polynomial
09.08.03, 00:11
"Kraje mające być zagrożeniem dla świata to przypadkiem te same, które nie
ciągną się w rydwanie USA. Przypadkiem też dwa trzech krajów osi zła i
cztery z sześciu jej rozszerzonej wersji to państwa roponośnego Bliskiego
Wschodu. Polityka ropy jest bardzo ważną częścią strategii amerykańskiego
imperium z dwóch powodów. Pierwszą jest nagi interes ekonomiczny.
Administracja Busha jest po uszy zanurzona w interesach kompanii naftowych.
Dość powiedzieć, że wiceprezydent Cheney to były prezes Halliburton, jednej
z głównych firm usługowych przemysły naftowego, a pani Rice ma na swoją
cześć nazwany tankowiec (firmy Chevron-Texaco). W dokumencie z maja 2001 r.
pt. Narodowa Strategia Energetyczna czytamy, że do 2020 r. import ropy do
USA wzrośnie o 70 % (z obecnych 10 mln baryłek do 17 mln baryłek dziennie).
Trzeba więc nowych źródeł eksportu. Stąd m. in. "nowa wielka gra" w Azji
Środkowej i rejonie Morza Kaspijskiego między USA a Rosją. Stąd też
ingerencja w sprawy Wenezueli czy Kolumbii. Najbardziej łakomym (i
pewnym!) kąskiem jest jednak Irak. Kraj ten posiada drugie sprawdzone złoża
ropy na świecie (ok. 11%). Tymczasem spośród 70 znanych w tym kraju miejsc
wydobycia działa obecnie jedynie 12. Nigdzie indziej stawka do wzięcia nie
jest tak wysoka. Wielkie koncerny zarobią miliardy dolarów a do USA popłyną
nowe strumienie ropy. Jest jednak także drugi powód co najmniej tak samo
ważny. Zawładnięcie nad iracką ropą zmieni globalny układ sił na korzyść
USA. Kraje Unii Europejskiej i Japonia są bowiem znacznie bardziej
uzależnione od ropy z Bliskiego Wschodu niż mocarstwo Busha. Większość
importowanej do USA ropy pochodzi z krajów Ameryki Płd (Wenezuela, Kolumbia,
Meksyk), które wyraźnie przewyższają udział Arabii Saudyjskiej. Tymczasem w
przypadku ekonomicznych rywali z Europy i Japonii dominuje ropa z Bliskiego
Wschodu. Kontrola Bliskiego Wschodu oznacza więc także większą kontrolę
potencjalnych konkurentów. Tym bardziej, że przeoranie Bliskiego Wschodu
wykracza poza Irak. Obok zmiany reżimu w Iranie, Syrii i Libii administracja
Busha ma coraz bardzie niejednoznaczny stosunek do swego tradycyjnego
sojusznika Arabii Saudyjskiej. To głównie z tego kraju siły pod wodzą USA
atakowały w czasie poprzedniej wojny z Irakiem. Do dziś stacjonuje tam kilka
tysięcy amerykańskich żołnierzy. Dlaczego więc proamerykańska dyktatura w
Arabii Saudyjskiej staje się coraz mniej wygodna? Dlatego, że choć
proamerykańska, to zbyt niezależna. Tym razem głównie w trosce o własne
głowy reżim Saudów odmówił przeprowadzenia ataku na Irak z własnego
terytorium.
Co więcej, podobnie do reszty krajów arabskich przynajmniej werbalnie
sympatyzuje z Palestyńczykami wzywając Izrael do podjęcia rokowań. Tymczasem
republikańska prawica chce uznać represje Palestyńczyków jako po prostu
przedłużenie wojny z terroryzmem. Oczywiście, także wcześniejsi prezydenci
USA widzieli w Izraelu lojalne, zależne od siebie i uzbrojone po zęby
państwo pełniące rolę strażnika interesów USA na Bliskim Wschodzie i mogące
karać niepokorne kraje arabskie. Jednak duża część administracji Busha
uważa, że Izrael powinien pełnić tę rolę poprzez odrzucenie wszelkich
negocjacji i oparcie się na nagiej sile (tak, jak to widzi rząd Szarona),
która pomoże USA w przeobrażeniu całego Bliskiego Wschodu. Najważniejszą
stawką w rozgrywce z Arabią Saudyjską jest jednak OPEC (Organizacja
Eksporterów Ropy Naftowej). Królestwo Saudów to kraj o największych
udokumentowanych złożach na świecie i jednocześnie główna siła OPEC. Kartel
ten dał się we znaki już w latach siedemdziesiątych sztucznie windując w
górę cenę ropy. Do dziś jego istnienie pozwala krajom członkowskim na
pełnienie niezależnej roli w globalnej układance poprzez kształtowanie ceny
surowca na światowym rynku. Marionetkowy reżim osadzony przez USA w Iraku po
(w założeniach) wygranej wojnie zapewne pod dyktando swych zwierzchników
opuści kartel. W tym momencie zmiana władz także w Arabii Saudyjskiej
oznaczałby praktyczny koniec OPEC. To z kolei oznaczałoby pełną kontrolę nie
tylko największych złóż, ale i ceny ropy przez Waszyngton i tym samym
niepodważalną dominację nad europejskimi i azjatyckimi konkurentami. Obecna
strategia USA jest więc szalenie ambitna. Ambitna w swej brutalności i
barbarzyństwie."
Pod rozwagę.
Polynomial-C