Dodaj do ulubionych

Pieniądze a edukacja

02.01.14, 14:29
Mam w otoczeniu młode osoby z naprawdę biednych rodzin, w których mimo to bardzo dużą uwagę przykładano do edukacji, kultury i wykształcenia. Bez żadnych zajęć dodatkowych dzieci wyrosły na kulturalnych ludzi, znają języki, grają na instrumentach (szkoły muzyczne), mają szerokie horyzonty, zainteresowania, odnoszą sukcesy. Jedynie komputerowe umiejętności często poniżej przeciętnej, bo komputery zwykle pojawiały się w tych rodzinach znacznie później niż u innych.

Jako dzieci nie miały może multum swoich książek, ale korzystały z biblioteki, trochę podostawały, odziedziczyły po rodzicach, coś się czasem znajdzie w antykwariacie czy lumpeksie. Języków nauczyły się w szkole, grania na instrumentach i zamiłowania do muzyki w szkole muzycznej i od rodziców. Filmy z tvp, stoisk z płytami z gazet (za 2 zł zdarzają się niezłe perełki), bezpłatnych imprez filmowych. Ogólnie uczestniczyły w wielu bezpłatnych wydarzeniach kulturalnych, koncertach, warsztatach, zajęciach. Poza tym dużo wiedzy przekazywali im bezpośrednio rodzice i ich przyjaciele z bardzo ciekawymi życiorysami.

Często podkreśla się na forum i w życiu, jak ważne są pieniądze na edukację dzieci i zgadzam się, bo pewnie wiele możliwości ominęło bohaterów tego wątku (ale przecież nie tylko ich). Czy na pewno lepiej by było, gdyby ze względów finansowych rodzice w ogóle nie zdecydowali się na dzieci, co często się tu na forum postuluje właśnie w kontekście edukacji? (i chciałabym w tej sferze pozostać, bo problem chorób i nieoczekiwanych wydarzeń to osobna kwestia).
Obserwuj wątek
    • mx3_sp Re: Pieniądze a edukacja 02.01.14, 14:39
      jasne każdy biedny to intelektualista z szerokimi horyzontami, znający języki obce i posiadający zdolności muzyczne.
      • lily-evans01 Re: Pieniądze a edukacja 02.01.14, 15:33
        Jestem dzieckiem samotnej matki, które pojechało za granicę po raz pierwszy jako dorosła osoba, nie chodziłam też na fafnaście zajęć dodatkowych. Książki zawsze w domu były, nałogowo też pożyczałam z biblioteki to, czego mi brakowało. W LO byłam najlepsza z języka obcego (mieliśmy 3), skończyłam 2 kierunki studiów z listem gratulacyjnym od rektora za każdym razem. Choć inna sprawa, że kiedyś chyba te książki i prasa były relatywnie tańsze.
        Zdolności muzycznych nie mam, ale to nie jest kwestia pieniędzy, no przepraszam bardzo. W SM u mojej córki ciągle opiniujemy o dofinansowanie jakiegoś wyjazdu na konkurs/przegląd dla biednego dzieciaka, zwolnienie z opłat na radę rodziców itp.
        Czego mi zabrakło w porównaniu do bogatszych - mieli więcej pewności pewności siebie, uprawiali różne sporty itp. Czy ogranicza to moje horyzonty - jakoś niespecjalnie (choć nie miałabym nic przeciw temu, żeby potrenować coś, w stylu narty, jazda konna itp.).
        • joa66 Re: Pieniądze a edukacja 02.01.14, 15:38
          Książki zawsze w domu były

          Same przyszły czy kto je kiedyś KUPIŁ?smile
          • lily-evans01 Re: Pieniądze a edukacja 02.01.14, 15:46
            Jak piszę, kiedyś książki były tańsze. Teraz dużo jest obłędnie drogich i dlatego korzystam z ebooków, książki papierowe kupuję tylko młodej. Zresztą domowy księgozbiór zbiera się przez lata. Byłam nauczona korzystania z książek, bez przerwy leżało w domu po kilkanaście wypożyczonych, a część późniejszego stypendium naukowego czy dochodów z korków przeznaczałam właśnie na książki, bo taki miałam nawyk.
            Znam właśnie niezamożną matkę ze szkoły muzycznej, która zawsze kupuje córkom książki jako prezenty, zamiast plastikowych zabawek, najmłodsza ma 4 lata i ceni książki, wie, że to jest coś fajnego. Starsza świetnie sobie radzi w szkole, zwykłej, publicznej.
            Dzieci zawsze dostają coś tam, kiedyś tam, z jakiejś okazji. Można naciskać na rodzinę, żeby to były prezenty sensowne i wzbogacające edukacyjnie.
            Bo rozumiem, że nie mówimy tu o pijącej patologii, która użyje zadrukowanej kartki do napalenia w piecu kaflowym wink. Tylko o ludziach niezamożnych, którym się chce poszukać dla swoich dzieci jakichś możliwości rozwoju. Dobrze, że mojej matce się chciało, bo teraz, jak się wielu młodym mamuśkom pod nos nie podsunie drogiej oferty różnych kursów i zajęć, to tylko potrafią dzieciom tablet w łapkę wcisnąć wink.
          • morgen_stern Re: Pieniądze a edukacja 02.01.14, 22:24
            Jak najbardziej rozumiem tekst "książki zawsze były w domu". U mnie też zawsze były, choć nie jestem z domu "intelektualistów". Książki się dziedziczy po rodzeństwie, rodzicach, co jakiś czas pojawiają się nowe lub sprezentowane, przecież nikt tego nie kupuje hurtowo, to są często zbiory wielu lat i kilku osób. Ktoś, kto tego nie pojmuje najwyraźniej książek w domu za dużo nie miał.
            • joa66 Re: Pieniądze a edukacja 02.01.14, 22:29
              Miał. Tylko ktoś je KUPIŁ. Same nie przyszływink

              • morgen_stern Re: Pieniądze a edukacja 02.01.14, 23:22
                Ale tłumaczę ci, że te książki nie były kupowane hurtowo ergo niekoniecznie muszą być własnością dobrze usytuowanej rodziny. To się rozkłada na lata i kilka, czasem kilkanaście ludzi. Nie wiem, po co wciąż powtarzasz, że "ktoś je kupił" i co ma właściwie oznaczać ten argument w dyskusji.
                • joa66 Re: Pieniądze a edukacja 02.01.14, 23:38
                  To, że książki kosztują. I nie mam na myśli kupowanie hurtem całego księgozbioru.big_grin

                  I owszem - 30 czy 50 zł to nie jest fortuna, ale po pierwsze chyba nie kupujemy jednej książki na całe życie, po drugie chyba uzupełniamy księgozbiór na bieżąco , po trzecie to jest tylko mała część wydatków na tzw edukację, po czwarte są ksiązki trochę droższe niz 50 zł.

                  Ergo - edukacja kosztuje. Teraz jasne?

                  Argument , że książek nie trzeba kupować bo 'zawsze w domu były" jest nietrafiony. To nie krzesła odziedziczone po dziadkach.
                  • guderianka Re: książki 03.01.14, 09:13
                    Dorastając miałam zastany w domu księgozbiór kupowany przez rodziców (tatę) przez lata
                    Teraz mamy problem z księgozbiorem, naprawdę wartościowym-po dziadkach mojego M- prawie 4 tys zostało jeszcze do zabrania z ich domu (prawie drugie tyle już zostało rozdysponowane) nasza piwnica a potem pólki zapełnia się więc książkami- nie wiem gdzie bo już nie mamy miejsca, są książki mojego M z jego domu, moje z mojego domu , wspólne , prezenty, dostane + książki edukacyjne dzieciaków których nie liczę
                  • najma78 Re: Pieniądze a edukacja 03.01.14, 11:25
                    joa66 napisała:

                    > Argument , że książek nie trzeba kupować bo 'zawsze w domu były" jest nietrafio
                    > ny. To nie krzesła odziedziczone po dziadkach.

                    Krzesla tez trzeba kupic a jesli sie ich nie kupilo tylko dostalo (podobnie jak ksiazki) to ktos musial kupic a nawet jesli nie kupil a zrobil (krzesla) to musial miec meterial, poswiecic swoj czas i wlozyc w to prace a wie wciaz jest to przeliczalne na pieniadze.
                    Tylko jak zwykle nie zauwazylas o czym jest watek, wykorzystalas go za to do wypisania listy zajec twojego dziecka i cen (wow jaki powiew klasy) a nie o to w tym chodzi.
                    Ksiazek nie trzeba koniecznie kupowac, bo sa biblioteki, ktos moze podarowac, to tak jak nie trzeba miec koniecznie internetu w domu bo jest w bibliotekach - owszem, za to sie placi ale zrzuca sie na to wiekszosc. Tak samo na edukacje zrzuca sie ogol i z tego rodzaju edukacji korzysta wiekszosc . Ci co chca moga nauczyc sie wiele bez ekstra wsparcia finasowego umozliwiajacego prywatne zajecia, duzo zalezy tez od tego gdzie sie mieszka. O tym jest watek a to ze edukacna kosztuje bo to wiadomo.
                  • gaskama Re: Pieniądze a edukacja 06.02.14, 15:47
                    Z twoich wypowiedzi jednak wnioskuję, że nie wychowałaś się w domu, w którym książki po prostu są. To nie żadna obraza, serio. Ja jestem z domu ubogiego. Matka często dorabiała sprzątaniem. A książki były, kilka tysięcy sztuk. Nawet nie będę starała się tego wytłumaczyć.
                  • iksa_igrekowska Re: Pieniądze a edukacja 06.02.14, 23:02
                    A dlaczego książki to nie "krzesła odziedziczone po dziadkach"? Ja mam w domu książki nawet po prapradziadkach.
                    • morekac Re: Pieniądze a edukacja 07.02.14, 06:35
                      Szczęściara. Jeśli chodzi o prapradziadków, to część ludzi prapradziadków miała niepiśmiennnych, słabopiśmiennych albo tak biednych, że bezksiążkowych. A po drodze były jeszcze 1-2 wojny, przesiedlenia, wygnania.
                  • noname2002 Re: Pieniądze a edukacja 07.02.14, 09:27
                    I owszem - 30 czy 50 zł to nie jest fortuna, ale po pierwsze chyba nie kupujemy
                    > jednej książki na całe życie, po drugie chyba uzupełniamy księgozbiór na bieżą
                    > co , po trzecie to jest tylko mała część wydatków na tzw edukację, po czwarte s
                    > ą ksiązki trochę droższe niz 50 zł.

                    I z tych książek po 50zł jeszcze się nie dowiedziałaś co to "antykwariat"?
                    Podpowiem Ci:miejsce gdzie sprzedają używane książki, zwykle po kilka złotych.
                • joa66 Re: Pieniądze a edukacja 02.01.14, 23:55
                  Wytłumaczę na liczbach, żeby było jaśniej. Przed urodzeniem dziecka nasza biblioteczka liczyła około 2000 książek. Przez następne 18 lat doszło co najmniej 500 książek (zdecydowanie więcej jezeli wliczymy w to cienkie książeczki dla dzieci) i to tylko dlatego, że sie ograniczam. Dokładnych liczb nie podam , bo część w garażu kartonach, częśc na działce. Nie liczę książek kupowanych przez "dziecko" z kieszonkowego , bo mam nad tym umiarkowaną kontrolę.

                  Mam nadzieję, że teraz jest jasne dlaczego książki się kupuje.
    • joa66 Re: Pieniądze a edukacja 02.01.14, 14:41
      Tak i nie. Uważam, że w kwestii edukacji można zrobić bardzo wiele bezkosztowo lub tanio, zwłaszcza jeżeli mieszka sie w dużym mieście. Tylko po pierwsze rodzice muszą mieć czas , chęci i ... narzędzia (np bardzo dobra znajomość języka obcego).

      Z drugiej strony pieniądze bardzo się przydają - z własnego podwórka: szkoła niepubliczna , ktroa spełniala większośc moich edukacyjnych i wychowawczych wymagań, potem prywatne konwersacje/lekcje jezyków, bilety na koncerty, teatr, kino, podróże. Nie rezygnowałabym z dzieci gdybym musiała im to ograniczać, ale gdybym miała zupelnie z tego zrezygnować? Nie wiem. Tyle o sobie wiemy na ile nas sprawdzwono.
    • iwoniaw Re: Pieniądze a edukacja 02.01.14, 14:42
      Że niby można się dobrze wyedukować będąc z biednej rodziny? I tak i nie. Bo owszem, nie jest tak, że nie ma żadnych możliwości i pewnie możnaby podać wiele przykładów, jednak z drugiej strony - nawet te podawane przez ciebie nie zawsze się bronią. Już taka szkoła muzyczna - jeśli ktoś mieszka w pobliżu takiej, to owszem. Ale jeśli wymagany jest dojazd, to już sam jego koszt potrafi być problemem, o wersji "szkoła z internatem" nie mówiąc. Tak samo te "darmowe imprezy" w tematyce dowolnej - tak, są takie i to często b. wartościowe - no ale możliwość uczestniczenia też zależy od tego, gdzie się mieszka.

      No i kluczową rolę odgrywa zapewne to, jacy są właściwie ci "biedni" rodzice - czy, po pierwsze, są w stanie przekazać dzieciom np. tę znajomość języków czy nauczyć ich grać na wiolonczeli osobiście, czy nie dość, że sami nie mają takich umiejętności, to nie mają też czasu ani siły (a może i pomysłu) na szukanie tych tanich alternatyw.
    • totorotot Re: Pieniądze a edukacja 02.01.14, 14:42
      Szkoła muzyczna sama w sobie gwarantuje mnóstwo zdjęć dodatkowych plus obowiązek ćwiczeń
    • plater-2 nigdy nie uwazalismy sie za biednych 02.01.14, 14:47
      Szkoly srednie na prowincji daja bardzo czesto lepsze przygotowanie do matury i studiow szczegolnie w zakresie jezykow. Znam wiele obsolwentek naszego malego LO, ktore na studiach dostaly sie do grup konwersacyjnych i pytano sie ich, czy uczyly sie jezyka za granica. A one tylko chodzily na kolko milosnikow kultury francuskiej w swoim LO !!! I przykladaly sie do nauki.

      Moja piatka dzieci, wychowana w malym miasteczku, pokonczyla ( z wyjatkiem najmlodszego, ktory jeszcze sie uczy) porzadne studia i jest "cenionymi specjalistami". Jezykow uczylam do czasu sama, nie jestem demonem lingwistyki, przekazalam to, co potrafilm sama. Potem chodzily prywatnie do osob, ktore znaly jezyk lepiej ode mnie.

      Komputer pojawil sie w naszej rodzinie poxniej niz u osob zamozniejszych od nas. Nie bylo to zadnym problemem. Mieszkamy naprzeciwko MDK, gdzie jest filia biblioteki i czytelnia z komputerami. Tam dwojka starszych chodzila sie uczyc i korzystac z komputera. W sali zazwyczaj nie bylo nikogo oprocz moich dzieci!
      Ksiazek w domu bylo i jest "multum", jestem nauczycielka, maz inzynierem.
      Zarabialismy na tyle dobrze, ze nie mielismy wrazenia, ze jestesmy biedni.
      Gry na pianinie (choc sama sie w dziecinstwie uczylam) nie bylam w stanie nauczyc, dziewczynki chodzily do szkoly muzycznej I stopnia i porobily dyplomy z dwoch a nawet trzech instrumentow (ktore mozna wypozyczyc w szkole). Chlopcy nie chcieli.

