Dodaj do ulubionych

Bajeczka na dobranoc...

IP: *.elpos.net 07.09.07, 22:33
Był sobie rycerz, który chciał zdobyć to co wszyscy rycerze, czyli
księżniczkę,
zamek, sławę i takie tam. Wyruszył sięc w drogę na poszukiwnie tych
rzeczy.
Jedzie, jedzie, dotarł do rozstaju dróg. Jedna w lewo, druga w
prawo, a na
środku stoi domek czarownicy na kurzej nodze. Wchodzi więc do tego
domku i
pytczarownicy w którą stronę pojechać, aby zdobyć to co dla niego
najważniejsze.
Czarownica mu na to:
- Jedź w prawo; zdobędziesz tam szczęście, księżniczkę, sławe i
wszystko.
- A jak pojadę w lewo? - pyta rycerz.
- To cię pojeebie.
Rycerz wyszedł z domku i myśli; przecież to czarownica, na pewno
mnie odkłamała
i pojechał w lewo. Jedzie, jedzie, w końcu dociera do rzeki. Na
środku rzeki
stoi smok i pije wodę. Na co rycerz od razy wyciąga miecz, kopię,
szarżuje na
smoka, walczy, ucina głowy smokowi krzyczy, dżga go tą kopią.
W końcu smok nie wytrzymuje:
- Po....... cię?!!! Ja tu tylko wodę pije!
Obserwuj wątek
    • Gość: wkoronkiewicz Re: Bajeczka na dobranoc... IP: *.89-161.tel.tkb.net.pl 09.09.07, 21:24
      dobre! możemy liczyć na kolejne bajeczki, czy musimy sięgać do
      programów wyborczych?
      • Gość: przedszkolanka Re: Dobra bajeczka.... IP: *.elpos.net 09.09.07, 21:36
        ...moim programem wyborczym !!
        Głosujcie tylko na mnie a bedziecie miec codzienną bajeczkę !
        • Gość: przedszkolanka Re: Dobra bajeczka.... IP: *.elpos.net 09.09.07, 21:40
          W królestwie pojawił się straszny smok, palił wszystko co napotkał.
          Król postanowił poprosić o pomoc swoich trzech synów. Poszedł do
          najstarszego i mówi: Synu, w królestwie pojawił się smok, który chce
          nas zniszczyć. Weź najepszy sprzęt jaki mam i idź go zabij. W
          nagrodę dostaniesz pół królestwa. Syn się zgodził, wziął najlepszego
          konia, najlepszy miecz i pojechał do jaskini smoka. Po drodze
          spotkał mrowisko. Wyjął miecz i je rozwalił. Pojechał dalej. Gdy
          dotarł do jamy smoka rzekł: Smoku, ty c h.., wychodź, przyszedłem
          cię zabić! A smok wyszedł i go spalił.

          Wieść dotarła do króla. Poszedł on do średniego syna i mówi: Synu w
          królestwie pojawił się smok, który chce nas zniszczyć. Weź najepszy
          sprzęt jaki mam i idź go zabij i pomścij brata. W nagrodę dostaniesz
          pół królestwa. Syn się zgodził, wziął najlepszego konia, najlepszy
          miecz i pojechał do jaskini smoka. Po drodze zobaczył rozwalone
          mrowisko. Wyjął miecz i rozwalił je jeszcze bardziej. Idąc dalej
          zobaczył lecącego orła. Obciął mu skrzydła i go osikał. Gdy dotarł
          do jamy smoka rzekł: Smoku, ty c h.., wychodź, przyszedłem cię
          zabić! A smok wyszedł i go spalił.

