Dodaj do ulubionych

Chiny: Ponad 20 dzieci zginęło w ruinach szkoły...

03.03.05, 07:43
"Jest to kolejna, tym razem niecodzienna, tragedia związana z chińskim
górnictwem"

A jaka tragedia jest codzienna? Jak widzę, niecodziennym zdarzeniem jest
używanie przez dziennikarzy najwyżej położonego organu (do wiadomości tychże
dziennikarzy: chodzi o głowę, a dokładnie rozum).
Obserwuj wątek
    • kotek.filemon Re: Chiny: Ponad 20 dzieci zginęło w ruinach szko 03.03.05, 09:45
      > A jaka tragedia jest codzienna?

      W chińskim górnictwie to codzienność.
    • antipatico "Jaka tragedia jest codzienna" ? Np Darfour/Sudan. 03.03.05, 11:54
      • ebenezum Re: "Jaka tragedia jest codzienna" ? Np Darfour/S 03.03.05, 12:02
        Ciekawe, kiedy świat na serio zajmie się Sudanem.
        • ebenezum Re: "Jaka tragedia jest codzienna" ? Np Darfour/S 03.03.05, 12:09
          Na czerwonej ziemi


          Sudan: zapomniana tragedia


          Nareszcie spełnia się moje marzenie: lecimy z pomocą dla uchodźców w Darfurze.
          Od 2003 r. w serwisie internetowym PAH pisaliśmy o konflikcie w Sudanie, jednak
          próby zebrania pieniędzy na pomoc jego ofiarom kończyły się niczym. Media nie
          były zainteresowane, a więc ludzie również. Niedawno miałam spotkanie ze
          studentami jednej z wyższych szkół dziennikarskich w Warszawie. Na pytanie, co
          się dzieje w Darfurze, ręce podniosły trzy osoby, w tym rektor.


          Janina Ochojska z Al Fashir (w sudańskiej prowincji Darfur) /2005-01-16







          29 grudnia samolot MON-u ląduje w Al Fashir (północny Darfur). W Darfurze od
          prawie dwóch lat koczuje 1,66 mln uchodźców, głównie z południa Sudanu: ofiar
          bombardowań i ostrzału z helikopterów rządowych oraz bojówkarzy z popieranej
          przez rząd partyzantki Janjawid. Według Światowej Organizacji Zdrowia (WHO)
          blisko półwieczny konflikt między rządzącą arabską i muzułmańską Północą oraz
          afrykańskim, chrześcijańskim i animistycznym Południem, a także czystki
          etniczne po rozpoczętym w 2003 r. powstaniu marginalizowanych Afrykanów z
          Darfuru, pochłonął już niemal 2 mln ofiar. Liczbę uchodźców wewnętrznych w
          Sudanie szacuje się na 3,7 mln, zewnętrznych - na ponad 400 tys. Zaledwie
          połowa z nich schroniła się w obozach. Pozostali ukrywają się gdzie popadnie,
          pozbawieni jakiejkolwiek pomocy. Dlatego podane wyżej liczby mogą być niepełne.

          Bashir chce być kapitanem

          Na drodze z Al Fashir do obozu Zam Zam (ok. 20 tys. uchodźców, ale ciągle ich
          przybywa) spotykamy kobiety i dzieci, zmierzające do odległego o 17 kilometrów
          miasta. Podróżują na osiołkach obładowanych gałęziami lub trzciną, które mają
          nadzieję sprzedać. Widzę dwie kobiety mocujące się gołymi rękami z gałęziami
          kolczastego krzaka. Zbieranie drewna to jedyne źródło ich dochodu: kupią za nie
          sól, herbatę, mąkę, jarzyny. W ramach pomocy ze Światowego Programu
          Żywnościowego (WFP) dostają sorgo, ryż i olej, pozostałe produkty, zwłaszcza
          dla dzieci, zdobyć muszą sami.

          Warunki życia w obozie są złe. Brakuje wszystkiego: wody, żywności, środków
          higieny, opieki lekarskiej, nawet ubrań. Część rodzin mieszka w prowizorycznych
          szałasach, inni nie mogą nawet o tym śnić. Na palikach zatkniętych w ziemię
          rozpinają więc kawałki folii, szmat, worków po ryżu, kartonów -wszystko to
          wiążą sznurkami. Ci, którzy przybyli niedawno, śpią na gołej ziemi.

          Otaczają nas ciekawe wszystkiego dzieci. Bashir ma czternaście lat i pięcioro
          rodzeństwa, pochodzi z oddalonego o 20 km Gallab. Opowiada, że do jego wioski
          przyszli żołnierze i zaczęli zabijać, wcześniej strzelali też z helikopterów.
          Wprawdzie nikt z rodziny chłopca nie zginął, ale jego rodzice uciekając nie
          zdołali nic zabrać. Pytam Bashira, kim chciałby być. Kapitanem - odpowiada.
          Wcześniej widziałam, jak fotografował się z naszymi pilotami. Inne dzieci - jak
          trzynastoletni Abdallah Hamid, który z dziesięciorgiem rodzeństwa i dorosłymi
          uciekał przez ponad 50 km z wioski Kabga - chcą być farmerami, podobnie jak
          rodzice. Pytane, czy chcą wrócić do rodzinnych wiosek, w większości odpowiadają
          jednak, że nie. Boją się, a tu, w obozie, chociaż jest ciężko, lecz
          bezpiecznie - przynajmniej dopóki nie pojawią się Janjawidzi. Dla niektórych
          dzieci Zam Zam jest już trzecim lub czwartym obozem. Z poprzednich musieli
          uciekać, zaatakowani przez wojsko. W obozie otwarto szkołę podstawową: uczyć
          się w niej powinno 2 tys. dzieci, ale dla wszystkich nie starczyło miejsca.
          Lekcje trwają od 10.00 do 13.00, jest problem z opłaceniem nauczycieli, a
          starsi (ok. 3 tys.) nie mają szans kontynuowania nauki.