      Zapraszam na forum "rodziny wielodzietne z wyboru".

      Poznasz nie tylko szerokie horyzonty ale takze problemy rodzin wielodzietnych z wyboru oraz ich ambicje.

      • joa66 Re: nigdy nie uwazalismy sie za biednych 02.01.14, 14:52
        Potem chodzily prywatnie do osob, ktore znaly jezyk lepiej ode mnie.

        za darmo? Jeżeli tak, to mam nadzieję wiesz, ze to bardzo rzadkie.

        Co do szkoły na prowincji - słyszę z róznych stron bardzo dużo dobrych rzeczy o wielu takich szkołach, podobno pracuje tam sporo pasjonatów.
        • plater-2 Re: nigdy nie uwazalismy sie za biednych 02.01.14, 14:57
          Tak, za darmo ! Moje dwie kolezanki z prcy - anglistka i germanistka przyjely moje dzieci do swoich grup, a ja w zamian odwdzieczalam sie lekcjami francuskiego dla ich potomstwa. Nie byly to grupy, bo na lekcje francuskiego za jest male zapotrzebowanie, by udzielac lekcji w grupach.
          Do dziecka anglistki chodzilam sama piechota, bo to dziecko o specyficznych potrzebach edukacyjnych.
          • verdana Re: nigdy nie uwazalismy sie za biednych 02.01.14, 15:01
            Jeśli ktoś zna język na poziomie, który pozwala uczyć obce dzieci, to jego rodzina nie powinna być "naprawdę biedna".
            • plater-2 Re: nigdy nie uwazalismy sie za biednych 02.01.14, 15:32
              Verdano, wiesz dobrze, ze pracowalm cale lata jako katecheta mlodziezy szkol srednich. Jezykow obcych uczylam sie troche w dziecinstwie w empiku, potem w liceum, jak wszyscy z naszego pokolenia lat 50/60. Za Gierka jezdizlam na wakacje popracowac sobie a granica, ale zrobiona kase dwa razy (potem stwierdzilam, ze to strata kasy wolalam sie uczyc sama) wsadzilam w wakcyjny kurs jezyka w obcym kraju.

              Oczywiscie nie kazdy ma ciotke w Londynie i Paryzu. Ja mialam to szczescie, ze mialam i probowaly mi pomoc fundujac nie modne ciuchy, ale znajdujac mi (licealistce) prace u swoich znajomych (pomoc w sprzataniu po malarzach itd). I madrze zrobily, daly mi nie ochlapy i osci ryby, ale wedke !
              W latach 90 natychmiast porobilam dyplomy i cale lata, do dzis, dorabialam sobie korkami z francuskiego i angielskiego.
              W podobny sposob jak mnie wychowywano, wychowywalismy wlasne dzieci.
              • verdana Re: nigdy nie uwazalismy sie za biednych 02.01.14, 16:02
                Nie, chodzi mi o to, że jeśli ktoś zna język tak dobrze, zę może uczyć, to jego rodzina nie powinna być biedna. Wychowywanie dzieci w biedzie, przy możliwości zarobkowania - i to w nietypowych godzinach, to zwykłe lenistwo, albo bak troski o rodzinę.
                • hellulah Re: nigdy nie uwazalismy sie za biednych 02.01.14, 16:46
                  A ty verdana dawałaś kiedyś korki, jednocześnie pracując na etat i jednocześni wychowując kilkoro małych dzieci?

                  Te "nietypowe godziny" to jest jakieś okienko czasowe (rano i wczesnym popołudniem uczniowie są w pracy lub szkole), wypełnisz je iloma uczniami dziennie? dwoma? trzema? a gdzie praca na etacie, gdzie kontakt z własnymi dziećmi i prace domowe? Weekendy powiesz, ok, ale znowu - co dobre dla studentki bez obciążeń, niekoniecznie dobre dla mamy małych dzieci, która być może chciałaby mieć jednak dobry kontakt z tymi dziećmi. Stawki za korki o ile wiem (w sumie to teraz nie uczę, ani ni kupuję dla dziecka, ale coś słyszałam od znajomych) to też już nie te sumy, co powiedzmy 15 lat temu (nasycony rynek). Jak masz dajmy na to troje dzieci, etat (bo jednak masz etat) i dajesz tygodniowo na czarno te 6-10 godzin korków, owszem dorobisz, ale na pewno nie na etolkę z lisków czy wyjazd w Alpy dla potomstwa. Nie twórz mitów.
                  • verdana Re: nigdy nie uwazalismy sie za biednych 02.01.14, 17:12
                    Taksmile
                    • hellulah Re: nigdy nie uwazalismy sie za biednych 02.01.14, 17:25
                      Przy etacie co najmniej 20 godzin kontaktowych (mowa chyba o katechetce, zakładam, że to 20 godzin)? i z tych korków, trójki czy więcej dzieci (dopilnowanymi, wychowywanymi osobiście) i nisko płatnego etatu doszłaś do zamożności przy stawkach takich jak obecnie (już od 15-25 zł za godzinę) i cenach takich jak obecnie? To, powiem szczerze, jest coś - tyle, że korki tak, ale nie teraz, a kiedyś, na innym rynku, i twój etat to zdaje się był na uczelni (godzinowo mniej, jeśli olałaś pracę naukową), i dzieci chyba mniej - nie wiem, nie spieram się - ale nadal uważam się za nieprzekonaną, że obecnie samymi korkami z języka w warunkach jak wyżej (obecnie) da się przejść z biedy czy niezamożności do zamożności. Już nie.
                  • plater-2 Re: nigdy nie uwazalismy sie za biednych 02.01.14, 17:40
                    Piecioro malych dzieci jednoczesnie to ma matka piecioraczkow !

                    Pracowalam z krotkimi przerwami na urodzenie dzieci w katechizacji parafialnej i dawalam korepetycje z jezykow w wlasnym domu (mieszkamy obok LO i podstawowki, dzis gimnazjum).

                    W nowej rzeczywistosci ekonomicznej i politycznej uplasowalismy sie bardzo dobrze. Maz, dzieki Bogu, zostal zwolniony z swego dogorywjacego zakladu pracy i rozpoczal dzialalnosc gospodarcza na wlasny rachunek we wlasnym domu.
                    Ta sytuacja pozwolila mi isc do pracy do szkoly, maz koordynowal wychodzenie i wracanie ze szkoly starszych dzieci i ndzorowal mlodsze. Pracowalam jednoczesnie jako katechetka w LO i nauczycileka angielskiego w podstawowce. Zrobilam w zwiazku z tym uprawnienia metodyczne do nauczania jezykow w szkole i konieczne egzaminy.

                    Moja znajomosc jezyka i metodyki nie pochodzi z empiku (chodzilam tam jak mialam 8 lat !) ani tylko i wylacznie z pobytow za granica, choc uwazam, ze pobyty sa bardzo pomocne o opanowania jezyka w zakresie kompetencji zwanej "rozumienie ze sluchu". Mam sporo rodzinki za granica, z ktora dosc czesto sie widuje w czasie wakacji albo coz pogrzebow...
                    Moje dzieci jezdzily za granice na schoolholyday(s).
                    Po poludniu dawalam i nadal daje korki. Na szczescie nie musze w takim zakresie jak dawniej (drzwi mi sie nie zamykaly), nie mamy takich potrzeb, dzieci sa w zasadzie juz usamodzielnione, a ja dostalam nareszcie rente i moge spokojnie zyc i czytac ksiazki jakie lubie, nie jakie musze. Korkow na czarno nie daje, mam ksiazke. Bardziej oplaca sie niz ryczalt.
                    Nigdy nie marzylam o etolce z lisow. W LO mialm ksywke "mamusia-harcerka". wink))))
                    Cena za 45 min. spadla w stosunku do 1990 o 50 % - po prostu wieksza konkurencja.
                    • joa66 Re: nigdy nie uwazalismy sie za biednych 02.01.14, 17:53
                      Moje dzieci jezdzily za granice na schoolholyday(s).

                      Na co jeździły Twoje dzieci?
                      • guderianka Re: empik 03.01.14, 08:49
                        nie wiedziałam,że ma istnieje od lat 60 tych
                        • plater-2 KMPiK 03.01.14, 09:06
                          pl.wikipedia.org/wiki/Kluby_Mi%C4%99dzynarodowej_Prasy_i_Ksi%C4%85%C5%BCki
                          • guderianka Re: KMPiK 03.01.14, 09:10
                            nie miałam pojęcia, dzięki wink
                      • naomi19 Re: nigdy nie uwazalismy sie za biednych 03.01.14, 11:42
                        na wakycje
          • mx3_sp Re: nigdy nie uwazalismy sie za biednych 02.01.14, 15:11
            no nie jeśli ktoś zna perfekcyjnie obcy język, a znać musi jeśli naucza. Był w kraju ojczystym tego języka - tylko tak można poznać go perfekcyjnie to chyba biedny nie jest, co?
      • jamesonwhiskey Re: nigdy nie uwazalismy sie za biednych 02.01.14, 15:04
        Znam wiele obsolwentek naszego malego LO, ktore na studiach dostaly sie do grup konwersacyjnych i pytano sie ich


        nie wierze w ta perfekcyjna nauka jezyka w szkole
        ten sukces grup konwersacyjnych wynikac moze z efektu miernej bazy
        czyli na tle gmoni wyjatkowo blyszczaly
        • 1rudyrydz Re: nigdy nie uwazalismy sie za biednych 02.01.14, 15:20
          Ja sie uczyłam angielskiego w szkole oraz w ośrodku kultury. Od dziecka ogladalam bajki po angielsku, potem CNN. Meza mam obcokrajowca ale tez na studiach mialam znajomych na wymianach studenckich i dzieki takim znajomoscia cwiczylam jezyk.
          • 1rudyrydz Re: nigdy nie uwazalismy sie za biednych 02.01.14, 15:21
            Nigdy nie brałam prywatnych lekcji z angielskiego. Obecnie z francuskiego ale to z musu smile
        • lily-evans01 Re: nigdy nie uwazalismy sie za biednych 02.01.14, 15:39
          Nie wierz sobie, nie wierz - pamiętam, jak na studiach zostałam wybrana na staż do Francji jako jedyna przedstawicielka z mojego kierunku - bądź co bądź romanistyki wink, natomiast z LO w prowincjonalnym miasteczku jechała trójka 17-18-latków. Szkoła miała super rozwiniętą współpracę ze szkołą z miasta bliźniaczego w FR, dzieci jeździły na wymiany, na staże itp., szkoła miała świetnych nauczycieli-pasjonatów języka, a większość kosztów wyjazdów pokrywały władze naszego województwa i tamtejszy Conseil de Région. Tak więc wystarczyło się uczyć, żeby korzystać...
        • plater-2 mit ! 02.01.14, 15:46
          Nie ma czegos takiego jak "perfekcyjna znajomosc jezyka" .

          Nawet wlasnego jezyka nie znasz perfekcyjnie.
          Nie zdarzylo ci sie siedziec nad pusta kartka i wzdychac - "co by tu napisac" ?
          Nie zdarzylo Ci sie stanac przed jakims szacownym gremium i jakac yyy ee, szukac odpowiedniego slowa, bo z nerwow zapomniales po polsku mowic?
          Nigdy nie szukales w slowniku co znaczy "motowidlo" ?
          Czy rozumiesz zdania "jego siostra wyszla za plywajcego", "oni znaja sie z mieszka", "on mieszka po tamtej stronie", "wyprali to w cypisku i dziecko mialo alergie" ? Nie rozumiesz, bo to juz zagadnienie tzw. realioznawstwa.
          Jestes w stanie rozmawiac plynnie i kompetentnie na dowolnie wybrany temat po polsku ?
          a) objawy niedoboru boru na kalafioru ?
          b)zwiazek hyperlaktynemii z nadczynnoscia tarczycy ?
          c)system podatkowy w USA w XIX wieku ?

          Sukces w nauce czegokolwiek to ustalenie najpierw celu ktory chcemy osiagnac (wyjazd do pracy, zdanie matury na poziomie podstawowym lub rozszerzonym, zdanie egzaminu np. FCE itd.) i znajomosc konkretnych wymagan (na maturze, egzaminie konkretnego poziomu itd.) ktorym mamy sprostac.
          • joa66 Re: mit ! 02.01.14, 16:03
            Zgoda, to termin umowny.

            Ale w przypadku nauczania języka chyba chodzi nam o naprawdę bardzo dobrą znajomość tego języka u nauczyciela a nie kursy w empiku i saksy w Anglii. To znaczy ja wiem, że za nauczanie się bierze każdy kto potrafi zamówić pizzę, ale jednak możliwośc poświęcenia na to X pieniędzy niewyobrażalnie zwiększa szansę na znalezienie nauczyciela dobrego.
          • verdana Re: mit ! 02.01.14, 16:08
            Cóż, własny język znam jednak perfekcyjnie.
            Nie, nie stanęłam nigdy przez żadnym gronem i nie mówiłam "yy". Poza tym czym innym jest nieznajomość języka, a czym innym jest nieśmiałość, albo zwykłe nieprzygotowanie.
            Perfekcyjna znajomość języka nie oznacza znajomości 100% słów w danym języku. Ani też, o dziwo, bycia specjalistą w każdej dziedzinie wiedzy. Naprawdę nie rozumiesz różnicy między znajomością języka a byciem specjalistą we wszystkich istniejących dziedzinach?
            Nie jestem w stanie uwierzyć, że ktoś, kto uczył języka nie wie, czym różni sie znajomość języka od kompetencji pozajęzykowych...
            • plater-2 pani profesor ! 02.01.14, 18:06
              Bo Ty, Verdano, jestes bardzo odporna psychicznie i bardzo wyksztalcona.
              I zawsze przygotowana na okolicznosc publicznego wystapienia.

              Ale nie wszyscy tak maja...A juz na pewno mlodziez licealna !

              Ktos kto sie uczyl sie jezyka, albo uczyl sie bardzo malo...
              Ktos kto nie ma pojecia o metodyce nauczania (w szczegolnosci jezykow) ...

              Wyobraza sobie, ze istnieje metoda, a czemu i nie nauczyciel, ktory moca swych nadnaturalnych kompetencji i supermetody, ktorej tajniki posiadl, sprawi, ze w ciagu 2,5 lat nauki w LO, pomnozyc przez konkretna niezbyt wielka ilosc godzin jezyka, dodac przecietny wklad pracy wlasnej = "perfekcyjna znajomosc jezyka obcego".

              To jest absurd. Cokolwiek chcesz osiagnac potrzeba "przysiadu", nie tylko dobre checi i inteligencja wrodzona i zdolnosci jezykowe !

