić żeby znowy być
sobą tak jak to było przez poprzednie kilkanaście lat ? Czy jest na to rada ?
Aha, nie mam zamiaru rozstawać się z partnerką. Będę z nią tak długo jak
będzie mnie chciała. Może na zawsze ;-))) To zbyt piękne, no nie ?
Zobaczymy.
Proszę o komentarz szczególnie panie, które miały takie przypadki. Co
radzicie swoim partnerom ? Czy moja partnerka wie o czym mi mówi ? Aha, oboje
mamy około 30-tki.