          Wieść dotarła do króla. Poszedł on do najmłodszego syna i mówi:
          Synu, w królestwie pojawił się smok, który chce nas zniszczyć. Weź
          najepszy sprzęt jaki mam i idź go zabij i pomścij braci. W nagrodę
          dostaniesz pół królestwa. Syn się zgodził, wziął zioło, mydło,
          discmana i taśmę klejącą i pojechał do jaskini smoka. Po drodze
          zobaczył rozwalone mrowisko. Wziął je ładnie ułożył. Potem zapalił z
          mrówkami zioło. Mrówki mu powiedziały: Jesteśmy ci bardzo wdzięczne.
          Jak będziesz potrzebował pomocy zawołaj nas, napewno ci pomożemy.
          Syn poszedł dalej. Zobaczył w rowie osikanego orła bez skrzydeł.
          Umył go, a skrzydła przykleił taśmą klejącą. Potem zapalił z orłem
          zioło. Orzeł powiedział: Jestem ci bardzo wdzięczny. Jak będziesz
          potrzebował pomocy zawołaj mnie, napewno ci pomogę. Syn ruszył
          dalej. Gdy dotarł do jamy smoka, rzekł: Smoku, ty c h.., wychodź,
          przyszedłem cię zabić!

          A smok wyszedł i go spalił.....

          :-))))))))))) Dobranoc!!!
          • wesoly_zaskroniec Re: Dobra bajeczka.... 09.09.07, 22:47
            Smoki to dalekie kuzyny zaskrońców. Jak głosi stara legenda Rodu Zaskrońców,
            smoki wyginęły, bo tak okrutnie pierdziały, że inne stworzenia tego wytrzymać
            nie mogły i ich unikały. Z czasem nawet smok smoczyce unikał by na przeokropny
            smród pierdnięcia się nie narażać. O seksie i rozmnażaniu nie mogło być mowy to
            i smoki wyginęły.
            • Gość: spocony siusiak Re: Dobra bajeczka.... IP: *.koba.pl 09.09.07, 23:01
              nie filozofuj za dużo wesoły zaskrońcu , bo gazów dostaniesz
              i sąsiedzi Twoi wyginą
              • Gość: wkoronkiewicz Re: Dobra bajeczka.... IP: *.89-161.tel.tkb.net.pl 10.09.07, 23:47
                kolejna bajka o smoku i rycerzach.
                przedszkolanko, zaczynam zazdrościć dzieciom, którymi się
                opiekujesz.
                • smutna_biegunka Re: Dobra bajeczka.... 18.11.07, 22:58
                  Gość portalu: wkoronkiewicz napisał(a):

                  > kolejna bajka o smoku i rycerzach.
                  > przedszkolanko, zaczynam zazdrościć dzieciom, którymi się
                  > opiekujesz.

                  bie pie..
                • smutna_biegunka Re: Dobra bajeczka.... 18.11.07, 23:00
                  Gość portalu: wkoronkiewicz napisał(a):

                  > kolejna bajka o smoku i rycerzach.
                  > przedszkolanko, zaczynam zazdrościć dzieciom, którymi się
                  > opiekujesz.