              Tymczasem na korki trafiaja:
              1. uczniowie ambitni, ktorzy chca zdawac mature rozszerzona lub jakis egzamin zewnetrzny;
              2. uczniowie, ktorzy sobie bimbali;
              3. uczniowie, ktorzy maja tragiczne braki w zakresie wiedzy o jezyku, nie odrozniaja podmiotu od orzeczenia w zdaniu, a juz na pewno nie odrozniaja spojnika od przyimka;
              4. uczniowie, z ktorymi mamusie i tatusiowie do konca gimnazjum odrabiali lekcje i w zwiazku z tym kompletnie nie potrafia sie sami uczyc;
              5. uczniowie ze specyficznymi trudnosciami (niedowidza, aparat sluchowy, na wozku, dysleksja "Łaj duju kraj" itd.) i musi ich ktos poprowadzic, bo panie w poradni pedagogicznej nie znaja az tak dobrze jezyka obcego (takim dzieciom pomagam za darmo, mam nawet na scianie piekne podziekowanie od Solidarnosci Nauczycielskiej);
              6.dzieci, ktore zmienily typ szkoly i klasy lub sie przeprowadzily i "nadganiaja program";
              7. dzieci narodowosci polskiej, ktore mieszkaja za granica i w czasie wakacji biora korki z jezyka, ktorego tam sie ucza w szkole, a jest to jezyk obcy w tym kraju...

              W wiekszosci w/w przypadkow nikt nie oczekuje, zebym w ciagu kilku tygodni osiagnela "perfekcyjna znajomosc jezyka". Chodzi po prostu o efekt zwany - "wyciagniecie z jedynki" lub "podciagniecie sie"wink))




              C-
              • verdana Re: pani profesor ! 02.01.14, 19:17
                Ależ co ma znajomość języka do publicznego wystąpienia? Twierdzisz, ze ktoś, kto się peszy w czasie publicznego wystąpienia nie zna języka i dlatego nie mówi składnie? Oznaczałoby to, zę ludzie, którzy nie umieją występować publicznie słabo władają językiem polskim także prywatnie?
                Mam nadzieję, ze ludzie, podejmujący się nauki języka obcego znają go bardzo dobrze.
                Wyobrażam sobie, że nauczyciel jest dużą pomocą przy nauce języka obcego - bo naprawdę, nie bardzo rozumiem, o czym piszesz. Że nie da sie nauczyć języka nie ucząc się go? Czy , ze wszystko jedno, kto uczy, bo i tak to nie ma znaczenia? Nikt nie oczekuje, ze uczeń będzie po roku, czy dwóch znał język perfekcyjnie - oczekuję jednak, że nauczyciel go zna.
                • plater-2 Re: pani profesor ! 02.01.14, 20:26
                  Chodzi mi o to, ze mozna wziac za zwykla chwilowa nieumiejetnosc (ktos nie jest przyzwycajony, nie cwiczyl publicznych wystapien) wypowiedzenia sie w obcym jezyku za nieznajomosc jezyka i kogos skrzywdzic niewlasciwa ocena.

                  Jednak matura - zobowiazuje do jako takiej dojrzalosci, rowniez emocjonalnej. Czyli jak sie "zatnie" i nic z siebie nie wydusi - nie zda.

                  Konkretne egzaminy - konkretne wymagania. Po trochu mowienia, rozumienia, czytania, ortograficznego pisania, minimum wiedzy o cywilizacji, znajomosc leksyki i gramatyki. Nauczyciel musi wiedziec (sa specjane wydawnictwo MEN lub organow obslugujacych konkretny typ egzaminu), ile czego ma nauczyc, zeby uczen "zmiescil sie w wymaganiach" i zdal. Bo to jest aktualnym roboczym celem. Cele indywidualne konkretnego ucznia moga byc zupelnie inne. Mam ucznia, ktory po zdaniu matury (o ile zda ! big_grinDD) zamierza zaciagnac sie do Legii Cudzoziemskiej. I naprawde znajomosc literatury francuskiej do niczego nie jest mu potrzebna ! Zeszta tam przyjmuja bez matury, a wymagania jezykowe sa minimalne.

                  Sa ludzie, ktorzy znakomicie czytaja w obcym jezyku, a jak by im przyszlo to glosno przeczytac to by nie zdali na "2" ! Bo sa wlasciwie samoukami, ucza sie dla wlasnych potrzeb, a potrzeba ta jest czytanie literatury zawodowej, a nie rozmowy o tematyce 'co pani lubi jesc na sniadanie', bo im jest taka rozmowa do niczego nie potrzebna. I nie pisza sie w zwiazku z tym na zadne egzaminy !!! A przetlumacza ci kompetentnie artykul z angielskiego na temat fortyfikacji sredniowiecznych w angielskim Pikutkowie Dolnym ! Bo sie tym interesuja i znaja slownictwo i polskie fachowe odpowiedniki ! No to znaja jezyk czy nie znaja ?
                  • verdana Re: pani profesor ! 02.01.14, 20:47
                    A my tu mówimy o znajomości języka, czy o ocenianiu ludzi? Co ma do znajomości języka polskiego zdawanie pisemnej matury, na przykład z matematyki pojąć nie mogę, ale cóż.
                    Konkretne egzaminy nie musza wcale być ze znajomości języka. Wielokrotnie zdawali u mnie ludzie mówiący po polsku bardzo, bardzo słabo- jak to cudzoziemcy, ale znający dobrze materiał. Jako, ze nie egzaminuję ich z polskiego, naprawdę nie oceniałam składni. Ani ortografii. A pracy, napisanej najczystszą polszczyzną, bez cienia znajomości przedmiotu, nie ocenię nawet na 3=.
                    Co ma Legia Cudzoziemska do znajomości języka pojąć także nie jestem w stanie.
                    Osoba, która przetłumaczy tekst, a nie zna języka czynnie - nie zna go dobrze. Jest taka rubryczka "bierna znajomość języka" - ale to nie oznacza dobrej znajomości.
                    • plater-2 Re: pani profesor ! 02.01.14, 21:14
                      Ale Ty nie egzaminujesz ze znajomosci jezyka, tylko jakichs tresci, ktore za pomoca polskiego jezyka, ktos (zapewnie nieudolnie skoro to cudzoziemiec ) probuje Ci przekazac.
                      A ja pisze o egzaminach jezykowych, ktorych standarty arowno maja wady i zalety. I wyniki ich moga byc mylace, bo oceniaja w kilku kategoriach (kompetencjach), a ktos moze byc wspanialy, ale tylko w jednej. Moze to jemu wystarczy dla wlasnych potrzeb ?? Moze jest gluchoniemy (ma wtedy specjalnie przygotowany egzamin) ??? W wojsku sie za wiele nie dyskutuje, trzeba rozumiec, co do ciebie mowia. Wymagania dla kandytatow bardzo niewielkie.

                      • joa66 Re: pani profesor ! 02.01.14, 21:27
                        Ale chyba nikt nie marzy o zatrudnieniu jako NAUCZYCIELA głuchoniemego żołnierza, tylko kogoś kto wszystkie kompetencje językowe posiadł na bardzo wysokim poziomie. A to kosztuje.
                        • joa66 Re: pani profesor ! 02.01.14, 21:31
                          p.s. I od nauczyciela oczekujemy, że będzie uczył wszystkich tych kompetencji a nie zakładał, że Jaś zostanie żołnierzem to wystarczy, że będzie rozumiał ustne rozkazy, a Małgosia to typ naukowca to nauczymy ją tylko czytać....

                          ech....
                          • plater-2 CEL PAL ! 03.01.14, 09:03
                            Ten uczen, legionista inspe, zamierza zdawac mature z angielskiego w wersji podstawowej.
                            A "egzamin" z francuskiego do legii - znajdz sama link i poczytaj, o ile znasz francuski... Wymagania niewielkie....

                            Jego celem nie jest NAUCZYC SIE FRANCUSKIEGO tylko DOSTAC SIE do tej formacji.

                            Nie wiadomo jednak, czy przyszly legionista zda mature, duzo czasu poswieca na sport ekstremalny...
                            Podobno tam o mature nie pytaja. Kazdy przeiez wie wie, ze "nie matura a cheć szczera, zrobi z ciebie oficera" . ;D
            • nowabiala1 Re: mit ! 04.01.14, 17:25
              A na MO przesluchiwali cie kiedys ????????
    • mid.week Re: Pieniądze a edukacja 02.01.14, 15:01
      Gdyby biedni nie decydowali się na dzieci, to kto by pracował przy taśmie w LG, aby dzieci bogatszych mogły ogladać edukacyjne filmy na 60`` plazmach?
    • burina Re: Pieniądze a edukacja 02.01.14, 15:05
      Wagę przykładano to razwink

      A dwa to to, że nie wiem, na ile to jest możliwe teraz: kiedyś w tv były programy kulturalne, nawet filmy się inaczej oglądało, gdy były poprzedzone pogadanką Kałużyńskiego czy nawet wywiadem Torbickiej.
      • joa66 Re: Pieniądze a edukacja 02.01.14, 15:07
        kiedyś w tv były programy kulturalne,

        teraz też są, tylko nie na wszytskich kanałach.
        • burina Re: Pieniądze a edukacja 02.01.14, 20:13
          A możesz podać tytuły? Nie mam dostępu do polskiej tv, ale pojedyncze tytuły może w internetach da się znaleźć...
    • 1rudyrydz Re: Pieniądze a edukacja 02.01.14, 15:07
      Jednak pieniadze sa wazne, daja o wiele, wiele szersze mozliwosci rozwoju. Jednak dzieki nim mlodzi ludzie moga wyjechac np na rok na erasmusa do swojego wymarzonego kraju, ucza sie zywego jezyka, moga zobaczyc jak wyglda tam zycie i w przyszlosci zdecydowac sie aby tam pozostac. Niby zwroty kosztow sa ale niewielkie w porownaniu z tym co dokladaja rodzice. Dzieki dobrej sytuacji finansowej dziecko moze pozwolic sobie na studia np do 26roku zycia- przykladowo medycyna. Moze pozwolic sobie na bezplatne wolontariaty na calym swiecie- poznajac kulture, jezyki, zdobywajac doswiadczenie do CV. Jednak dzieci z lepiej sytuowanych rodzin w pracy sa pewniejsze siebie, bo jesli cos pojdzie nie tak to trudno, beda szukac nowej pracy, a te ze skromniejszych mimo wszystko zestresowane bo musza ta prace utrzymac. Jasne, ze moze sie poszczescic komus z ubogiej rodziny. Wiele zalezy od szczescia, od zaparcia. Jednak nie ma co sie oszukiwac. Pieniadze daja szeroki wachlarz mozliwosci i niestety bogactwo rodzi bogactwo, a bieda biede cos w tym jest. Ja jestem akuart takim przykladem, ze dzieki pracy zdobylam dobry zawod i stabilna prace. Cieszę się jednak, że moje dziecko będzie miało o wiele łatwiej w życiu.
    • antychreza Re: Pieniądze a edukacja 02.01.14, 15:10
      Widzę związek w takim sensie, że jeśli dziecko jest tak sobie zdolne, to kasa wpakowaną w dodatkowe lekcje można częściowo nadrobić te braki. Natomiast jeśli dziecko jest zdolne, to wystarczy dawać odpowiednie bodźce (choćby prowadząc do biblioteki), pokazywać wartość wiedzy i będzie dobrze. Obycie z kulturą też nie wymaga niewiadomo jakich środków, raczej chęci.
      Widzę też różnice w poziomie nauki języków, konkretnie miedzy mną a połówkiem. Moi rodzice wydali trochę kasy na prywatną naukę angielskiego od wczesnej podstawówki. Nie miałam szansy nauczyć się w szkole, szłam programem, który w podstawówce przewidywał 1 język obcy od 5 klasy i był to niemiecki z byłą rusycystką... Natomiast w liceum celowo wybrałam klasę z rozszerzonym niemieckim - wiedziałam, że poziom będzie bardzo wysoki i w 3 lata skoczyłam z poziomu "Ich bin Kartoffel" na poziom c1.
      Rodzice połówka zlali sprawę i uznali, że wystarczy nauka w szkole. Ponieważ połówek ma mizerne zdolność językowe to niestety ze znajomością języków jest tak sobie.
      • verdana Re: Pieniądze a edukacja 02.01.14, 15:14
        Nawet wyjątkowo zdolne dziecko może mieć problemy z jakimś przedmiotem, słabego nauczyciela w szkole - a pewnych rzeczy - języków i matematyki nauczyć się perfekcyjnie, czy nawet bardzo dobrze bez wsparcia jest niezwykle trudno. Można, ale to wyjątkowe wypadki.
        Poza tym dziecko zamożniejszych rodziców ma zwyczajnie wybór - nie musi wybierać wyłącznie z tego, co jest darmowe.
        Nie wspomnę już o tym, co jakoś umknęło uwadze - ze naprawdę biednej rodziny nie stać na to, aby dziecko uczyło sie sztuka dla sztuki. Powinno jak najszybciej zakończyć edukację i zacząć zarabiać.
        • totorotot Re: Pieniądze a edukacja 03.01.14, 00:18
          pewnych rzeczy - języków i
          matematyki nauczyć się per
          > fekcyjnie, czy nawet bardzo
          dobrze bez wsparcia jest
          niezwykle trudno.


          smile))))))
          Verdano, jesteś w "mylnym" błędzie smile humanistycznym smile
          Matematyki bez problemu można się nauczyć samodzielnie i to perfekcyjnie pod warunkiem, że nikt nas nie poinformuje, że:

          > fekcyjnie, czy nawet bardzo
          dobrze bez wsparcia jest
          niezwykle trudno.

          smile
          Sama możesz spróbować nawet dla relaksu jakichś łamigłówek logicznych smile
          • verdana Re: Pieniądze a edukacja 03.01.14, 10:25
            Nie, ja akurat byłam doskonałą matematyczką- w szkole. Laureatką olimpiady matematycznej.
            I nadal twierdzę, ze nauczenie się matematyki samodzielnie, bez wsparcia dobrego nauczyciela jest niezwykle trudne.
      • joa66 Re: Pieniądze a edukacja 02.01.14, 15:15
        Obycie z kulturą też nie wymaga niewiadomo jakich środków, raczej chęci.

        To należałoby zacząć od definicji biedy i dobrobytu. Dla mnie faktycznie środki wydawane na podobne rzeczy nie są "niewiadomojakie" ale ja siebie nie uważam za biedną.
        • verdana Re: Pieniądze a edukacja 02.01.14, 15:23
          Obycie z kulturą wymaga znajomości, choćby pobieżnej, tejże kultury i pewnych aspiracji. Innymi słowy, ci bardzo biedni rodzice musieliby wiedzieć, co dziecku doradzić. Bywa. Dziadkowie mojego męża - on woźnica, ona analfabetka do 30 roku życia wykształcili troje dzieci, wszystkie skończyły studia. No, ale oni oszczędzali np, aby opłacić gimnazjum, czyli jednak sporo na to wydali. O utrzymywaniu dzieci nie wspomnę, choć jak teść zaczął drugi kierunek, to podobno nieco się wścieklismile
          Tylko to nie jest takie proste, bo kiedyś sporo bardzo inteligentnych ludzi nie miało żadnego wykształcenia - teraz jednak to trochę inne czasy i ci bardzo biedni najczęściej też niespecjalnie mają aspiracje... Sporo koleżanek mojej córki musiało iść do pracy, rezygnując ze studiów, bo rodzice nie mogli (i nie chcieli) ich utrzymywać.
          • ghrtth Re: Pieniądze a edukacja 02.01.14, 16:26
            > Obycie z kulturą wymaga znajomości, choćby pobieżnej, tejże kultury i pewnych a
            > spiracji. Innymi słowy, ci bardzo biedni rodzice musieliby wiedzieć, co dziecku
            > doradzić.
            (...)
            teraz jednak to trochę inne czasy i ci bardzo bi
            > edni najczęściej też niespecjalnie mają aspiracje...

