dagi.ww
19.04.10, 22:21
Koleżanka dała mi znać, że w jednym przedszkolu (w sąsiednim mieście, ale 10km od nas, więc nie tragicznie) otworzyli grupę przedszkolną dla 3-4latków, dofinansowywaną przez UE, więc całkowicie bezpłatną, w której zajęcia odbywają się codziennie 8.30-13.30, w tym angielski, spotkania z logopedą i regularna konsultacja psychologiczna. Pomyślałam, że zapiszę Małą skoro nie dostała się do przedszkola w normalnym trybie, żeby miała kontakt z innymi dziećmi, bo w domu mi się zanudzi. Pojechałam dzisiaj i okazało się, że warunkiem koniecznym do przyjęcia dziecka jest status niepracującego przynajmniej jednego z rodziców - chodzi o to, że są to grupy bezpłatne, czyli stworzone z myślą o uboższych rodzinach. Ja od czerwca zaczynam pracę, M jak wróci też mam nadzieję, że coś znajdzie, więc mało prawdopodobne, że jedno z nas nie będzie pracować. Znowu załamka, znowu rozczarowanie, znowu żal dziecka. I w pewnym momencie Pani Dyrektor - zresztą przesympatyczna, konkretna kobieta, wyciąga dokumenty i mówi, że właściwie - jeśli byłabym zainteresowana - to ma jedno, ostatnie wolne miejsce dla dziecka do normalnej, całodniowej grupy. Zatkało mnie ;)) Miałam oczywiście o to pytać, ale biorąc pod uwagę obecną sytuację i fakt, że jestem z innego miasta - nie wydawało mi się, ze mam jakiekolwiek szanse! Wiki zamyka listę dzieci, jestem umówiona na telefon w czerwcu; jeśli nie będę pracować, zostajemy przy opcji grupy dofinansowywanej - jeśli podpiszę umowę - Mała od września idzie "na cały etat". Kurcze, jaka jestem szczęśliwa! Poza tym zdębiałam, jak usłyszałam koszt miesięczny przedszkola - 150zł (z wyżywieniem!)plus angielski i rytmika jakieś grosze. Obejrzałam to przedszkole, bo w porównaniu z przedszkolami w DG, to strasznie mała kwota, ale jest bardzo ładne, zadbane, menu ok. Poza tym zostałam przyjęta najpierw przez sekretarkę, która zaprowadziła mnie pokazać grupę i przedstawiła wychowawczynię (z którą także zamieniłam parę zdań), a następnie poprosiła mnie p.Dyrektor, z którą rozmawiałam prawie godzinę. Zupełnie inne podejście, niż u nas :/ 10km w jedną stronę to nie tragedia, a ja jestem przeszczęśliwa, że mam jakąś alternatywę, gdyby we wrześniu nie zwolniło się żadne miejsce w naszych przedszkolach.