                  wiesz co koro, fajny z ciebie chłopak byle byś sie cześciej mył...
    • Gość: serdeczna sraczka Re: Bajeczka na dobranoc... IP: 77.232.66.* 12.09.07, 00:28
      Był piękny majowy wieczór. Puchatek, Prosiaczek, Kłapołuchy i Tygrysek wybierali
      się właśnie na wycieczkę...
      - Znów leje... Co za ch..owy klimat... - jęknął Puchatek.
      - A mnie to zwisa... - rzekł Kłapołuchy rozkładając swój mały parasol
      - Judasz! - warknął Tygrysek.
      - Hehe. Nie Judasz tylko wynalazca - odparł Prosiaczek.
      - Nie ważne. Co teraz robimy? Pragnę przypomnieć, że Królik ma złego Trip'a, a
      Gófer najprawdopodobniej nie żyje, bo dostał soczystego kopa w zęby. A więc?
      - Puchatek był jak zwykle ku..ko bezpośredni.
      - Myślę, że tak ch..owy wieczór można by rozpocząć czymś mocniejszym... -
      wystękał nieśmiało Prosiaczek.
      - No, myślę, że jest to dobry pomysł. Chodźmy na piwną górkę. Mieszkająca tam
      Babajaga(tm) ma na pewno jakieś dobre trunki - rzekł Puchatek. Nagle otoczyła
      ich dziwna brygada...
      - Czego? - zapytał bezpośrednio Tygrysek.
      - Jesteśmy Łowcy Pip. A w tym miejscu powinien stać nasz przywódca DonVasyl(tm).
      Niestety nie ma go wśród nas - rzekł donośnie jeden z nich.
      - A gdzie jest? Umarło mu się, czy po prostu go zabili? - zapytał Prosiaczek.
      - Ma małe problemy z psychiką i własnym penisem, ale wkrótce mu przejdzie. A...
      Macie jakieś pipy do złowienia? - zapytał drugi z nich.
      - Taa. Jedną. Nazywa się Krzyś. Wyjątkowa pipa a do tego straszny maminsynek.
      Jego postać wzorowana jest na Szadim z (b)Just 5, który bardzo kocha swoją mamę
      i nie bardzo lubi dziewczyny - Puchatek nie krył swojej niechęci do Krzysia.
      - .. pipa ! - wykrzyknęli łowcy.
      - Noo, i w dodatku nienawidzi łowców pip - rzekł Prosiaczek.
      - Zabić sku..ela... Bierzemy go. To największa pipa jaką dotąd widzieliśmy.
      Gdzie go znajdziemy ? -zapytał trzeci z nich.
      - Mieszka z mamą w pedalskim domku z białym płotkiem na skraju lasu - wskazał
      drogę Puchatek.
      - Dzięki. Takich dwóch jak nas trzech to niema ani jednego - rzekł czwarty z
      nich po czym obydwaj udali się w kierunku domku Krzysia.
      - No to jednego pajaca mniej, a wieczór dopiero się zaczyna... - rzekł z
      uśmiechem na ustach Kłapouchy. Nasi bohaterowie ruszyli w stronę piwnej górki.
      Już po chwili byli na jej szczycie. Wtem przebiegła koło nich wielka LoveDoll.
      - Widzieliście to? - zapytał zdziwiony Prosiaczek.
      - Nie wiem... Czy to jawa czy sen... - zanucił Puchatek.
      - Ani chybi to była lalka miłości. Miała taką fajną minę... taką rozdziawioną...
      - Kłapouchy nie krył swoich fantazji. Po chwili cała czwórka była na szczycie
      przed chatką Babyjagi(tm).
      - Jo, Babajagi ! Veni, Vidi, Vino ! -zakrzyknął Tygrysek.
      - Nie jestem żadnym Babajagiem(tm). Mam na imię
      Abrakadabrapokuskonstantynopolitańczykowianeczkatrzy ! - rzekła wiedźma.
      - A możemy cię w skrócie nazywać... ch..? - zapytał niepewnie Prosiaczek.
      - Nie! Ku..! Dlaczego wszyscy chcą mnie w skrócie nazywać ch..? Co jest ze mną
      nie tak ? Może źle wyglądam... Tak słabo się odżywiam... a tak bajdełej to czego
      chcecie ?
      - Chcemy dobre wino za 3 złote.
      - Nie mam w detalu. To sklep dla prawdziwych smakoszy. Mam tylko 6-ciopaki
      winobluszczy - win po 20 złotych. Chcecie?
      - To se newrati... - walnął Puchatek.
      - Zamknij ten swój pluszowy ryj. Bierzemy dwa! - warknął Tygrysek. Po chwili
      czwórka upajała się aromatem i smakiem wina HERACLES - Classic Płońsk Aperitif.