            W opisywanych przeze mnie przypadkach rodzice byli doskonale zaznajomieni z kulturą. Inteligentni, oczytani i elokwentni ludzie (zresztą większość po studiach), którzy kompletnie nie poradzili sobie na rynku pracy, załamali się w trudnym okresie a później przyzwyczaili się do takiego życia i nie widzieli szans na polepszenie sytuacji, chociaż może tak naprawdę je mieli. Coś w rodzaju intelektualisty oderwanego od rzeczywistości, z szeroką wiedzą, ale bez wielu życiowych umiejętności?

            Sporo koleżanek mojej córk
            > i musiało iść do pracy, rezygnując ze studiów, bo rodzice nie mogli (i nie chci
            > eli) ich utrzymywać
            W tych rodzinach nie było jakiejś szczególnej chęci zmiany sytuacji. Żyło się tak, jak się żyło i nikt nie myślał o rewolucji. WIadomo było, że dzieci pójdą na studia dzienne i jeszcze przez parę lat będzie tak, jak do tej pory. No, trochę lepiej, bo oprócz stypendium socjalnego pojawiły się także naukowe i szansa dorobienia dzieci większa.
            • ghrtth Re: Pieniądze a edukacja 02.01.14, 16:38
              *dorobienia przez dzieci big_grin
          • antychreza Re: Pieniądze a edukacja 02.01.14, 16:58
            > Tylko to nie jest takie proste, bo kiedyś sporo bardzo inteligentnych ludzi nie
            > miało żadnego wykształcenia - teraz jednak to trochę inne czasy i ci bardzo bi
            > edni najczęściej też niespecjalnie mają aspiracje... Sporo koleżanek mojej córk
            > i musiało iść do pracy, rezygnując ze studiów, bo rodzice nie mogli (i nie chci
            > eli) ich utrzymywać.

            Kiedy denerwowałam się najpierw przed wynikami egzaminów na studia, mama pocieszała mniej więcej tak "nie martw się dziecko, sprzedamy meble po dziadku, to starczy i na nową meblościankę i na studia zaoczne dla ciebie, w ostateczności mogę też dawać korepetycje". Nie musieliby sprzedawać, poszłabym na kasę do Tesco żeby zarobić.
            Mama jest córką krawcowej, która owdowiała młodo i harowała po kilkanaście godzin na dobę żeby jej córka nie musiała iść do pracy po maturze. Jej kuzynki miały zdecydowanie lepsze warunki bytowe, ledwo pokończyły szkoły średnie.
            Więcej zależy od motywacji i dziecka i rodziców.
        • antychreza Re: Pieniądze a edukacja 02.01.14, 16:45
          Faktycznie należałoby zdefiniować biedę - pisząc miałam na myśli raczej niezamożne osoby z wyższym wykształceniem z blokowisk w większych/średnich miastach, czyli takie jak moi rodzice za czasów kiedy się edukowałam. Faktem jest, że ponieważ mieszkam w dużym mieście, miałam do dyspozycji dobrą ofertę zajęć darmowych albo za symboliczne pieniądze (np. 4 lata chodziłam na dotowany angielski w domu kultury za 10 czy 20 zł za semestr, potem przeniosłam się do "prawdziwej" szkoły językowej, bo chciałam zdawać FCE). Podobnie, nie stać nas było na zakup nowych książek czy wyjścia do kina w normalnej cenie, więc korzystałam z bibliotek i antykwariatów i tanich przeglądów filmów albo czekałam aż film pojawi się w telewizji, sztukę poznawałam w dużej części z albumów. Ale miałam rodziców, którym zależało na moim wykształceniu. W mojej klasie w podstawówce było kilka bardzo zdolnych osób, których rodzice nie zaszczepili im przekonania o ważności wykształcenia. Te osoby się zmarnowały.
          Z drugiej strony znam osoby, które studiowały dlatego, że udało się dostać kredyt studencki + dorabiały sobie + żyły na bardzo skromnym poziomie, bo w domu poza nimi była jeszcze 3 dzieci i rodzice zwyczajnie nie mieli skąd dać na życie.
      • aankaa Re: Pieniądze a edukacja 02.01.14, 15:19
        Ponieważ połówek ma mizerne zdolność językowe to niestety ze znajomością języków jest tak
        sobie.


        gdyby ekstra dopłacał za lekcje to przy mizernych zdolnościach też niewiele by umiał
        a do pracy jest mu w ogóle potrzebny język obcy ?
        • antychreza Re: Pieniądze a edukacja 02.01.14, 15:31
          Zdziwiłabyś się, moja germanistka z liceum matołów językowych wyciągała na średni poziom. Ale ona umiała zmusić do pracy i była w Krakowie znana z tego, że nauczy każdego, więc klasa, która prowadziła była jedną z najbardziej obleganych przy zapisach do liceum.
    • lily-evans01 Re: Pieniądze a edukacja 02.01.14, 15:19
      Z jednej strony, sama jestem takim dzieckiem, które nie miało miliona bajerów i zajęć dodatkowych, było nauczone korzystania z biblioteki, a wyjeżdżać więcej, w tym za granicę, zaczęłam dopiero jako dorosła - studentka, potem pracując jako pilotka wycieczek. I nie przeszkodziło mi to bardzo dobrze się uczyć, skończyć 2 kierunki studiów, nie czuć się edukacyjnie "wydziedziczoną".
      Z minusów - bogatsze dzieci uprawiały różne sporty, a ja jestem noga w tym i czasem trochę zazdroszczę (ale sprzęt i zajęcia kosztowały). No i moi zamożni znajomi mieli szybko prawi jazdy i nie mają problemów z prowadzeniem auta, a ja samochodem jechałam może ze 2-3 razy na miesiąc, z dziadkiem, z jakiejś tam okazji.
      Na dzień dzisiejszy w szkole muzycznej u córki widzę sporo dzieci z niezamożnych rodzin, rada rodziców niejednych już zwolniła z opłaty albo dofinansowała instrument/wyjazd na konkurs dla bardzo dobrego ucznia. Czyli, że można się uczyć i mieć hobby nie dysponując specjalnie pieniędzmi na to.
      Z drugiej strony - moje dziecko przez prawie dwa lata było w jednej z najdroższych szkół w moim mieście, ludzie mieli letnie rezydencje, po dwa bardzo dobre auta, każdy dłuższy weekend oznaczał powód do wyjazdu w Dolomity, na plażę do Hiszpanii itp. itd. Dzieci miały przewagę tego typu: od małego chodziły na przeróżne zajęcia sportowe, jeździły na nartach, trenowały capoeirę, szermierkę, jeździły konno, grały w tenisa. Córka była w klasie I, a część dzieci już jeździła na różne zawody, z sukcesami. I miały spore poczucie własnej wartości wink.
      Szkoła była nastawiona na wyniki i wymagająca, z dużą ilością zadań domowych, więc i dzieci miały też edukacyjnie wyselekcjonowane warunki. Cała klasa ogólnie miała wysoki poziom.
      Nie wiem jednak, co będzie się działo za kilka, kilkanaście lat i czy uprawianie snobistycznego sportu oraz podstawówka, gdzie się "ciśnie" uczniów, przełożą się np. na szerokie horyzonty, ciekawość świata, łatwość uczenia się czy wreszcie na bardzo dobre wyniki z matury i w konsekwencji pójście na dobrą uczelnię.
    • pani_wolanska Re: Pieniądze a edukacja 02.01.14, 15:22
      Tymczasem dzieci z bogatych domów miały to wszystko bez zbędnych wysiłków i kombinowania, bo zamiast chodzić po znajomych na angielski szły na kurs, zamiast do biblioteki - do księgarni, a gdy się nie dostawały na dzienne studia (a zwykle się dostawały, bo chodziły na korepetycje) to nie zmieniały planów tylko i tak szły na ten kierunek co chciały i tam gdzie chciały - tylko zaocznie. A po studiach mogły pozwolić sobie ot tak na różne kursy i szkolenia, na które ci biedniejsi musieli oszczędzać np. cały rok.
      Z biedy da się wyjść, tylko trzeba być pracowitym i zdeterminowanym, jak się jest bogatym to nie zawsze trzeba być zdeterminowanym - pieniądze bardzo ułatwiają życie, w kontekście edukacji także.
      • kietka Re: Pieniądze a edukacja 02.01.14, 15:28
        wszystko zalezy od checi dzieciecia i od rodzicow, pienadze sa jeszcze w Pl drugorzedne.

        ja jezyków uczylam sie sama+szkola, znam dwa obce biegle plus kolejne dwa na poziomie komunikatywnym. skonczylam kilka fakultetow, a szczegolnie zdolna, ani pracowita nie jestem. to na prawde nie jest trudne, jak sie chce.
        • kietka Re: Pieniądze a edukacja 02.01.14, 15:29
          ps nie pochodze z bogatego domu
        • burina Re: Pieniądze a edukacja 03.01.14, 10:36
          > ja jezyków uczylam sie sama+szkola, znam dwa obce biegle plus kolejne dwa na po
          > ziomie komunikatywnym.

          > to na prawde nie jest trudne,

          Zawsze się zastanawiam, jak wygląda to 'biegle'.
      • aankaa Re: Pieniądze a edukacja 02.01.14, 15:37
        pani_wolanska - żeby dobrze zdać maturę i dostać się na wymarzony - dzienny - kierunek wcale nie trzeba brać korepetycji, wystarczy usiąść na 4 i się uczyć
      • dantonka Re: Pieniądze a edukacja 06.02.14, 19:12
        Bogatemu na pewno trudniej nie jest.
    • naplaze Re: Pieniądze a edukacja 02.01.14, 15:24
      Języków nauczyły się w szkole

      Trzeba mieć szczęście i trafić na dobrych nauczycieli - i to na każdym poziomie edukacji (kiepski nauczyciel w gimnazjum - i w pierwszej LO są problemy, bo takie dziecko odstaje poziomem od klasy, jeśli rodzice nie maja pieniędzy na korki - trudno mu będzie nadgonić; jeśli - jako dobry uczeń trafi do tzw. dobrego LO - zetknie się z młodzieżą, która od przedszkola miała zajęcia z native speakerem i jest na poziomie dużo wyższym, niż szkolny - znów problem, bo odstaje).

      grania na instrumentach i zamiłowania do muzyki w szkole muzycznej

      Trzeba mieć instrument. Fortepian - ok, można ćwiczyć w szkole (jeśli się ma blisko, jeśli nie - siedzi się poza domem od ósmej do ósmej, bo szkoła, potem szkoła muzyczna i jeszcze ćwiczenia).
      Jeśli chodzi o drugi instrument - tak, można za kilkaset złotych rocznie wynająć od szkoły flet czy skrzypce, ale te instrumenty najczęściej są w fatalnym stanie, a to naprawdę frustrujące dla uczącej się osoby walczyć z niesprawnym instrumentem.

      Ogólnie uczestniczyły w wielu bezpłatnych wydarzeniach kulturalnych, koncertach, warsztatach, zajęciach.

      Trzeba mieszkać w jednym z największych miast, bo tylko tam bezpłatna oferta kulturalna jest na poziomie.
      • plater-2 Re: Pieniądze a edukacja 02.01.14, 15:55
        Mysmy mieli pianino, wlasciwie kupione niepotrzebnie, bo jak pisalam mieszkamy naprzeciwko i LO i MDk, gdzie funkcjonuje szkola muzyczna I stopnia. Szkola powstala (wyklula sie) z ogniska muzycznego w 1990 i dostala spora kase na remont budynku, ktory opuscila dzielna Armia Czerwona oraz na zakup potrzebnych instrumentow. Kupiono nowe czyli w idealnym stanie.
    • hellulah Re: Pieniądze a edukacja 02.01.14, 15:40
      > Mam w otoczeniu młode osoby z naprawdę biednych rodzin, w których mimo to bardz
      > o dużą uwagę przykładano do edukacji, kultury i wykształcenia.

      O, mówisz o dzieciach młodszej i średniej kadry naukowej polskich wyższych uczelni i instytutów? Tak, też znam adiunktów z dwójką, trójką a nawet czwórką dzieci.
      • lily-evans01 Re: Pieniądze a edukacja 02.01.14, 15:52
        Moja matka nie jest pracownikiem naukowym, studia zaoczne skończyła, kiedy ja miałam 16 lat. Ale jedno muszę jej przyznać, choć niejedno mam do zarzucenia w innych kwestiach - dała mi zamiłowanie do uczenia się, zdobywania wiedzy, miłość do książek i przekonanie, że intelektualnie MOGĘ WSZYSTKO, nawet jeśli chodzę w starych butach. Akurat na tematy typowo kulturalne czy literackie można z nią ciekawiej porozmawiać niż z niejednym adiunktem (ostatecznie jest polonistką, miała przez lata marzenie o studiach wyższych i poszła na nie, kiedy nadszedł dogodny moment w życiu wink ).
        • hellulah Re: Pieniądze a edukacja 02.01.14, 16:18
          Oj lily nie chciałam, żeby to zabrzmiało jakoś tak krytycznie w odniesieniu do twojej historii czy coś, po prostu siła skojarzeń.

          Żeby w ubogiej (co to btw znaczy?) rodzinie dzieci mogły zdobyć wykształcenie i mieć parcie na samorozwój, potrzebny jest kapitał kulturowy. Można nie mieć kapitału finansowego, ale przynajmniej ten kulturowy musi być (albo silna potrzeba, aby go budować).

