Gość: maciej
IP: 62.244.137.*
15.04.05, 09:34
Wszystkie znaki na niebie i ziemi wskazują, że w Bydgoszczy będzie jednak
uniwerystet. Już dawno mógł być, ale kłody pod nogi rzucano z zapałem.
W Bydgoszczy funkcjonuje 56 szkół średnich. Co roku kończy je 5 tys.
maturzystów, z których większość pochodzi z niezamożnych rodzin. Możliwość
studiowania w uniwersytecie usytuowanym w ich mieście jest dla tej młodzieży
życiową potrzebą. Dyplom uniwersytecki, jednoznacznie czytelny w całej
Europie i na świecie, da im możliwość sprostania wymogom UE i sprawi, że
najzdolniejsza młodzież nie będzie musiała opuszczać miasta.
Akademia Bydgoska, największa uczelnia ósmego w kraju co do wielkości
miasta, spełnia samodzielnie już wszystkie wymogi uniwersyteckie Rady Głównej
Szkolnictwa Wyższego. Jeśli Sejm za tydzień przegłosuje projekt ustawy - w
październiku blisko 19 tysięcy studentów rozpocznie studia na Uniwersytecie
im. Kazimierza Wielkiego.
Strategia uczonych
A jeżeli ktoś nie rozumie, dlaczego dotąd w czterystutysięcznym mieście
nie ma uniwersytetu - niech zajrzy do "Strategii Rozwoju Akademii Techniczno-
Rolniczej" z 13 grudnia 2000 r. Tam znajdzie odpowiedź na pytanie intrygujące
od kilkunastu lat nie tylko mieszkańców regionu. W
kilkustronicowej "Strategii" ani razu nie pada
słowo "Bydgoszcz", "województwo", "region". Za to przez wszystkie przypadki
odmieniane jest słowo "Uczelnia". Wyłącznie z wielkiej litery.
"Aktualna nazwa Uczelni - piszą w "Strategii" uczeni ATR - jest
odzwierciedleniem jej dotychczasowej struktury. (...) W krajach Unii
Europejskiej określenie "akademia" raczej nie kojarzy się z uczelnią o
charakterze uniwersyteckim. Jeżeli przyjąć założenie o wieloprofilowym
charakterze ATR, to w przyszłości nazwa ta może stracić swoją (w kontekście
struktury rozumianą) aktualność. Bazując na licznych przykładach nazw uczelni
Unii Europejskiej, jedną (czytaj jedyną - dop. J.D.) z możliwych do
rozważenia nazw naszej Uczelni jest "uniwersytet technologiczny".
Skoro uczeni ATR nie chcą jednego, silnego uniwersytetu bydgoskiego, to
dlaczego forsują tę przedziwną kombinację "technologiczną" ? Odpowiedź jest
prosta: w Unii Europejskiej "akademie" kojarzą się wyłącznie z marnymi
szkołami zawodowymi. Tam liczy się wykształcenie uniwersyteckie. Więc
założenie "Strategii" ATR było w istocie jedno: kurczowe trzymanie się
samodzielności. A prościej mówiąc - realizacja własnych ambicji w najgorszym
tego słowa znaczeniu. Truizmem jest bowiem twierdzenie, że silny uniwersytet
to intelektualne i kulturotwórcze centrum każdej społeczności lokalnej.
Senatowi ATR natomiast zależy, by zjeść ciastko i jednocześnie mieć ciastko.
Wbrew logice, zdrowemu rozsądkowi i 10 tysiącom swoich studentów.
Akademia Bydgoska dorosła do roli ośrodka akademickiego. Spośród 19 tys.
studentów jedną trzecią stanowią mieszkańcy miasta, jedną trzecią mieszkańcy
najbliższych okolic, a jedna trzecia studentów AB pochodzi z innych, głównie
sąsiednich województw.
We wtorek sejmowa Komisja Edukacji, Nauki i Młodzieży niemal jednogłośnie
zgodziła się na przekształcenie Akademii Bydgoskiej w Uniwersytet im.
Kazimierza Wielkiego. Po uzyskaniu szóstego wymaganego przez ustawę
uprawnienia do doktoryzowania, nic już nie stoi na przeszkodzie, by stała się
drugim uniwersytetem w regionie.
Wprawdzie wiceminister edukacji Tadeusz Szulc sugeruje, że stanowisko
rządu w tej sprawie nadal jest niejasne, ale i tak wszystko w rękach posłów. -
Teraz albo nigdy! - powtarza z determinacją prof. Adam Marcinkowski, rektor
AB. I wie, co mówi. Jeśli wejdzie w życie nowy projekt ustawy o szkolnictwie
wyższym - akademia na przekształcenie nie ma już żadnych szans. Tzw. projekt
prezydencki ustawił niezmiernie wysoko uniwersytecką poprzeczkę. Przetrwają
tylko najsilniejsi.