      - No to panowie - BĄ ŻUR ! - wzniósł toast Kłapouchy.
      - Taaaak... Heracles - to jest to - rzekł z rozkoszą Tygrysek.
      - Heracles - I do it my way ! - dodał Puchatek.
      - Bylyfyzytsyf - dodał Prosiaczek.
      - Zbiłem butelkę - jęknął głucho Kłapouchy.
      - Wiecie co myślę? We are rulers of this world - rzekł dumnie Puchatek.
      - Po dwóch winach każdy jest rulezem - stwierdził Prosiaczek.
      - Ha. Duma mnęł rospera... - jęknął Tygrysek.
      - Dobra... My tu gadu-gadu a ja mam ochotę podupczyć. Chodźmy na disco. Tam na
      pewno jakieś fajne dziołchy będą.
      - Nu. To jest myśl - wybełkotał Kłapouchy. I cała czwórka powoli udała się w
      stronę pobliskiego miasteczka gdzie właśnie odbywała się dyskoteka.
      - Hej łosie, luk et diz! - wskazał na plakat Tygrysek.
      - "Dziś w remizie dyskoteka. Nikt już nie śpi, nikt nie czeka. Przewidziano
      występ świetny, Just5 będzie - bądźcie grzeczni. A rej wodzić będzie Sowa,
      didżej świetna, wybuchowa." - przeczytał z wielkim trudem Puchatek.
      - Ja pie.., ale rymy - chyba komuś przyjebimy - dorzucił swoje Tygrysek.
      - Chciałeś powiedzieć przyjebiemy - zapytał Prosiaczek.
      - Nie, bo przyjebiemy nie rymuje się z rymy, a zresztą nie ważne - odparł Tygrysek.
      - Dobra wchodzimy - rzekł stanowczo Pychatek. I wszyscy udali się do remizy. Gdy
      byli już w środku nagle na scenę wkroczył Pan Sowa.
      - ... Heloł, heloł ! Na dzisiejszym koncercie wita was didżej Sova! Tak! Dzisiaj
      koncert DżastFajf! A więc dziewczyny szykujcie majtki. Oto ONE! - ups, sory.
      Oczywiście chciałem powiedzieć ONI! - JUST 5! I w rytm muzyki disko na scenę
      wkroczyli Just 5.
      - "...Kolorowe sny kiedy ja..." - nie dokończył Szadi bo butelka po winie
      rozbiła się o jego głowę.
      - Musiałem mu przypie..ć - rzekł z uśmiechem Tygrysek.
      - Chłopaki! Biją Dżastów - wrzasnął ktoś z tłumu. I wszyscy wokół rzucili się na
      naszych bohaterów.
      - Panowie, spie..my. - wrzasnął Puchatek. Lecz gdy wykonał energiczny obrót
      natychmiast został powalony strzałem sztachetą w nery.
      - DOOM! - krzyknął Tygrysek po czym padł znokautowany 2 litrową butelką zwrotną.
      Cała impreza trwała jeszcze przez około 10 minut po czym cała czwórka została
      wyrzucona na pobliską zwałkę. Bardzo potłuczeni, aczkolwiek cali, nasi
      bohaterowie powoli zaczęli dochodzić do siebie.
      - Jaa pieee..eee... - jęknął głucho Puchatek.
      - Moje plecy... - wystękał Kłapouchy.
      - Kto zgasił światło ? - zapytał przezornie Tygrysek.
      - Cały ten incydent nie maiłby miejsca gdyby nie to, że Tygrysek przypie..ł
      Szadiemu winem w jego pedalski łeb - stwierdził spokojnie Kłapouchy.
      - Ale przyznacie, że widok szyjki wbijającej się Szadiemu w oko był wy..y! -
      odparł Tygrysek.
      - Ta... To było wiekopomne wydarzenie - przytaknął Prosiaczek.
      - Dobra, pozbierajmy się z tego łajna i wracajmy do domu... - rzekł Puchatek, po
      czym cała czwórka udała się spokojnie do swoich domów.
      • Gość: wkoronkiewicz Re: Bajeczka na dobranoc... IP: *.89-161.tel.tkb.net.pl 13.09.07, 21:15
        to juz nie było tak dobre. za długie i zbyt przesycone łaciną.
        puenta też mało zaskakująca.
        opowiedziałem natomiast bajeczki przedszkolanki żonie. pochwaliła
        koncept.
        opowiedziałem kumplom. z radości az dłońmi się uderzali po udach.
        przedszkolanko - prosimy o jeszcze.
        • Gość: przedszkolanka Re: Prawdziwa ,odtajniona historia Smoka Wawelskie IP: *.elpos.net 13.09.07, 22:55
          Prawdziwa ,odtajniona historia Smoka Wawelskiego:

          Dawno, dawno temu w odległym królestwie mieszkała sobie królewna.
          Jej imię rodowe brzmiało Anecia – Skarpecia, ale wszyscy poddani i
          tak nazywali ją Anecizm – Debilizm. Pewnego razu, gdy Anecizm –
          Debilizm spędzała swój czas na czesaniu swoich połamanych końcówek
          włosów, zdarzyła się tragedia. Przed zamczyskiem, w którym mieszkała
          (a była to obskurna, szara rudera, której pilnował wyliniały
          bernardyn) wylądował ogromny smok i zagrzmiał swoim tubalnym głosem:
          - Jam jest Smok Wawelski! Przybyłem cię pożreć królewno!
          Na co Anecizm – Debilizm odparła:
          - Dobra, tylko skończę czesać moje nigdy niefarbowane włosy.
          Smok, ponieważ był dobrze wychowany, czekał z cierpliwością godną
          pustelnika. Po trzech dniach doszedł do wniosku, że trzeba królewnę
          wyciągnąć z tej rudery podstępem. Pomyślał chwilę i nagle doznał
          olśnienia.
          - Królewno – ryknął z przejęciem – wyjdź, bo twój bernardyn ma
          wzdęcie!
          Natychmiast w drzwiach pojawiła się królewna:
          - Och! Mój biedny, kochany pieseczek. Zaraz coś zaradzimy. Tylko nie
          płacz!
          W tym momencie Smok Wawelski chwycił królewnę i odleciał z nią do
          swojej pieczary.
          - Ojej! – krzyknęła królewna – ależ tu wilgotno w tej jaskini! Moje
          piękne włosy zmokną! – była bliska omdlenia
          - Dobra, dobra nie lamentuj. I tak zaraz cię zjem – odparł radośnie
          smok
          - Zjesz mnie?! – rozdziawiła gębę ze zdziwienia – Ale ja jestem taka
          idealna i piękna. No i książę niedługo mnie poślubi.
          Smok spojrzał na nią dokładniej i stwierdził:
          - No z tym to bym akurat polemizował… Zresztą z obiadem nie powinno
          się dyskutować. To powoduje niestrawność!
          - Ale co ty tam wiesz o niestrawności! – rozpromieniła się Anecizm –
          Debilizm – przecież ja czytałam na ten temat tysiące książek!
          - Jasne – syknął smok – a ja jestem wampirem z Karpat.
          - Nie doceniasz mojego in… in… no jak to się mówi?
          - Intelektu?
          - No właśnie! Może opowiem ci o tej książce, którą ostatnio
          czytałam. To biografia Platona! Świetne romansidło mówię ci!
          - Sorry, ale nie znam gościa – mruknął ze znużeniem smok i ziewnął
          ukazując szereg żółtych kłów. Królewna nagle wybuchła płaczem:
          - Ale ty masz brudne zęby!
          Na to smok z nutką triumfu:
          - A ty masz grube dupsko. Ale to akurat plus bo lubię słoninę!
          - Dziękuję za komplement – odparła trzepocząc doklejanymi rzęsami –
          No ale wróćmy do tej biografii… bla… bla… bla…
          Minął dzień i noc, a królewna nadal nawijała. Zaczęło się od
          biografii, potem było o włosach, szamponach, psach, papierze velvet,
          seksie, aż wreszcie doszło do ciuchów.
          Smok czując, że opuszcza go już werwa do życia jęknął:
          - Zamknij się już.
          Na co królewna, wyrwana ztransu opowiadań nie z tej ziemi, wybuchła
          rzęsistym płaczem.
          - No nie! I jeszcze się rozbeczała – mruknął pod nosem Smok Wawelski.
          Płakała tak już trzy godziny, więc smok postanowił ukrócić swoje
          cierpienia.
          - Co mam zrobić żebyś już nie płakała? – wyjęczał zrozpaczony
          Królewna natychmiast roześmiała się szczerbatym uśmiechem i
          wykrzyknęła:
          - Wyszczotkujesz mi włosy?!
          Smok spojrzał na nią wzrokiem pełnym bólu.... Wyszedł przed swoją
          pieczarę i rzucił się do Wisły z okrzykiem ulgi.......
          Królewna siadła nad rzeką i powiedziała do siebie:
          - A taki fajny był z niego koleś. I dało się z nim na poziomie
          pogadać. Cholera! A już myślałam, że go zarwałam i pójdziemy do
          łóżka!!!