          Kadra naukowa (podobnie zresztą nauczyciele) ma w naszym miłym kraju spory kapitał kulturowy (co nie znaczy, że inni nie mogą go mieć, bo mogą, oczywiście - vide przykład twojej mamy) oraz mizerne zarobki (które może zwiększać, ale nie bez ograniczeń, nie w każdej dziedzinie itd. - a jeśli w rodzinie są dzieci, to dorabiać trudniej). Przy np. czwórce czy trójce dzieci oznacza to konieczność korzystania z darmowej edukacji i darmowych atrakcji oraz jednocześnie niezłe umiejętności w tej sferze (jak, gdzie znaleźć gratisowe kursy, wsparcie itp.). Wtedy tak, sukces edukacyjny jest możliwy. Podaję jako przykład. Dla ludzi zarówno niezamożnych/biednych jak i pozbawionych kapitału kulturowego, wykluczonych społecznie, wykluczonych cyfrowo - to bardzo, bardzo, bardzo trudne, obecnie chyba graniczące z niemożliwością.
          • lily-evans01 Re: Pieniądze a edukacja 02.01.14, 16:26
            No właśnie, zastanawiam się, jak to jest, że te dwadzieścia parę lat temu niezamożne rodziny miały ten kapitał kulturowy, bo najlepszymi uczniami w mojej podstawówce czy nawet w LO wcale nie były dzieci rodziców kasiastych.
            Z kolei w obecnej klasie w szkole prywatnej mamy teraz takiego "kwiatka" - mamę, która jest bardzo zamożna i kupuje córce WSZYSTKO w mgnieniu oka plus dziecko ma w pokoju własny telewizor i tablet. Mama potrafi na zebraniu prychnąć, że książki to żaden prezent na Mikołajki dla klasy. Na szczęście jest tylko jeden taki egzemplarz wink. Ale nie sądzę, żeby jej córka miała jakieś szczególnie zaawansowane szanse edukacyjne tylko z tego tytułu, że pani np. jest dużo zamożniejsza ode mnie czy innej przeciętnie żyjącej matki. Bo pani nie widzi potrzeby tworzenia tych szans.
            • joa66 Re: Pieniądze a edukacja 02.01.14, 18:01
              Ale często rodzice chcą i mogą dać dzieciom więcej niż bycie "najlepszym uczniem w klasie" , wg standardów sprzed 20 lat też.

              A co do książek. Rozumiem, że nie mówimy o jednak specyficznych sytuacjach, że księgozbiór był uzupełniany przez lata, w których książki były tanie i w dodatku była to rodzina jedynaka, który wziął "wszystko". Mówimy o tym co się dzieje teraz.
              • lily-evans01 Re: Pieniądze a edukacja 02.01.14, 18:58
                No właśnie, teraz ceny książek to nierzadko horror - i myślę tu o nowościach, które warto poznać, żeby o nich pogadać, a na pewno nie się warte tego, żeby latami trzymać je na półkach. To, że albumy i przewodniki na super papierze kosztują spore pieniądze nie dziwi mnie i nie wywołuje sprzeciwu. Ale np. książki George'a R.R. Martina w miękkiej, rozwalającej się oprawie po 45-55 zł to przegięcie. Na szczęście są biblioteki wink. I z drugiej strony, śmiem twierdzić, że kapitał kulturowy się dziedziczy w pewnym sensie - czyli obecni młodzi rodzice też lubią książki, cenią wiedzę i wzięli z domu rodzinnego jakąś część tego księgozbioru.
                Co do bycia najlepszym czy dobrym uczniem jakieś dwadzieścia lat temu - czy wtedy, czy teraz najlepiej radzą sobie uczniowie, którzy umieją szybko przetwarzać, analizować, zapamiętywać i klasyfikować jakiekolwiek informacje, dane itp. Jeśli chodzi o rozwój możliwości umysłowych, tego typu predyspozycje kształtują się już we wczesnym dzieciństwie. A dla rozwoju człowiekowi potrzebne są owszem, różne bodźce, ale niekoniecznie to muszą być super drogie zabawki edukacyjne z plastiku, grające, świecące i gadające. Czasami dziecko jest wręcz przestymulowane takimi gadżetami i może lepiej mu pozwolić przesypywać ziarna fasoli i soczewicy ze słoika do słoika. Co jest o wiele mniej hałaśliwe i mniej kosztowne wink. Moja córka miała drogie zabawki rozwojowe, maty edukacyjne itp. cudeńka, a i tak potrzebowała terapii integracją sensoryczną, gdzie bawiła się z panią pedagog m.in. skacząc po materacach i chodząc boso bo woreczkach z kaszą wink.
                Z własnych obserwacji - bystremu, zdolnemu dziecku zwykła, nawet słaba szkoła nie zaszkodzi. Mamy w SM parę dziewczynek z niespecjalnie zamożnych rodzin, chodzących do zwykłych klasw bardzo przeciętnych szkołach i stykających się też z "elementem". Ale te matki, których nie stać może na edukacyjny wyjazd za granicę czy na tablet dla 7-latki, stać przynajmniej na papier kolorowy, klej, nożyczki itp. Dziewczyny dobrze sobie radzą w szkołach, mają sprawnie rozwinięte umiejętności typowo szkolne, są komunikatywne, inteligentne, no i dobrze też sobie radzą na zajęciach muzycznych.
                Myślę, że wysiłek, pomysły i inwencja rodzica zawsze są potrzebne, niezależnie od stanu konta. Ja np. byłam ambitną uczennicą i studentką m.in. dlatego, że moja matka miała ambicje, zmieniła zawód i bardzo radykalnie całą swoją ścieżkę zawodową dobrze po trzydziestce, poszła na studia zaoczne, widziałam, jak się uczy i jak wiele jej to sprawia radości i przyjemności.
                • joa66 Re: Pieniądze a edukacja 02.01.14, 19:06
                  lily, ale nikt nie twierdzi, że bez wakacji w Paryżu, nauki 10 języków obcych i prywatnej edukacji wyrosną nam nieobyte i niewykształcone buraki. To nie jest tak, że te dzieci są na starcie przegrane, zwłaszcza jeżeli mają zaangażowanych rodziców.

                  BTW- czy terapia SI była bezpłatna? No właśnie....
                  • lily-evans01 Re: Pieniądze a edukacja 02.01.14, 19:59
                    Nie była, ale nie przedłużałam jej bardziej niż było to konieczne. Oprócz terapii dostałam całą, 3-stronicową listę zaleceń i aktywności do domu. Jakbym była przyciśnięta potrzebą, to bym tę terapię skróciła, a sporą część robiła w warunkach domowych.
                    • joa66 Re: Pieniądze a edukacja 02.01.14, 20:04
                      Moje dziecko też miało kilka spotkań z terapeutą SI i wskazówki do domu.
                      Jest to co prawda bardziej medyczne zagadnienie , ale też wpływa na naukę i edukację.

                      Nie sądzę, żebyśmy prowadzili dyskusję o niezbędności nauki tańca mongolskiego - tylko o właśnie takich bardziej "przyziemnych" kosztach. Można oczywiście ponarzekać, ze kiedys było taniej. No było, tylko jakie to ma znaczenie dla naszych dzieci? Teraz?
      • ghrtth Re: Pieniądze a edukacja 02.01.14, 16:44
        > O, mówisz o dzieciach młodszej i średniej kadry naukowej polskich wyższych ucze
        > lni i instytutów? Tak, też znam adiunktów z dwójką, trójką a nawet czwórką dzie
        > ci.

        Nie, ale myślę, że sytuacja może być pod pewnymi względami podobna.
    • gryzelda71 Re: Pieniądze a edukacja 02.01.14, 15:41
      A ja takich nie znam niestety.
      • bi_scotti Re: Pieniądze a edukacja 02.01.14, 16:24
        Pieniadze szczescia nie daja byc moze lecz kufereczek stoweczek daj boze ...

        Pewnie, ze sie da wychowac kulturalnego, wyksztalconego czlowieka przy minimalnych nakladach gotowkowych, szczegolnie w kraju, w ktorym edukacja publiczna, biblioteki, muzea, galerie, kluby oswiatowe czy sportowe etc. etc. sa za darmo lub za pol darmo (czyt: oplacane przez podatnika). I dobrze jest z takich opcji korzystac, i uczyc dzieci korzystania. Ale nie ma sie co czarowac: jak sie ma extra finanse na np. fajny oboz sportowy czy na dodatkowe zajecia z malowania akwarelami to mozna tym dzieciom dac wiecej. A wiekszosc rodzicow chce dac wiecej, bo inaczej to po co miec dzieci? I wiecej to nie tylko cieple slowka, czulosc, czas i zrozumienie. To rowniez to "paskudne materialne wiecej" przekladalne na konkretne skills (chocby te jezyki), na konkretne doswiadczenia (np. wyjazdy), ktore naprawde wzbogacaja i czynia czlowieka lepiej przygotowanym to zycia w dzisiejszym swiecie. Lepiej forse miec niz nie miec, szczegolnie jak sie ma dzieci - banalne, eh tongue_out
        • lily-evans01 Re: Pieniądze a edukacja 02.01.14, 16:31
          Zgadza się. Warto jednak wiedzieć, że nawet nie mając środków można osiągnąć podobne rezultaty, tylko droga do nich będzie nieco dłuższa, być może nieco trudniejsza.
          W tej chwili jednak wiele darmowych rzeczy zapewnia posiadanie komputera i dostępu do internetu, nie oszukujmy się, sporo ludzi ściąga bezpłatnie książki i filmy z chomików itp., a ja sama z przyjemnością odpalam kurs japońskiego na YT, moja córka ma takie marzenie, żeby dogadać się ze swoimi Japończykami w klasie w ich rodzimym języku, pewnie kiedyś to jej się uda wink.
          Jak to mówią, z pustego i Salomon nie naleje, jednak zawsze lepiej coś robić niż załamywać ręce.
          • gazeta_mi_placi Re: Pieniądze a edukacja 02.01.14, 18:45
            Pod warunkiem, że jest się nieco powyżej średniej uzdolnionym.
            Przeciętniak dodatkowo mający problem z niektórymi przedmiotami bez korepetycji może mieć poważniejszy problem.
            • lily-evans01 Re: Pieniądze a edukacja 02.01.14, 19:04
              A to już jest rola rodziców, żeby czuwać nad tym przeciętniakiem.
              Moje dziecko miało takie i siakie kłopoty neurologiczne.
              Na chwilę obecną w każdej sferze szkolnej radzi sobie dobrze i bardzo dobrze, gra na akordeonie, śpiewa, rozwija się. Dla jej potrzeb sama dostosowałam pierdylion ćwiczeń dla dzieci z nieprawidłową lateralizacją, rozwijających słuch fonematyczny itp. Skok rozwojowy był ogromny. Śmiem twierdzić, że zrobiłam o wiele więcej niż fachowiec - nauczycielka w szkole, w której płaciłam duże czesne za "gwarancję" wyników. I wiesz co jest najważniejsze? Że obecnie lubi szkołę, lubi się uczyć, lubi odrabiać zadania.
              To naprawdę nie jest tak, że za wszystko zapłacimy fachowcom, a oni nam naprostują dzieci.
              • joa66 Re: Pieniądze a edukacja 02.01.14, 19:07
                To naprawdę nie jest tak, że za wszystko zapłacimy fachowcom, a oni nam naprostują dzieci.

                ale tego nikt nie kwestionujesmile
      • myelegans Re: Pieniądze a edukacja 02.01.14, 16:26
        Znam. Ja jestem produktem rodziny niewyksztalconej: tata srednie wyksztalcenie, mama podstawowe, wychowalam sie z 50tys miasteczku galicyjskim z jedym LO, jednym domem kultury, jedna biblioteka. Rodzina finansowo OK, biedy nie bylo, ale rodzice nie inwestowali w nasza edukacje poza obowiazkowa szkolna, zadnych prywatnych dodatkowych zajec platnych, ani wyjazdow (poza dofinansowanymi koloniami zakladowymi), ani sportow nie uprawialam poza lyzwami, czesto na zamarznietym stawie, i rowerze, ktory sluzyl za srodek transportu i plywaniu tez najczesciej w stawie. Korzystalam z biblioteki, za granice wyjechalam po raz pierwszy jako studentka, na Slowacje smile Bylam mistrzynia w wybieraniu wszystkiego co bylo albo za darmo, albo silnie finansowane, np z uczelni, albo w naszym MDK. Tak nauczylam sie jezdzic na nartach, zdobylam patent zeglarski, juz na studiach, bo pracowalam od 1 roku na wlasne hobby.

        Przewinac kilka lat do przodu, zrobilam doktorat na dobrej uczelni amerykanskiej, wykladalam tez na uczenlni przez wiele lat i jezyk ang. mam na poziomie native speaker (pisany, bo mowiony kazdy po akcencie pozna wink ). A do kraju angielskojezycznego wyjechalam po raz pierwszy wlasnie na studia doktoranckie, ale mialam zrobiony FCE i Proficiency i zdalam egzamin jezykowy w Polsce na uczelnie amerykanska.
    • mamma_2012 Re: Pieniądze a edukacja 02.01.14, 16:33
      Tak naprawdę takie historie to wyjątki potwierdzające regułę. Jeśli w biednej, ale niepatologicznej rodzinie przyjdzie na świat zdolne dziecko, które jeszcze będzie miało ciut szczęścia w przydziale nauczycieli, to bez większych problemów uda mu się zdobyć dobre wykształcenie, które ewentualnie ułatwi sukces zawodowy.
      Zresztą teraz jest tyle stypendiów i programów pomocowych, że każde dziecko, które jest choćby trochę powyżej przeciętnej i ma jakieś zainteresowania i obrotnych rodziców może zdobyć sporo pieniędzy "na edukację"

      Mam koleżankę, której nagle spadły udokumentowane dochody, dzieciaki zdolne, ale bez jakiś spektakularnych sukcesów (w sensie olimpiady, poważne konkursy). Jak się zakręciła to dostała dofinansowanie na mnóstwo zajęć dodatkowych plus trochę comiesięcznej "gotówki" na zachcianki dzieciaków.

      Niestety prawda jest taka, że wcale nie ma wielu wykształconych, inteligenckich rodzin w których jeszcze rodzą się bystre dzieciaki, więc takie historie z happy endem to rzadkość.
      • iwoniaw No ale właśnie w tym jest problem 02.01.14, 17:14
        gdy rodzina jest naprawdę niezamożna, to dziecko wybitnie zdolne, przy rodzicach z kapitałem kulturowym i po wielu staraniach ma ciągle takie same albo mniejsze szanse niż dziecko średnio zdolne i średnio pracowite, którego rodzice mają pieniądze i choć trochę im zależy.
        Jeśli porównamy dzieci o zbliżonych zdolnościach i jednakowym zaangażowaniu rodziców, z których jedni mają pieniądze, a drudzy nie - to sprawa jest oczywista. Pieniądze zmieniają tu BARDZO wiele.
        • joa66 Re: No ale właśnie w tym jest problem 02.01.14, 17:55
          Jeśli porównamy dzieci o zbliżonych zdolnościach i jednakowym zaangażowaniu rod
          > ziców, z których jedni mają pieniądze, a drudzy nie - to sprawa jest oczywista.


          No własnie - tylko takie porównania mają sens.
          • plater-2 Re: No ale właśnie w tym jest problem 02.01.14, 18:17
            Wystarczajaco dlugo ucze, zeby podac ze dwadziescia nazwisk osobiscie znanych mi uczniow z bardzo zamoznych i zamoznych domow, ktorych posylano od dziecka na niemiecki i angielski.... ( i bardzo dobrze !). Ucznioiwe ci niczego szczegolnego, w sensie zaslug dla kultury swiatowej, nie osiagneli. Niektorzy pokonczyli studia typu"turystyka i rekreacja" i pracuja w hotelu tatusia, inni przejeli sklep albo restauracje rodzicow.
            A dzieci znanych mi nauczycieli i skromnych prowincjonalnych lekarzy, ktorzy tamtym finansowo do pasa nie siegali - staly sie prowincjonalnymi nauczycielami i lekarzami, pracuja naukowo w niedalekim miescie wojewodzkim...

