onka7
20.06.08, 08:27
Miałam jakiś dziwny problem z wysłaniem maila, więc tak wpisuję:)
Witaj:)
Bardzo Ci dziękuję za wsparcie i dobre rady. Masz rację we wszystkim co piszesz i ja sobie też z tego zdaję sprawę. Wszystko się jednak rozbija o codzienność. Bardzo wiele razy rozmawiałam z mężem i właściwie zawsze po takiej rozmowie wydaje mi się że zrozumiał, zawsze okazuje chęć zrozumienia i dobrą wolę, zawsze chce wysłuchać. Co prawda zawsze też żąda ode mnie konkretnych wskazówek, ale nawet przestało mi to już przeszkadzać i potrafię mu je wypunktować po męsku:) Dzięki temu wypracował sobie system i dzwoni do mnie codziennie, żeby spytać jak się czuję i robi to bardzo czule. Wiem że to śmiesznie brzmi, ale wcześniej zapominał o mnie na całe dnie. Po moich drążeniach stara się jeszcze bardziej, mówi mi komplementy- czuję jak się zmusza żeby coś powiedzieć. Jest dobrze przez pierwsze 2 dni po rozmowie, a później znowu się wszystko rozmywa. Mam strasznie niskie poczucie własnej wartości i potrzebuję jego słów, ale to ina bajka. Potrzebuję też spotkań z ludźmi, uwielbiam swoją pracę, brakuje mi jej. Łukasz nie umie mówić o uczuciach, ale przede wszystkim jest pracoholikiem. Nie potrafi odpoczywać, nie jest w stanie niczego sobie odpuścić. Robi wszystko na 200% i na "różowe serduszka" nie ma już po prostu energii,siły i czasu. Wiesz, on nawet jak postanowi wrócić wcześniej po naszych rozmowach, to i tak czymś musi się zająć czym kolwiek- ostatnio zrobił huśtawkę w ogrodzie i stół. To fajne z jednej strony, ale my nie mamy szans się tym wszystkim cieszyć, bo za chwilę trzeba coś nowego robić. Jasiem też zawsze zajmuje się jakby przy okazji- robiąc coś innego. Strasznie go kocham i widzę jego zmęczenie, poświęcenie, ciężką pracę- on pracuje na oddziale urazowym i na swoim dyżurze w nocy ma non stop porozbijanych ludzi do ratowania. Po takiej nocy nie kładzie się spać i działa na pełnych obrotach do samego wieczora. Zdejmuje pokrwawioną koszulkę, bierze prysznic i działa. To jest chore. Zmęczenie się nawarstwia i żyjemy jak dwa roboty. Nie mogę i nie chcę liczyć na to że usłyszy Jasia w nocy. Jeśli jest akurat w domu cieszę się że śpi i odpoczywa w naszym łóżku i chodzę na palcach żeby go nie obudzić.
Teraz i tak bardzo się zmienił. Po śmierci Marysi, to był dopiero koszmar. Przeżyliśmy to razem. Łukasz nawet jakby bardziej w pierwszym etapie. Widziałam mojego silnego faceta jak leży na podłodze i płacze w bezsilności. Później jednak lekarstwem dla niego było zapomnienie na codzieć. Ja potrzebowałam opłakiwania, rozmawiania, łączenia się ciągłego z córeczką, tak strasznie za nią tęsknię. On wtedy mnie odpychał. Teraz wiem, że nie mógł znieść tego bólu, ani pomóc mi w żaden sposób. Jaś był lekarstwem w całej tej sytuacji. Teraz boli mniej, ale nie madnia, żebym nie uciekła myślami do swojej córci i wiem że tak już będzie zawsze. Boże ja tak kocham mojego męża, że czasem myślę że az za bardzo:)
Eh rozpisałam się strasznie, ale tak to jest jak człowiek wiecznie tylko z 11-sto miesięczniakiem gada.
Jeszcze raz bardzo Ci dziękuję i życzę Ci miłego dnia.
Jolka-onka7:)