          Dobranoc!!!


          • Gość: przedszkolanka Re: Moja ulubiona (ale nie moja) IP: *.elpos.net 17.09.07, 19:53
            Bajka napisana przez Tomka Beksińskiego (prawdopodobnie) i odczytana
            przez niego w którejś ze swoich audycji w 1998 albo w 1999 roku.


            "Bajka o Czerwonym Kapturku"

            Czerwony Kapturek szedł leśną drogą do babci. Podśpiewywał sobie ale
            nie dlatego, że było mu szczególnie wesoło, a raczej dla dodania
            sobie odwagi - BAŁ SIĘ WILKA! Taki wilk potrafi dobrze dopiec -
            zwłaszcza na starość - nawet schylić się nie można jak się za młodu
            zbyt długo przesiadywało na zimnych kamieniach...

            Szedł zatem Czerwony Kapturek przez las - słoneczko przypiekało aż
            trawa na polanie zwijała się z pełnym wyrzutu skwierczeniem.
            Koszyczek z wiktuałami był cholernie ciężki, więc spod Czerwonego
            Kapturka gęsto płynęły krople potu, które obcierał batystową
            chusteczką z kunsztownie wyhaftowanym monogramem. Dostał ją w
            prezencie - babcia lubiła haftować po imprezach.

            Ptaszki bezsensownie ćwierkały nie dostrzegając ciężaru egzystencji.
            Koniki polne z tętentem ganiały pod trawą za klaczami polnymi - ot,
            ruja i poróbstwo... Lecz Czerwony Kapturek tego nie widział - a
            gdyby nawet zobaczył i tak by nie zrozumiał - był za mały -
            dorośnie, to zrozumie... Muchy... - ale dajmy spokój muchom! Nie
            mają one żadnego znaczenia dla fabuły rozwijającej się raźnym
            truchtem i potykającej tu i ówdzie o korzenie, w miarę jak Czerwony
            Kapturek zbliżał się do polanki, na skraju której stał domek babci.
            Czerwony Kapturek wstąpił na działo, to jest - przepraszam - na
            ganek i pociągnął sznur od dzwonka. Rozległo się dyskretne pukanie
            na które nieco zachrypnięty baryton... babci, odpowiedział "proszę".
            Czerwony Kapturek nacisnął klamkę i wszedł.

            W środku panował półmrok, niemniej jednak Kapturek mógł zauważyć, że
            spoczywająca w kuszącej pozie na kozetce ....babcia, przygląda mu
            się badawczo.

            - Co ci się stało w głowę, Czerwony Kapturku? - zapytała.
            - Potknęłam się o korzeń - objaśnił Kapturek - Dałem czołem w
            pień... ale babciu, dlaczego masz takie duże oczy?
            - Byłam u okulisty i zakropili mi atrophinę - odpowiedziała babcia -
            czy naprawdę musimy przerabiać tekst w całości?
            - Cóż, chyba nie - odparł Czerwony Kapturek - i tak wszyscy znają to
            już na pamięć. Jesteś więc wilkiem, nieprawdaż?
            - Niesamowite Holmesie! Jak na to wpadłeś? - zaironizował wilk
            - Elementarne - babcia nie stosuje wody po goleniu - rzekł Czerwony
            Kapturek
            - Chyba powinnaś użyć czasu przeszłego - rzucił od niechcenia wilk

            W domku jakby pomroczniało....

            - Ty ją naprawdę... tego... - zająknął się Czerwony Kapturek
            - Nie... - sprostował z niesmakiem wilk - ja ją zjadłem!

            Nastała minuta ciszy.

            - I co. Boisz się mnie dziewczynko? - zapytał wreszcie wilk
            - Nie bardzo - odpowiedział Czerwony Kapturek - Sądząc zresztą po
            śladach walki jaką musiałeś stoczyć z babcią, jesteś cienki. Jak
            barszcz z uszkami.
            Rzeczywiście - w pokoju walały się zmiecione niedbale pod ścianę
            połamane sprzęty, zgruchotane naczynia a nawet dwa kawałki marmuru
            które wyglądały jak Wenus z Milo.