            • joa66 Re: No ale właśnie w tym jest problem 02.01.14, 18:33
              plater, chwila, Ty chcesz rozmawiać o osiągnięciach dla kultury światowej? smile

              Poza tym - nie o to chodzi - chodzi o porównywalność grup, o których mówimy. Rozumiem, że dzieci z zamożnych domów TAK SAMO zdolne jak te z niezamożnych i z rodzicami TAK SAMO zaangażowanymi osiągnęły za czasów szkolnych to samo?

              p.s. o co chodziło z tym "wysyłaniem na schoolholyday(s)" ?
              • plater-2 nie chodzi o holidayinn ! 02.01.14, 19:25
                Tak sie nazywa czasem pracowite wakacje spedzone za granica na nauce jezyka. Moim zdaniem wyjazd taki ma sens wtedy, gdy chodzi o "doszlifowanie ". Nie warto wydawac pieniedzy na kursy dla poczatkujacych.

                Ceny za lekcje jezyka na kursach w naszym miescie w grupach okolo 20 osob ksztaltuja sie ok. 15 zl za jedna lekcje. W grupie konwersacyjnej wiecej. Nauka indywidualna czy w 2-3 osoby ma te zalete, ze nauczyciel dostosuje sie terminami do ucznia, mozna zadzwonic, zmienic godzine, bo cos tam wypadlo...

                Nauka na kursach dla przedszkolakow nie ma wg. mnie specjalnie sensu. Chyba ze rodzice sami znaja jezyk w stopniu zblizonym do tego, jaki reprezentuje przecietny absolwent LO i w domu codziennie dziecko stymuluja, utrwalaja, albo dziecko oglada specjalnie spreparowane dla potrzeb nauki jezyka bajeczki. Lekcja w przedszkolu - 20 minut raz albo dwa razy w tygodniu bez "zaplecza domowego" bardzo malo daje, dziecko przez tydzien, a tym bardziej przez wakacje zapomina prawie wszystko. To prawda, ze male dzieci szybko sie ucza (w sposob mechaniczny - nie logiczny) ale bardzo szybko zapominaja. Duzo lepiej uczyc samemu jesli ma sie minimum wiedzy o metodyce . Lepiej piec razy dziennie po 2 minuty, niz raz w tygodniu 45 minut.
                Dzis zaczyna sie angielski lub niemiecki od klasy I podstawowej, nie jak dawniej od V, pozniej od IV. Pamietam dzieci, ktorych rodzice twierdzili, ze chodzily prywatnie od przedszkola na lekcje jezyka. I co sie okazywalo ? Dzieci, ktore sie nie uczyly wczesniej angielskiego czesto gesto opanowywaly program bez problemu, bardzo czesciej wypadaly lepiej niz ci, ktorzy sie uczyli wczesniej. Dlaczego ? Bo byli inteligentniejsi. Dziecko mniej zdolne nie jest tworcze. Umie to, co umie. Ale jak dochodzi do sytuacji "wyrobic sie na szostke" czyli organizuje sie jakis "szkolny konkurs jezyka angielskiego" (sa gotowe materialy do takich rzeczy w pakiecie metodycznym), gdzie trzeba w inteligentny sposob zastosowac w nietypowej (!!!) sytuacji nabyta wiedze, slabsi wymiekaja.
                • joa66 Re: nie chodzi o holidayinn ! 02.01.14, 19:30
                  Ceny za lekcje jezyka na kursach w naszym miescie w grupach okolo 20 osob ksztaltuja sie ok. 15 zl

                  I pisze się po nich "schoolholyday"

                  ?


                  I nauka dzieci w grupach 20 osobowych?


                  O tym właśnie m.in. piszemy - o jakości zajęć
                  • plater-2 obertelek od spodni mi sie urwal ! (W. Reymont) 02.01.14, 19:54
                    en.wikipedia.org/wiki/School_holiday
                    Cena lekcji w szkole zagranica tak samo zalezy od tego, ile osob jest w grupie.

                    W MDK-u maja po kilkanascie osob w grupie na lekcje tansze i dla poczatkujacych.
                    W przedszkolu "grupa miedzygrupowa" 20 dzieci, 20 minut wa razy w tygodniu.
                    • joa66 Re: obertelek od spodni mi sie urwal ! (W. Reymo 02.01.14, 20:00
                      plater - czy Ty jesteś dyslektyczką? Nie widzisz różnicy między holiday i holyday?
                    • iwoniaw Re: obertelek od spodni mi sie urwal ! (W. Reymo 02.01.14, 20:00
                      Nawet z wiki nie potrafisz skopiować pisowni zatem?
                      To gorzej niż nieznajomość języka, to analfabetyzm techniczny.
                      • plater-2 Re: obertelek od spodni mi sie urwal ! (W. Reymo 02.01.14, 20:08
                        A nie przeszkadza Ci, że piszę "pisze" zamiast "piszę", bo mi się nie chce Alt naciskać ?
                        • joa66 Re: obertelek od spodni mi sie urwal ! (W. Reymo 02.01.14, 20:12
                          Gdybyś była nauczycielką polskiego to by mi przeszkadzało....

                          plater - prawdę mówiąc nie wiem co usiłujesz udowodnić, bo sie pogubiłam w Twoich długich wpisach, z których wiele jest chyba nie na temat
                          • plater-2 Re: obertelek od spodni mi sie urwal ! (W. Reymo 02.01.14, 20:33
                            przeciez pisze ze mi sie obertelek od spodni urwl...
                        • iwoniaw Re: obertelek od spodni mi sie urwal ! (W. Reymo 02.01.14, 22:08
                          No owszem, uważam cię za niechluja - analfabetę, mając jednocześnie świadomość, że zapewne taki odbiór nie ma dla ciebie znaczenia (bo byś się starała). Ale to tyle.
                          • plater-2 Re: obertelek od spodni mi sie urwal ! (W. Reymo 03.01.14, 08:50
                            A ja Cie ("Cię") uważam za osobę bardzo niegrzeczna. (sorry "niegrzeczną").
              • lily-evans01 Re: No ale właśnie w tym jest problem 03.01.14, 10:36
                Zależy, jak definiujemy osiągnięcia. I jakie narzędzia są nam do nich potrzebne.
                Mój ojciec jest bardzo zamożną ś.winią, a piszę tak, bo byłam dla niego dzieckiem II kategorii i po rozwodzie z moją matką psie grosze alimentów traktował jak uciążliwy obowiązek.
                Natomiast moje przyrodnie rodzeństwo miało luksusy, prestiżowe sporty itp.
                Jeżeli do czegoś więcej doszli niż ja, to przede wszystkim dlatego, że mieli lepszy start finansowy, nie edukacyjny (czyli np. dostali jakąś kasę na własne mieszkania, pomoc logistyczną itp.). No i może bardziej z głową wybierali kierunek studiów, więc teraz lepiej płatna praca. Ale te wszystkie rzeczy wokół - koniki, obozy snowboardowe we Włoszech, dodatkowe zajęcia z języka, wyjazdy z ojcem za granicę nie spowodowały tego, że są lepiej wykształceni czy bardziej rozchwytywani na rynku pracy. Śmiem twierdzić, że znam więcej języków i w lepszym stopniu, chociaż w LO ani na studiach nie ganiałam na żadne dodatkowe kursy. Powiem więcej, jedno z nich powtarzało klasę w LO, drugie dwa razy podchodziło do egz. wstępnych na studia. Mnie się nie zdarzyło ani jedno, ani drugie.
                • joa66 Re: No ale właśnie w tym jest problem 03.01.14, 10:45
                  Lily, nie porównuj siebie do rodzeństwa tylko zastanów się co mogłabyś wynieść ze SWOJEGO domu TY gdybyś dysponowała ( a w zasadzie Twoja mama) większymi możliwosciami finansowym. Pamiętasz o czym z rzeczy tzw edukacyjnych (w tym podrózy) chciałaś a nie mogłas mieć?
                  • lily-evans01 Re: No ale właśnie w tym jest problem 03.01.14, 11:03
                    Naprawdę trudno to porównywać, bo jeździłyśmy na wczasy w Polsce dzięki dofinansowaniom z zakładu pracy, więc moja matka płaciła może z 1/3 kwoty. Nie wiem, jak by było teraz - chociaż obecnie też wiele firm ma obowiązek tworzenia funduszu socjalnego, więc pewnie jakieś pieniądze można wyrwać na wakacje.
                    I jako przykładowa 10-latka naprawdę nie miałam potrzeby i chęci, żeby polecieć na Karaiby w ramach wakacji, wystarczała mi Polanica Zdrój sypialnymwink. A kiedy naprawdę zainteresowałam się "obcymi krajami" - pojechaliśmy na wycieczkę szkolną, niedrogą, do Paryża, potem pojechałam na adaptacyjny obóz studencki, też na niespecjalnie duże pieniądze i zakochałam się w Calella del Maresme wink. Oczywiście warunki były przaśne, ale liczyły się widoki i fajne towarzystwo. Na studiach zrobiłam uprawnienia pilota wycieczek i przez ileś lat nie wydawałam złotówki na wyjazdy wink. Plus na studiach językowych byłam beneficjentką rozmaitych staży, szkoleń itp. - ale tu trzeba było przyłożyć się najpierw do nauki, coś za coś.
                    • verdana Re: No ale właśnie w tym jest problem 03.01.14, 11:06
                      Innymi słowy - niczego Ci nie brakowało. To nie jest tak, że czym więcej kasy, tym większe szanse edukacyjne. Ale jest pewien poziom, poniżej którego szanse edukacyjne dramatycznie maleją.
                      • lily-evans01 Re: No ale właśnie w tym jest problem 03.01.14, 11:08
                        Brakowało mi: porządnego ubrania, nowych butów, ładnego piórnika i tornistra, zabawek, jakie miały moje koleżanki. Teraz to brzmi zabawnie, ale kiedy miałam 12-13 lat, to był dla mnie życiowy dramat wink.
                      • joa66 Re: No ale właśnie w tym jest problem 03.01.14, 11:14
                        To nie jest tak, że czym więcej kasy, tym większe szanse edukacyjne. Ale jest pewien poziom, poniżej którego szanse edukacyjne dramatycznie maleją.

                        10/10
                      • najma78 Re: No ale właśnie w tym jest problem 03.01.14, 11:40
                        verdana napisała:

                        > Innymi słowy - niczego Ci nie brakowało. To nie jest tak, że czym więcej kasy,
                        > tym większe szanse edukacyjne. Ale jest pewien poziom, poniżej którego szanse e
                        > dukacyjne dramatycznie maleją.

                        Jaki to poziom tak drastycznie te szanse redukuje? (No i gdzie?) W pl zdaje sie szanse wszyscy maja takie same bo edukacja jest obowiazkowa i finansowana z podatkow.
                        • verdana Re: No ale właśnie w tym jest problem 03.01.14, 11:57
                          Taa. I jak wiadomo, na przykład języki w szkole są wręcz doskonałe. A do edukacji nie potrzeba ani teatru, ani muzeów, ani podróży. Wystarczy to co w szkole. Dowolnej.
                          • najma78 Re: No ale właśnie w tym jest problem 03.01.14, 16:11
                            verdana napisała:

                            > Taa. I jak wiadomo, na przykład języki w szkole są wręcz doskonałe. A do edukac
                            > ji nie potrzeba ani teatru, ani muzeów, ani podróży. Wystarczy to co w szkole.
                            > Dowolnej.

                            Jezyki...a ilu sie teraz dzieci jezykow powinny uczyc? Wszystkich, 10, 7, 5? Jakich konkretnie i w jakim stopniu powinny sie ich nauczyc? Jesli w szkole jest jeden jezyk obcy to mozna sie go nauczyc, znam osobiscie (jak autorka watku) sporo osob ktore opanowaly i obeszlo sie bez prywatnych lekcji, konwersacji i cudow wiankow.
                            Naorawde trzeba zwiedzic mozea na swiecie zeby posiasc wiedze i kulturze, historii? Jesli jest mozliwosc ok, ale jesli nie ma to mozna lokalnie, taniej i czesto szkoly organizuja takie wyjscia. Podobnie z teatrami czy innymi imprezami - wiekszosc szkol ponadpodstawych ma niezle warsztaty teartalne, muzyczne itp. Naprawde koncerty i sztuki teatralne w znanych stolicach swiatowych nie sa koniecznosci na drodze edukacji.
                            tak naprawde wiele zalezy od tego gdzie sie mieszka ale i tego czy sie chce cos osiagnac, czegos dowiedziec itp. Jednak te wszystkie teatry, muzea, podroze, lekcje gry na instrumentach itd sa dodatkiem, czyms ekstra a nie podstawa edukacji. Fajnie gdy sa mozliwosci, czas i pieniadze to wiele ulatwia ale bez tego da sie wyksztalcic.

