dawaj_czasy
30.07.10, 05:42
Mieszkańcy Chimek na obrzeżu Moskwy rozpaczliwie bronią położonego w pobliżu
ich miasta lasu przed wycięciem pod budowę autostrady. Władze nasyłają na nich
bandy kibiców sportowych i organizują prowokacje
Konflikt o las trwa od lat i były już w nim krwawe epizody. Dwa lata temu
nieznani do dziś sprawcy skatowali Michaiła Bekietowa, redaktora naczelnego
lokalnej gazety "Chimkińska Prawda". Pisał on, że lasu leżącego w strefie
ochronnej wcale nie trzeba wycinać pod budowę trasy. Są marszruty i krótsze, i
tańsze.
Na tym, by puścić szosę przez las, zależy tylko przedstawicielom miejscowych
władz, które spodziewają się zarobić krocie na sprzedaży przydrożnych działek
pod supermarkety, hotele i knajpy - twierdził Bekietow.
Dziennikarz cudem przeżył napad. Dziś pozbawiony nogi, na pół sparaliżowany,
głuchy i niemy egzystuje czekając, aż przyjaciele zbiorą pieniądze niezbędne
na wysłanie go na kurację do Niemiec. Być może tam uda mi się odzyskać choć mowę.
Ludzie z Chimek prowadzeni przez nową naczelną, młodą i pełną energii Eugenię
Czirikową, dalej bronią swego lasu. Kiedy w ubiegłym tygodniu weszli tam
drwale, przegnali ich i założyli leśny obóz, by stale pilnować terenu.
W piątek napadła na nich banda zamaskowanych i uzbrojonych w bejsbolowe kije
kibiców futbolowych. Kiedy kibole pobili i przegnali obrońców lasu, ekipy
firmy Tiepłotechnika zabrały się za wycinkę drzew i szybko oczyściły z nich
pas niezbędny do budowy trasy.
Ekolodzy z Chimek próbują teraz nie dopuścić do wycięcia reszty lasu.
W środę wieczorem z nieoczekiwaną odsieczą przyszła obrońcom lasu grupa stu
młodych ludzi nazywanych przez media "anarchistami" czy "antyfaszystami".
Zebrali się w centrum Moskwy, niektórzy mieli ze sobą kije bejsbolowe,
siekiery, petardy i pistolety na kule gumowe. Przemaszerowali przez Moskwę,
wsiedli do podmiejskiej kolejki i przez nikogo nie niepokojeni pojechali do
Chimek.
To obrzucili petardami budynek miejscowej administracji, strzelając z
pistoletów wybili kilka okien. Na ścianie wypisali "Uratujemy las rosyjski". A
potem znów przez nikogo nie niepokojeni wsiedli do pociągu i wrócili do
Moskwy, gdzie też nie czekała na nich żadna milicja. Nikt nie został aresztowany.
Pogrom budynku administracji zdaniem obrońców lasu to prowokacja. Duża grupa
uzbrojonych bojówkarzy nie przejdzie po Moskwie nawet 50 metrów niezauważona
przez milicję. A jeśli wsiądzie do pociągu, to na pierwszej stacji na peronie
będzie na nią czekać gotowy do bicia OMON.
Tymczasem bojówkarze uszli bezkarnie, a milicja pojechała do lasu, by
aresztować dyżurujących tam ekologów, którzy z pogromem nie mieli nic
wspólnego. I to aresztowani obrońcy lasu mają teraz odpowiedzieć przed sądem
za naruszenie porządku publiczneg