          Abdulah Ismail, farmer ze wsi Tabit, odległej o ok. 70 km od Al Fashir, mieszka
          w obozie z rodzicami i piątką dzieci. Historia jego rodziny jest podobna do
          historii wielu tutejszych rodzin: 17 maja nad Tabit pojawiły się trzy samoloty,
          które zbombardowały wiejskie targowisko. Zginęło dwadzieścia jeden osób.
          Tydzień później znów pojawiły się samoloty, zabijając troje ludzi i wiele
          zwierząt. Gdy zaś do sąsiedniej wioski wkroczyło wojsko, mieszkańcy Tabit
          zaczęli uciekać. Rodzina Abdulaha trafiła najpierw do obozu w Tawilah. Wkrótce
          musieli uciekać także stamtąd i część rodziny schroniła się w Zam Zam, a część
          w obozie Abu Shok i w Al Fashir. Abdulah nie wie, dlaczego zbombardowano jego
          wieś, dlaczego wkroczyło do niej wojsko. Nikt w obozie tego nie wie.

          tygodnik.onet.pl/1547,1211489,dzial.html
          Szpital z worków po ryżu

          SUDO (Sudan Social Development Organization) powstała w kwietniu 2001 r. Jej
          założycielami są miejscowi intelektualiści: lekarze, inżynierowie, prawnicy,
          nauczyciele, którzy mając świadomość, że za ich edukację i pozycję
          społeczną “zapłacili” dzisiejsi uchodźcy, postanowili im teraz pomóc. Zajęli
          się prawami człowieka, tzw. peace building, czyli łagodzeniem konfliktów między
          różnymi grupami etnicznymi, oraz konkretną pomocą dla uchodźców. Dr Modawi
          Ibrahim Adam tłumaczy, że w 2002 r. dwaj główni wrogowie - wojskowy reżim z
          Chartumu i armia partyzancka z Południa - podpisali rozejm i układ pokojowy.
          Przewidywał on, że w 2008 r. mieszkańcy Południa zdecydują w referendum, czy
          chcą oderwania od Sudanu. Od tego momentu zaczął się dramat Darfuru, leżącego
          między Północą a Południem. Aresztowania przez żołnierzy, porwania młodych
          mężczyzn przez SPLA (Sudańska Ludowa Armia Wyzwoleńcza - red.), zmuszanie
          dzieci do zabijania, niszczenie domów, szpitali, szkół, brak żywności
          prowadzący do śmierci głodowej, bombardowanie i ostrzeliwanie wiosek - to
          powody, dla których ludzie uciekają dziś ze swojej ziemi.

          W Zam Zam towarzyszy nam “starszy” obozu Ali Ischag Hamid, uchodźca z Tawilah.
          Prowadzi nas do “szpitala” (słowo mocno przesadzone). Pierwsze
          pomieszczenie, “zbudowane” z worków po ryżu, to sala porodowa z łóżkiem i
          stołem, na którym leżą kleszcze porodowe. Żadnego sterylizatora, żadnej
          możliwości pomocy kobietom przy utrzymaniu ciąży (65 proc. poronień), żadnej
          pomocy dla noworodków. Miesięcznie rodzi się tu 12-15 dzieci, z tego umiera 3-
          4, głównie z niedożywienia i osłabienia matek. Drugi namiot z plastikowej
          płachty pełni rolę “przychodni”. Lekarz pokazuje nam kilka kartonów
          podstawowych leków. Najczęstsze choroby w obozie to czerwonka, biegunki,
          infekcje płucne, tyfus, malaria, często zdarzają się także zapalenia uszu,
          prowadzące do głuchoty. ,,Przychodnię” odwiedza codziennie ok. 80 pacjentów.
          Wielu z nich nie można pomóc na miejscu, a uchodźców nie stać na leczenie się w
          mieście. Umierają więc na uleczalne choroby. Według WHO codziennie z powodu
          chorób i wycieńczenia umiera w Darfurze 630 dorosłych i 388 dzieci. Radość
          lekarzy, którym dostarczyliśmy namioty medyczne i sprzęt, jest więc ogromna:
          mają przecież ratować życie, a nie bezsilnie patrzeć na umierających. W tej
          chwili najbardziej potrzebne są namioty (pod plastikowymi płachtami nie sposób
          mieszkać latem, gdy temperatura osiąga 50 stopni), ubrania, koce, środki
          jednorazowe oraz podstawowy sprzęt medyczny (np. do badań ginekologicznych). No
          i jedzenie: po ataku 26 grudnia na ciężarówki WFP z żywnością, organizacja
          wstrzymała dostawę pomocy do Al Fashir.

          Zawód uchodźca

          Drugi odwiedzony przez nas obóz to Wad el-Bashir, jeden z czterech wokół
          Chartumu. Od dwudziestu (!) lat mieszkają w nich dwa miliony uchodźców, głównie
          z rejonów Darfuru i Kordofanu. Żeby dostać się do obozu, musimy otrzymać
          specjalne zezwolenie rządowe. Przyjaciele z SUDO załatwiają je w dwie godziny,
          ale w Wad el-Bashir nie wolno nam robić zdjęć. Władze wolą ukryć istnienie
          obozów...

          Na miejscu spotykamy przede wszystkim Dinków - piękny, szlachetny naród, wysocy
          szczupli mężczyźni, śliczne dzieci o wielkich oczach i ko

Nie masz jeszcze konta? Zarejestruj się


Nakarm Pajacyka