                      • olena.s Re: No ale właśnie w tym jest problem 03.01.14, 13:56
                        To nie jest tak, że czym więcej kasy,
                        > tym większe szanse edukacyjne.
                        Tu się nie zgadzam. Im mniej pieniędzy, tym węższy wybór, to jest oczywiste. I oczywiście większości dzieci ten najszerszy wybór nie będzie potrzebny, ale niektórym - tak.
                        Mogę sobie wyobrazić, że dziecko z jakimś problemem najlepiej zafunkcjonowałoby w jakiejś konkretnej szkole przeznaczonej np. dla eks-narkomanów, FASowców, aspergeryków. I że dziecku wściekle utalentowanemu najlepiej zrobiłaby konkretna szkoła dla geniuszy - a takie placówki są często płatne, i to słono.
                        Dodam, że także i normalne, bezproblemowe, uzdolnione dzieciaki wygrają na odłożonej przez rodziców edukacyjnej kasie bo będzie je chociażby stać na studia dzienne, albo na studia dzienne na topowych uczelniach. Jasne, ubogi geniusz może zostać przyjęty na pełne stypendium do najlepszej uczelni świata, która będzie cała szczęśliwa, że jej się trafił taki brylant. Ale dziecko nie genialne, tylko zwyczajnie piątkowe już takiej szansy nie dostanie - chyba, że stać je będzie na czesne wynoszące kilkadziesiąt tysięcy dolarów rocznie.
                        Wreszcie jest jeszcze kwestia wolontariatów - gdzieniegdzie w obecnej sytuacji rynkowej na darmową praktykę niezbędną do kolejnego kroku zawodowego stać tylko tych, których ktoś będzie przez rok, dwa, czy trzy utrzymywał. Ci biedniejsi zwyczajnie nie mogą sobie pozwolić na taką drogę życiową.
                        • verdana Re: No ale właśnie w tym jest problem 03.01.14, 14:52
                          Bo zacytowałaś pół zdaniasmile Od pewnego poziomu czy sie ma więcej pieniędzy, czy nie- niewiele zmienia. Czy dziecko na wakacje jedzie do Paryża, czy na Karaiby - wszystko jedno. Czy ma dobre skrzypce czy Stradivariusa - raczej też.
                          Przypadki, ze dziecko jest tak genialne, ze musi wybrać uczelnię o astronomicznym czesnym, a na innej zmarnuje potencjał są, jak sadzę, wyjątkowo rzadkie.
                          • olena.s Re: No ale właśnie w tym jest problem 03.01.14, 16:18
                            Zgadzam się, że jeżeli mówimy o zmarnowanym potencjale, to przypadki jakie wspomniałam będą absolutną mniejszością. Natomiast jeżeli mówimy o potencjale nie w pełni wykorzystanym, to jak sądzę, byłoby ich znacznie więcej.
                            Inną sprawą oczywiście jest kwestia tego, czy każdy potencjał warto jest za wszelka cenę w pełni realizować.
            • morekac Re: No ale właśnie w tym jest problem 03.01.14, 09:39
              Ucznioiwe ci niczego szczegoln
              > ego, w sensie zaslug dla kultury swiatowej, nie osiagneli.
              Ale co tych chcesz tym udowodnić?
              Ci biedni i zdolni też niewiele wnieśli do kultury światowej - są prowincjonalnymi lekarzami i nauczycielami, tak samo jak ci bogatsi z domu - są prowincjonalnymi biznesmenami.
    • mruwa9 Re: Pieniądze a edukacja 02.01.14, 16:34
      pochodze z dosc ubogiej rodziny, wyksztacenie bylo jedynym posagiem, jaki wynioslam z domu. Podobnie moje rodzenstwo. Nie dostalismy ani kasy, ani mieszkan, ani sreber rodowych. Na korepetycje nie bylo nas stac, wsrod osob zdajacych na studia bylismy chyba jedynymi, ktorzy przygotowywali sie we wlasnym zakresie, bez korepetycji i prywatnych lekcji, co odczula zwlaszcza moja siostra, bo material egzaminacyjny na egzaminach wstepnych zwlaszcza na jej kierunku daleko wykraczal poza program liceum. Do szkoly muzycznej nie chodzilam (o czym zawsze marzylam), bo rodzicow nie bylo stac na pianino, obowiazkowy instrument dla wszystkich. Prawo jazdy zrobilam dopiero pod koniec studiow, gdy udalo mi sie zaoszczedzic kase ze stypendium. Rylam na studiach jak krecik, zeby dostac jak najwyzsze stypendium kujonskie. Nie jezdzilismy na wczasy, ani zagraniczne, ani krajowe, jezdzilismy na obozy harcerskie i wakacje pod namiotem. Moja siostra, studiujaca filologie obca, myslala, ze bedzie jedynym filologiem, ktory nie bedzie mial kontaktu z zywym jezykiem i native speakerami, bo nie stac jej bylo na wyjazdy za granice. Koszt jednego noclegu w schronisku w tamtym kraju, w sali 20-osobowej wynosil wowczas tyle, ile moje calomiesieczne stypendium. O studiowaniu poza miejscem zamieszkania moglismy zapomniec, nie bylo szans na sfinansowanie akademika i zycia poza domem dla chociazby jednego studenta, a nas byla trojka , jednoczesnie studiujacych dziennie.
      Umozliwienie nam zdobycia wyksztalcenia bylo z pewnoscia duzym wysilkiem dla moich rodzicow, a my staralismy sie te szanse wykorzystac jak najlepiej. Nasze dzieci maja pod tym wzgledem znacznie wiekszy komfort. Zeby tylko zechcialy skoczystac z tych mozliwosci, ktore obecnie maja...a maja calkiem spore.
    • margierita Re: Pieniądze a edukacja 02.01.14, 18:36
      Mam takie wrażenie, że te dzieci wyedukowane są głównie w żebractwie pt. jak za darmo otrzymać to, za co inni muszą zapłacić.
      Przecież to, że darmo korzystały z biblioteki, szkoły muzycznej a też cyt. z wydarzen kulturalnych, koncertów, warsztatów, zajęć, jeszcze nie oznacza, że nie nic to (ten rodzaj edukacji) nie kosztuje. Kosztuje, tylko płacą za to rodzice innych dzieci albo podatnik. I to jest koszt edukacji.
      Dopóki więc większość rodziców ma świadomość, że ta edukacja kosztuje i dostosowuje dzietność do swoich możliwości zarobkowych (czasem nawet korygując do zera tę dzietność) to system się nie załamie. Strach pomyśleć, co by było, gdyby wszyscy (lub większość) tak myśleli...
      • joa66 Re: Pieniądze a edukacja 02.01.14, 19:00
        Niektóre koszty na semestr:

        kurs językowy w przyzwoitej szkole językowej, itp - minimum 1300-1400 pln
        1-2 razy w semestrze koncert -300 pln
        1-2 razy w semestrze teatr -100 pln
        2- 3 razy w semestrze kino - 70 pln
        2-3 książki, których nie ma w bibliotece - 120 pln
        karnet na basen (600 minut) 1 dziecko plus opiekun - 225 pln

        Razem 2115 pln na semestr na dosyć podstawowe zajęcia. O innych sportach czy wakacjach (podróże kształcą smile ) nie wspominam.
      • plater-2 Janko Muzykant 02.01.14, 19:07
        O kulturze swiatowej to byl "taki zarcik". Mozna wniesc wklad do kultury switowej cale zycie obierajac ziemniaki...

        Prowadzenie restauracji, hotelu czy sklepu jubilerskiego jest wazne dla kultury, ale wydaje mi sie, ze wieksza satysfakcje daje praca tworcza, np. naukowa, nauczycielska, artystyczna, czyli dajaca gratyfikacje w sensie "pomoglem czlowiekowi", "cos stworzylem" W kazdym razie ja tak byłam wychowywana.
        Co do szkoly muzycznej - trzeba placic na komitet(z tych pieniedzy finansuje sie comiesieczne obowiazkowe koncerty "pana artysty" i kwiaty dla niego, rozne dekoracje, wycieczki do muzeum instrumentow muzycznych albo na jakis superkoncert w wielkim miescie, menu i nagrody na zabawie szkolnej, ktore to zabawy nie umywaja sie do zabaw w szkole ogolniedostepnej, nagrody na koniec roku..) i na fundusz instrumentalny (strojenie i konserwacja instrumentow).

        Mozna miec te oplaty w dooo..., nie sa obowiazkowe. Trudno jednak sie po chamsku uchylac, skoro dziecko gra na pozyczonym ze szkoly instrumencie.

        Biblioteke sami wspomoglismy ofiarowujac w momencie ukonczenia edukacji muzycznej ostatniego dziecka wszystkie podreczniki do solflezu, jakie nam sie nazbieraly przez lata, nuty i kolekcje AGOSTINO - zeszyty "Muzyka mistrzow" (plyty sobie zostawilismy).

        Nie odnosze w zwiazku z tym wrazenia, zebysmy byli zebrakami spoleczenstwa.

        Z moich podatkow finansowana byla np. naprawa chodnika niedaleko naszego domu - chodnik zostal zemolowany przez opuszczajacych stadion miejski fanow miejscowego klubu sportowego. Sportem interesuje sie okazjonalnie i moje dzieci chodnika tego na pewno nie zniszczyly.
        Nie interesuje sie takze baletem, moje dzieci do szkoly baletowej nie uczeszczaly, a jakas czesc moich podatkow idzie na utrzymanie tych szkol.



        • margierita Re: Janko Muzykant 02.01.14, 19:26
          To miło, że nie uchylasz się od płacenia za komitet i fundusz instrumentalny. Tylko .... tylko widzisz, ktoś musiał najpierw ten instrument kupić. Trzeba było sfinansować budynek (postawić go, ogrzać, oświetlić itd.), zapłacić nauczycielowi. To są wszystko koszty edukacji, o których wszyscy zapominają. I nie mówimy tu tylko o kulturze tylko o edukacji w ogóle.

          I to, że Ty nie posyłasz dziecka do szkoły baletowej, to nic nie szkodzi - ktoś inny posyła. A Pan Dresiarz rozwalający chodnik powie: proszę, tu jest mój pit, tyle odprowadziłem podatku, mogę trzy takie chodniki zdemolować, bo oprócz tego jestem dla swojego miasta czystym zyskiem (koszt chodnika jest niższy od odprowadzonego podatku ogółem). I to ma być argument? Chyba w stylu: a u was murzynów biją...
          • plater-2 dresiarstwo nie przejdzie ! 02.01.14, 20:36
            Glosze wyzszosc CREATIO nad DESTRUCTIO.
      • sarah_black38 Re: Pieniądze a edukacja 02.01.14, 19:37
        margierita napisała:

        > Mam takie wrażenie, że te dzieci wyedukowane są głównie w żebractwie pt. jak za
        > darmo otrzymać to, za co inni muszą zapłacić.


        A to ciekawa teoria. Zważywszy, że ok.60% Polaków wciągu ostatniego roku nie przeczytało ani jednej książki, to te przybytki za darmochę świecą pustkami. Czasami korzystam z biblioteki publicznej, tłumów tam nie widzę.



        www.polskieradio.pl/5/3/Artykul/797665,60-procent-Polakow-przez-rok-nie-tknelo-ksiazki

        W księgarniach same nowości. Co wtedy , gdy zechcę przeczytać unikatowe dzieło klasyka sprzed stu lat , a dzieło było niewznawiane od dwudziestu?
        Nie widzę nic złego z korzystania z biblioteki publicznej, czy darmowego koncertu muzyki poważnej na miejskich plantach. Sama często biorę w nich udział jako słuchacz. Zważ na to , że gdyby nie darmowy koncert, to część ludzi w ogóle nie miałaby styczności z muzyką poważną. O ile biblioteki są dotowane z kieszeni podatnika, to koncerty, czy warsztaty mają bogatych sponsorów .
        Likwidację wielu bibliotek, zwłaszcza na prowincji, w małych miasteczkach lub punktów bibliotecznych na wsiach ( tak, tak, były kiedyś takie) uważam wręcz za zbrodnię. Kultura i oświata to dziedziny niedochodowe i jako takie powinny być dotowane przez państwo.

        "Nie trzeba palić książek, żeby zniszczyć kulturę. Wystarczy, by ludzie przestali je czytać".

        > Dopóki więc większość rodziców ma świadomość, że ta edukacja kosztuje i dostoso
        > wuje dzietność do swoich możliwości zarobkowych (czasem nawet korygując do zera
        > tę dzietność) to system się nie załamie.

        Czyli znowu zmierzamy do dyskusji , że biedni nie powinni się rozmnażać. A kimże ty jesteś żeby o tym decydować? System tak , czy siak załamie się z powodu niskiej dzietności. Wykończy nas prosta demografia ...
        • margierita Re: Pieniądze a edukacja 02.01.14, 19:55
          Ja nie oceniam zasadności czy biblioteki publicznej, czy darmowego koncertu. Ja podkreślam, że nie są one bezkosztowe czy bezpłatne. Koszt ponosimy my, społeczeństwo. Czy powinniśmy, w jakim stopniu itd. to już temat na inną dyskusję.
          Piszesz: "Kultura i oświata to dziedziny niedochodowe i jako takie powinny być dotowane przez państwo." Więc dotowane przez państwo czyli nas wszystkich, bo państwo nie ma pieniędzy - ma tylko to, co zgarnie od podatników.

          I nie, nie mnie oceniać, czy biedni powinni się rozmnażać, czy nie. Myślę, że sami ludzi powinni dokonywać takich wyborów. Pamiętając jednak o tym, że skoro są biedni (w sensie: nie mają wystarczająco pieniędzy na edukację własnych dzieci bo o edukacji tu mowa), to koszt wychowywania ich dzieci w mniejszym lub większym stopniu poniosą inni. Podatnicy lub klienci sponsora koncertu etc.
    • gazeta_mi_placi Re: Pieniądze a edukacja 02.01.14, 18:42
      Znam inteligentną i ambitną dziewczynę z bardzo biednej rodziny, niestety nie mogła sobie pozwolić na dzienne studia bo sytuacja finansowa w rodzinie była tragiczna i zwyczajnie nie było ich stać (wina rodziców zresztą, niezaradni i jedno z rodziców pijące) aby utrzymywać przez kilka lat i córkę, a na zaoczne nie miała pieniędzy.
      Ostatecznie studia (zaoczne) zrobiła dopiero po latach, a szkoda bo zdolna była i ambitna, a wielu rzeczy w późniejszym życiu nie da się nadrobić.
      • verdana Re: Pieniądze a edukacja 02.01.14, 19:23
        Ja tez znam kilka takich osób. Oczywiście nie emam, bo emamy bez problemu samodzielnie uczyły się trzech języków i nigdy nie miały problemów z nauką, a rodziny, choć biedne, to miały dostatecznie dużo pieniędzy na księgozbiór i na utrzymanie dziecka w liceum czy na studiach. Niestety, często rodziny nie mają ani księgozbioru, ani chęci na kształcenie dziecka, a dzieci nie rodzą się wybitnie uzdolnione we wszystkich dziedzinach, tylko równie średnio zdolne, co te zamożniejsze. Tylko zamożniejszym (nie bogatym, nie bardzo zamożnym, tylko takim bardzo, bardzo przeciętnie zamożnym) rodzina często pomaga, a biednym - zazwyczaj nie.
        Oczywiście, jak zwykle wszystko rozbija się o pojęcie co jest biedą, a co zamożnością. Bo jak czytam o wyjazdach, licznych zajęciach itd - to widzę, ze starsze dzieci chowałam w skrajnej nędzy, a nawet tego nie zauważyłam.
        • plater-2 Re: Pieniądze a edukacja 02.01.14, 19:47
          Jesli to do mnie, to niezupelnie samodzielnie sie nauczylam jezykow i grani na instrumentach klawiszowych.
          Zaczelam sie samodzielnie (naprawde !) uczyc angielskiego okolo 6-7 roku zycia ! Polegalo to na tym, ze bralam slownik i sama sobie, bidulka, tlumaczylam ksiazeczki, ktore mi ciocia z Londynu podsylala. Po I komunii rada rodzinna stwierdzila, - skoro moja Mama zna angielski w raczej slabym stopniu, trzeba mnie zapisac do empiku. Francuskiego i niemieckiego zaczelam sie uczyc dopiero w LO (niemieckiego prywatnie ale z duzym wkldem pracy wlasnej).

          Argument o braku ksiazek jest czesciowo nietrafiony a czesciowo trafiony.

          Sa szkolne i miejskie biblioteki. Problem polega na tym, ze dziecko trzeba nauczyc z tych miejsc korzystac. To w zasadzie moglaby zrobic szkola, ale niezupelnie ! Niestety trzeba samemu dac przyklad zainteresowan czytelniczych (np.wstepowc przy okazji spaceru do ksiegarni, w rozmowch ze znajomymi poruszc przy dziecku temat przecztanych wlasnie ksiazek, robic plany zakupow, pozyczac od kolezanek itd.

          Program szkolny takich zagadnien prawie nie realizował, nauczyciele nie sa przyzwyczajeni, nie sa do tego przygotowani, nie maja materialow metodycznych, ktore ucza, jak sie do tego zabrac.

          Co powiecie o uczniu II LO, ktory zglasza sie na korki, bo "nie wie jakie sa samogloski" (pani w szkole zadala sie dowiedziec w zwiazku z bledami jakie uczen robi "a orange" ????
          Czy on nigdy nie mial na polskim zadania polegajacego na szukaniu czegos w encyklopedii dla dzieci ???? Czy on do zerowki nie chodzil ???