Czternaście wszechnic
Zapewne w przyszły piątek okaże się, czy determinacja i konsekwencja
rektora, senatu Akademii Bydgoskiej oraz kilkudziesięciu posłów zakończy się
sukcesem. Ale trudno się oszukiwać - najmłodszy polski uniwersytet nie będzie
naukową potęgą. Ironia tego spóźnionego awansu polega na tym, że
czterystutysięczna Bydgoszcz mogła już dawno mieć swój "uniwerek". I to
gdzieś pośrodku ligi polskich uniwersytetów. Na przeszkodzie stanął
koniunkturalizm i egoistyczne ambicje władz bydgoskiej ATR, które torpedowały
od lat tę ideę. Twierdzą one, że na połączeniu z AB tylko stracą. Na pewno
nie prestiż, tylko gronostaje i spore pieniądze - choćby z tysiąca hektarów
ziemi rolniczej oraz grantów.
Tymczasem fakty są bezdyskusyjne. Dwu i trzykrotnie mniejsze Opole,
Zielona Góra, Rzeszów czy Olsztyn są miastami uniwersyteckimi. Mając średnio
o wiele mniej studentów niż Bydgoszcz. Tym bardziej, że w ostatnich latach
pojawiły się jeszcze prywatne szkoły wyższe. Jest ich już w mieście - z
filiami - czternaście!
W tym tygodniu opiniotwórczy dziennik "Rzeczpospolita" ogłosił ranking
wyższych uczelni w Polsce. Na 78 sklasyfikowanych uczelni ATR zajął 54
miejsce, zaś AB - 63. I tu kolejny paradoks: AB zajęła pierwsze miejsce w
kraju wśród uczelni pedagogicznych, zaś ATR nie zmieściła się nawet w
pierwszej szóstce uczelni rolniczych. Tygodnik "Polityka" z kolei
sklasyfikował miejsca ATR i AB biorąc pod uwagę najpopularniejsze kierunki
studiów. Bydgoska pedagogika znalazła się na 10 (spośród 42 uczelni);
politologia - na 14 (35 uczelni); psychologia na 8 spośród 13. Tymczasem ATR
jest wymieniona tylko raz (ekonomia i zarządzanie), tyle że na 21 miejscu. I
to w tzw. grupie B, czyli w drugiej pięćdziesiątce. Król okazał się nagi.
Tymczasem rektor ATR prof. Zbigniew Skinder (wybrany w tym roku na kolejną
kadencję - był... jedynym kandydatem) jako istotny argument przeciw powstaniu
uniwersytetu, podaje jego przyszłą - aż trudno uwierzyć - słabość.
Uczelnia kształci na szesnastu kierunkach i w ponad 40 specjalnościach.
Obejmują one dziedziny nauk humanistycznych, społecznych, przyrodniczych,
ścisłych, artystycznych oraz kultury fizycznej. (...) W dziedzinie sportu
akademickiego AB znajduje się w czołówce polskich uczelni. W 2004 r.
sportowcy uczelni zajęli drugie miejsce, ustępując jedynie Uniwersytetowi
Warszawskiemu pozostawiając w pokonanym polu prawie 140 uczelni.
To oczywiste, że sam fakt powołania uniwersytetu nie uczyni z
Bydgoszczy silnego środowiska uniwersyteckiego. Z tego wszyscy na AB
doskonale zdają sobie sprawę. Ale przecież gdyby nie naturalna chęć rozwoju
bydgoskiej nauki w ostatnich dziesięcioleciach - ATR byłaby nadal Wieczorowa
Szkołą Inżynierską, a Akademia Bydgoska - Wyższą Szkołą Nauczycielską. Bodaj
najtrafniej bydgoski pat uniwersytecki nazwał senator Marian Kozłowski z
komisji edukacji. Mówi on bez owijania w bawełnę: - Ponieważ jestem
profesorem z Uniwersytetu Warmińsko-Mazurskiego, gdzie połączyliśmy wszystko,
łącznie z teologią, pedagogiką i rolnictwem, to mogę powiedzieć, jako leciwy
już profesor, że postawa środowisk akademickich z Bydgoszczy jest naganna. Bo
co to znaczy, że nie mogły się one dogadać? To znaczy, że ambicje mają
pojedyncze osoby, że będzie jeden rektor, a nie trzech. To jest główny powód.
Rektor AB, prof. Adam Marcinkowski na pewno nie należy do
tych "pojedynczych osób". Jednym z pierwszych jego gestów, tuż po wyborze na
rektora w 2002 roku, był list do rektora ATR prof. Zbigniewa
Skindera. "Zwracam się do Ciebie jako rektora wielce zasłużonej dla miasta i
regionu uczelni, z prośbą o rozważenie możliwości utworzenia w Bydgoszczy
uniwersytetu przez połączenie obu naszych uczelni. (...) Czy warto tracić
czas na uzyskanie minimalnych kryteriów umożliwiających to przekształcenie,
skoro w wyniku integracji mógłby od razu powstać uniwersytet o znaczącej
pozycji edukacyjnej i naukowej w kraju?". Bardzo znamienne jest ostatnie
zdanie listu prof. Marcinkowskiego: "Cieszyłbym się, gd