            Wilk poczuł się dotknięty...

            - Ja cienki?!- wrzasnął, aż daszek chaty wzleciał nieco w górę -
            poczekaj chwilę a zaczniesz się bać! To rzekłszy zerwał się z
            kozetki, natężył nad Czerwonym Kapturkiem i wyciągnął ku niemu swe
            pazurzaste łapska.
            - Powinieneś zrobić sobie manicure - zauważył Kapturek - a poza tym
            co z ostatnim życzeniem?
            - Życzeniem? - Moim życzeniem jest cię pożreć i na pewno nie będzie
            ono ostatnie - wilk wyraźnie nie wykazał się wystarczająco wysokim
            poziomem intelektualnym.
            - Ostatnim przedśmiertelnym życzeniem - wyjaśnił cierpliwie
            Kapturek - to znaczy moim życzeniem, bo przypuszczam że ja tego
            żarcia nie przeżyję.

            Wilk przyhamował i zastanowił się.

            - No, niech będzie - zezwolił ostatecznie.
            - Choć więc ze mną...

            Czerwony Kapturek skierował się do drzwi. Wilk szedł za nim przez
            klomby aż do pniaka drzewa zwalonego przez wichurę na którym babcia
            lubiła była... ale spuśćmy na to zasłonę niepamięci.
            Czerwony Kapturek zatrzymał się przy pieńku i zwrócił do wilka:

            - Czy mógłbyś pochylić się nieco i oprzeć głowę o ten kloc?
            - Twoje życzenie jest dla mnie rozkazem - wilk zarechotał basowo
            jakby udał mu się świetny dowcip, po czym przykląkł dwornie na jedno
            kolano i spełnił prośbę Kapturka.
            Na dodatek przymknął oczy, jakby do drzemki, do której - trzeba
            przyznać - owe sielskie letnie popołudnie nastrajało w sposób
            wyjątkowy... Na to Czerwony Kapturek splunął w garście, zatarł ręce
            i ze zręcznością ekwilibrysty albo prestidigitatora... ale
            chwileczkę - skąd niby taka mała dziewczynka miałaby znać takie
            słowa... Zatem z właściwą sobie zręcznością wydobył z koszyczka
            wielki topór i za jednym ciosem uciął bestii kosmaty łeb.

            Ptaszki na chwilę przestały ćwierkać a cały wszechświat zatrzymał
            swój bieg.
            Następnie Czerwony Kapturek zachichotał złowieszczo i fachowym
            ruchem, dwoma palcami starł juchę z ostrza...

            - Głupek - rzucił w stronę resztek wilka - A NIBY DALCZEGO NOSZĘ
            CZERWONY KAPTUREK??!!




            • Gość: Przedszkolanka Re: Moja ulubiona (ale nie moja) IP: *.elpos.net 07.10.07, 21:05
              Jakoś nie mam weny ostatnio...to moze dzis specjalnie dla
              pana "wkoronkiewicz"........"kołysanka"....
              www.youtube.com/watch?v=Gd-Pn2syO6c
              Dobrej nocki ciiiiiiiiiiiiiii :-))))))))))))))))
              • Gość: Przedszkolanka Re: Dla moich wielbicieli :-))))) IP: *.elpos.net 18.11.07, 16:35
                Słonecznym rankiem wybrałem się na spacer po lesie. Pogwizdując
                wesoło przemierzałem właśnie niewielką polanę, gdy nagle zza krzaka
                wyskoczyła znana kłusowniczka Czerwony Kapturek. - Aaa! Mam cię,
                Wilku, stary capie - wykrzyknęła uradowana mierząc do mnie ze
                sztucera - Ręce do góry, ogon pod siebie! - zażądała. Wykonałem
                rozkaz i na wszelki wypadek poinformowałem: - Podniosłem łapy,
                schowałem ogon, nie wykonuję żadnych gwałtownych ruchów i nie mam
                przy sobie broni. - Twoje szczęście, inaczej już dawno bym do ciebie
                wygarnęła - powiedziała dziewczynka poprawiając okulary na nosie -
                Czy możesz przesunąć się trochę w prawo? - spytała. - Niby po co? -
                Chciałabym mieć cię na muszce. Usłużnie, jak na gentlemana mającego
                do czynienia z kobietą przystało, zrobiłem krok w prawo. - Nie tak,
                tak jeszcze gorzej, chodziło mi o moje prawo. - Teraz dobrze? -
                zapytałem przesuwając się o dwa kroki w lewo. Przyłożyła oko do
                celownika optycznego i uśmiechnęła się z zadowoleniem. - W porządku,
                twój łeb mam teraz na muszce - orzekła. - Łatwiej byłoby po prostu
                przesunąć lufę - poinstruowałem fachowo. - Wiem, ale nie mogę, bo
                zaczepiłam cynglem o gałąź. - Oooo, to bardzo niebezpieczne, fuzja
                może wystrzelić! - przeraziłem się. - Niebezpieczne dla kogo: dla
                mnie czy dla ciebie? - Czerwony Kapturek przechylił się do przodu. -
                Ostrożnie, nie ruszaj się! - zaskomlałem. - No, no, nie pozwalaj
                sobie, ty leśny zbóju... To ty się nie ruszaj, bo wygarnę! Co tam
                niesiesz w koszyku? No, gadaj! - Ot, trochę łakoci dla chorej
                babuni - wyjaśniłem - i flaszeczkę wina. - Flaszeczkę?! - była mile
                zaskoczona. - Dawaj to prędzej! Podałem jej koszyk. Wprawnym
                uderzeniem dna butelki o kolano wybiła korek i spróbowała
                zawartości. - Niezłe, nie masz tego więcej? Bezradnie rozłożyłem
                łapy. - Szkoda, w takim razie będę musiała cię trzepnąć -
                powiedziała opychając się słodyczami z koszyka. - Zaczekaj chwilkę -
                zaskomlałem - przypomniałem sobie o czymś bardzo ważnym. Mam w
                piwnicy jeszcze parę butelek tego dobrego wina, mógłbym cię
                zaprosić... - Trzeba było od razu tak mówić - lico Czerwonego
                Kapturka rozjaśnił promienny uśmiech. Poszturchiwany lufą sztucera w
                plecy poprowadziłem Czerwonego Kapturka do piwnicy. Nie będę
                ukrywał, pociągnęliśmy sobie kapkę. Potem śpiewając wesołe piosenki
                ruszyliśmy w las. Właściwie sam nie wiem skąd na naszej drodze wziął
                się niedźwiedź. Nie pamiętam dokładnie jak to było, ale zdaje się,
                że coś tam mu się nie podobało... Niedźwiedź jeszcze dyszał, gdy
                Kapturek zostawił go na drodze. Ponieważ dziewczynka często traciła
                równowagę wziąłem od niej broń. No i właśnie wtedy spotkaliśmy
                gajowego. Ku memu zaskoczeniu przewrotny bachor, Czerwony Kapturek,
                padł przed gajowym na kolana i ze łzami w oczach błagał o ratunek: -
                To ten stary potwór uprowadził mnie, biedną sierotę, w las - płakała
                wskazując mnie paluchem. Roześmiałem się, gdyż był to czysty
                nonsens. Ja, spokojny, zacny Wilk, kidnaperem?! - Ależ, panie
                gajowy, to akurat wszystko było na odwrót - zarechotałem. - To jej
                broń. Gajowy nie był w tak dobrym nastroju jak ja i nie udzielił mu
                się mój śmiech. Spojrzał tylko wymownie i wziął mnie na muszkę. Dwa
                lata za nielegalne posiadanie broni, cztery za uprowadzenie i
                demoralizację nieletniej oraz rok za niedźwiedzia, który na
                rozprawie zaparł się, że malutka słabiutka dziewczynka dała mu taki
                wycisk. Razem siedem lat ogrodu zoologicznego. Znowu będę musiał
                oglądać te potworne dzieciaki przez taki szmat czasu....

Nie masz jeszcze konta? Zarejestruj się


Nakarm Pajacyka