          Czesto natomiast sie teraz zdarza, ze sie poleca uczniom znalezienie czegos w internecie. Oczywiscie, nie kazde dziecko ma komputer w domu, ale sa komputery w szkolach, bibliotekach, domach kultury...
          Tylko pojawia sie kolejny klopot - dziecko w szkole podstawowej nie jest w stanie czytac z pozytkiem Najswietszej Wiki ! Nie ma w necie chyba (? ), bo nie zajmuje sie od lat nauczaniem mlodszych dzieci, dobrych materialow dla dzieci mlodszych do jakiegokolwiek tematu. Musi byc materialu do przeczytania i skopiowania akurat tyle, zeby mniej zdolne dziecko sie nie zniechecilo nadmiarem tresci.

          • morekac Re: Pieniądze a edukacja 03.01.14, 09:59
            Spoko, można, niemniej trzeba mieć do tego wrodzone zdolności matematyczne.
        • gazeta_mi_placi Re: Pieniądze a edukacja 02.01.14, 19:51
          Dokładnie Verdano.
          • andaba Re: Pieniądze a edukacja 02.01.14, 20:02
            Dużo zalezy od miejsca zamieszkania.
            A także od faktycznej biedy rodziców.
            Paradoksalnie, rodzinom naprawdę biednym jest nieco łatwiej, bo otrzymują stypendia socjalne.
            Łatwiej jest też rodzinom w wielkich miastach, gdzie dojechać do szkoły czy na uczelnię można MPK, nie ma konieczności wynajmowania stancji/internatu/akademika.

            I mozna być prymusem, także z języków ocych i matematyki nie biorąc korepetycji. Może są to odosobnione przypadki, ale są. Wiem to na przykładzie własnego dziecka, które jako jedyne z klasy nigdy nie brało dodatkowych lekcji, a jednak ma oceny jedne z najlepszych.

            Różnica jest moim zdaniem taka, że bogaci rodzice z parciem na wyksztacenie wyuczą nawet idiotę, w rodziach biednych udeje się to tylko faktycznie zdolnym. Lub upartym i ambitnym - takie tez znam i życzę im jak najlepiej.
            • nikki30 Re: Pieniądze a edukacja 03.01.14, 14:14
              andaba napisała:

              > Dużo zalezy od miejsca zamieszkania.
              > A także od faktycznej biedy rodziców.

              To fakt. Dodałabym jeszcze otoczenie. Sama funduje od lat stypendium dla dziewczyny z biednej rodziny. Długo przez rodziców była nagabywana aby poszła na fryzjerkę i jak najszybciej się usamodzielniła i zaczęła zarabiać. studia dla nich były bez sensu. Sami pokończyli zawodówki. Dziewczyna sie uparła, przysiadła i z najlepszą notą dostała się na wymarzoną medycynę, którą już kończy z notabene z wyróżnieniem.
              > I mozna być prymusem, także z języków ocych i matematyki nie biorąc korepetycji
              Można znam wiele takich osób. Trzeba się po prostu uczyćsmile

              > Różnica jest moim zdaniem taka, że bogaci rodzice z parciem na wyksztacenie wyu
              > czą nawet idiotę, w rodziach biednych udeje się to tylko faktycznie zdolnym. Lu
              > b upartym i ambitnym - takie tez znam i życzę im jak najlepiej.

              Oj tak!smileZnam kilka takich przypadków. Dzieciaki kończą najlepsze szkoły dosłownie się prześlizgując z klasy do klasy. Potem liczą głownie na kontakty swoich zamożnych rodziców.
        • lily-evans01 Re: Pieniądze a edukacja 02.01.14, 19:53
          No to powiem tak, moja matka nosiła jedne buty przez ileś lat, ale książki kupowała co miesiąc. Książki były tanie, buty relatywnie drogie, teraz jest jakby odwrotnie, bo jak wchodzę np. do CCC, to widzę, że buty są tańsze od jakiejś tam nowości - powieści fantasy czy horroru wink. Ostatnio klasa córki była w operze, po spektaklu pani zawsze daje dzieciakom na pamiątkę bilety. No i córka przynosi ten bilet, ja patrzę, a tu przedstawienie muzyczne dla szkół, bilety grupowe, w cenie 25 zł od osoby. Mam wrażenie, że jak na dostęp dzieci do kultury to wcale nie jest tak mało. A dodam, że przed epoką multipleksów, jako studentka, co dwa tygodnie szłam do kina ze znajomą paczką, to były jakieś niewielkie pieniądze, teraz takie 2 wyjścia za mnie samą to już ok. 50 zł.
          No i podejrzewam, że do tej opery niejeden dzieciak nie pójdzie, nawet jak będzie wyjście klasowe, no chyba, że rada rodziców zapłaci za niego ze składek sad. U nas miesięcznie na wyjścia szkolne idzie ze 30-40 zł, pani lubi z dziećmi chodzić do przybytków kultury, ja to całym sercem popieram, ale to akurat środowisko, gdzie ludzi generalnie stać.
          Myślę, że patrzymy z perspektywy innego pokolenia, gdzie dostęp do dóbr kultury był jednak tańszy, więc nawet osoby niezamożne miały pewien kapitał kulturowy, jak moja matka na przykład - no i wyrabiała we mnie pewne nawyki, za niewielkie pieniądze. I stąd może takie opinie. Mojej matki nie było stać na gadżety i modne ciuchy dla mnie, ale książki i prasa zawsze były.
          Ale z drugiej strony - mam wrażenie, że sporo jest teraz różnych zajęć za niewielkie pieniądze albo w ramach jakichś projektów. Za mojego dzieciństwa nie było mowy nawet o porządnych zajęciach z angielskiego, np. z nativem, chyba, że gdzieś prywatnie, za spore pieniądze.
          No i biblioteki mają sporo nowości, dostęp do internetu, prowadzą zajęcia czytelnicze, angielski itp. W Pałacu Młodzieży (w moim mieście) są świetne zajęcia wszelkiego typu, np. za 80 zł za półrocze (tylko spróbuj się zapisać, ludzie przez internet błyskawicznie zajmują miejsca wink ). W szkole muzycznej też mamy zajęcia dodatkowe za pieniądze z unii, takie kursy doskonalące czytanie, zapamiętywanie itp. - gdzie indziej ktoś inny sporo za to zapłaci wink.
          • plater-2 Re: Pieniądze a edukacja 02.01.14, 20:06
            forum.gazeta.pl/forum/w,16256,145644001,145644001,czy_ksiazki_w_PRL_byly_tanie_.html
            zaraz mnie Verdana ochrzani za wklejanie linkow, co podobno jest surowo zabronione.

            W operze (poznanskiej) bylam pierwszy raz na I roku studiow !!! Uwazam, ze akurat, do tego typu spektaklu trzeba dorosnac.

            W Teatrze Narodowym w I klasie LO, potem bardzo czesto w Narodowym, w Malym, we Wspolczesnym (Warszawa) I wcale nie uwazam, ze cos stracilam !

            Do teatru chodzilam, owszem, w podstawowce. Do miejscowego domu kultury na szkolne przedstawienia i "konkursy miedzyszkolne chorow szkolnych" - srednia przyjemnosc, ale nie bylo nic u nas odpowiedniego dla dzieci. Ogladalam czasem "Teatr telewizji".

            Moje dzieci byly w szkole podstawowej pewnie raz kazde ze szkola w prawdziwym teatrze na czyms dla mlodziezy "Ania z Zielonego..." . Ale czesto byly spektakle w MDK-u i mialy obowiazkowe koncerty w szkole muzycznej. Uwazam, ze zupelnie wystarczy.

            Chcialabym obejrzec "Korczaka" - ten musical z Gdyni (?)
        • sarah_black38 Re: Pieniądze a edukacja 02.01.14, 19:53
          verdana napisała:


          > Oczywiście, jak zwykle wszystko rozbija się o pojęcie co jest biedą, a co zamoż
          > nością. Bo jak czytam o wyjazdach, licznych zajęciach itd - to widzę, ze starsz
          > e dzieci chowałam w skrajnej nędzy, a nawet tego nie zauważyłam.

          Bo dziś zamożni ( ?) rodzice mają przekonanie, że jak słono zapłacą za egzotyczne zajęcia dodatkowe - joga, chiński, gimnastyka parterowa i sama jeszcze nie wiem co, to mają one większą wartość niż te , które są oferowane przez domy kultury czy szkołę. Często takie dziecko pracuje dłużej niż dorosły, bo w poniedziałek basen, potem angielski, we wtorek balet i francuski itp.Owszem zajęcia dodatkowe rozwijają , ale niekoniecznie w takiej ilości.

          Moja starsza chodziła na harcerstwo i od gimnazjum na dodatkowy angielski. Więcej nie chciała. Sama dodatkowo zabierałam ją do teatru czy opery. Książek dużo czytała i czyta nadal. Korzystała z biblioteki, ale ma również sporą osobistą biblioteczkę. Na narty w Alpy nie jeździła, ale ma większą wiedzę o tych górach niż niejeden , co w kurortach przesiedział. Jednocześnie nie oznacza to ,że za granicą nie była. Dziś studiuje na UW i ma dość rozległe plany co do swojej przyszłości.
          • joa66 Re: Pieniądze a edukacja 02.01.14, 19:58
            Mówisz o skrajnościach, a nawet "tylko angielski" kosztuje , a jeżeli dodasz do tego wyjscia ?(koszty podałam wcześniej)
            • sarah_black38 Re: Pieniądze a edukacja 02.01.14, 20:13
              joa66 napisała:

              > , a nawet "tylko angielski" kosztuje , a jeżeli dodasz do
              > tego wyjscia

              Tak, ale nie są to bajońskie sumy, na które nie może pozwolić sobie przeciętna rodzina. Kiedyś bilet do teatru kosztował 25 zł i nie były to ,,jaskółki".
              • joa66 Re: Pieniądze a edukacja 02.01.14, 20:59
                Ależ oczywiście, że nie bajońskie - rzędu 2000 pln na semestr
                • joa66 Re: Pieniądze a edukacja 02.01.14, 21:09
                  Jest jeszcze inny aspekt edukacji, bo na razie mówimy głównie o tym co rodzice organizują.

                  I owszem rodzic może uznać, że opera to tylko na studiach, ale co zrobić jeżeli nastolatek prosi o bilet na operę / na koncert? Co zrobić jeżeli nastolatek zainteresował się teatrem w gimnazjum? Co zrobic jeżeli interesuje się tematem, który jest mało obecny w polskich księgarniach, a można kupić książkę/książki na amazonie? I można tak wymieniać bez końca.

                  Jakoś trudno mi uwierzyć, że w takiej samej sytuacji są nastolatki o podobnych zainteresowaniach, zdolnosciach i zaangażowaniu rodziców, ale których sytuacja materialna jest bardzo różna.
            • lily-evans01 Re: Pieniądze a edukacja 03.01.14, 10:41
              No więc właśnie dlatego, że niejedno kosztuje, rodzic niezamożny ma możliwość wyboru bardziej "sprofilowanej" szkoły lub klasy i to już od poziomu podstawówki. W niejednej podstawówce są klasy z programami unijnymi, z rozszerzonym angielskim itp., powiem więcej, są też ogólnokształcące szkoły artystyczne, sportowe itp. Koszty - jak przy normalnej edukacji szkolnej.
              • verdana Re: Pieniądze a edukacja 03.01.14, 10:47
                No i znowu zdefiniujmy "niezamożnego". Niezamożny wybiera szkołę najbliżej domu, bo go nie stać na dojazdy. Zazwyczaj nie stać go także na podręczniki do języków, które nawet dla mnie były sporym wydatkiem. Szkoły artystyczne są bardzo drogie - farby, pędzle, papier - to uczeń musi mieć własne. Szkoły sportowe wymagają często stroju albo sprzętu.
                • lily-evans01 Re: Pieniądze a edukacja 03.01.14, 11:07
                  Nie mam ani jednej szkoły blisko domu, do każdej zdzieram buty przez min. pół godziny albo trzeba jechać komunikacją miejską. Podejrzewam, że przy likwidacji wielu szkół nie jestem jedynym rodzicem, który wyboru szkoły nie uzależnia od bliskości, bo tego kryterium nijak nie sposób spełnić.
                  Co do szkół artystycznych - u mnie ogólnokształcąca podstawówka muzyczna zapewnia mniej zamożnym uczniom wypożyczenie instrumentu, ma fajną bibliotekę, rozwinięty system stypendiów socjalnych. Co do szkół sportowych - zależy, jaki sport chcemy uprawiać. Popularne profile to zajęcia na basenie, piłka ręczna, nożna, koszykówka itp. Nie tak kosztowne, jak np. snowboard czy jazda konna.
                  • verdana Re: Pieniądze a edukacja 03.01.14, 11:25
                    Ale Ty nie jesteś niezamożnym rodzicem...
                    Na zajęcia na basenie trzeba mieć kostium, klapki, do piłki nożnej odpowiednie buty. Naprawdę nie rozumiesz, ze wielu ludzi nawet na to nie stać?
                    • joa66 Re: Pieniądze a edukacja 03.01.14, 11:28
                      Bo w powszechnej opinii zamożność to Dominikana i Karaiby
                      • verdana Re: Pieniądze a edukacja 03.01.14, 11:38
                        No tak... Jak czytam takie wątki, to zaczynam widzieć, ze jestem zwyczajnie biedna, dzieci wychowałam w skrajnym niedostatku. A jakoś ani ja nie zauważyłam, ani one.
                        • joa66 Re: Pieniądze a edukacja 03.01.14, 11:50
                          Szczerze? Ja nawet nie wiem czy mnie stać na Karaiby, bo się tym nie interesowałam big_grin Przypuszczam, że gdyby z jakiegos powodu taki wyjazd był dla nas wazny to te pieniądze by się znalazły. Z tym, że powodem na pewno nie byłoby , że "się" tam jeździ.

                          Nie mam też pojęcia jakie są finalne koszty systematycznego uprawiania jazdy konnej czy golfa, ale zakładam, że sa sporty czy zajecia na których systematyczne uprawianie w wersji full nie byłoby nas stać. Jednocześnie nie mam poczucia niedostatku i tego, że dziecku edukacyjnie czegos brakuje z powodów finansowych
                  • morekac Re: Pieniądze a edukacja 03.01.14, 12:09
                    Ale zdajesz sobie sprawę, że do szkoły trzeba dojść/dojechać - i albo zużywa się buty albo buli za miesięczny? A gmina zwraca za bilet, jeśli droga do szkoły w rejonie jest bodaj powyżej 4 km. Zatem dziecko z ,naprawdę biednej' rodziny nie pójdzie do gimnazjum poza rejonem, bo rodziców nie będzie stać na dojazdy.
                    • joa66 Re: Pieniądze a edukacja 03.01.14, 12:16
                      Tak naprawdę pytanie głowne brzmiało:

                      Czy na pewno lepiej by było, gdyby ze względów finansowych rodzice w ogóle nie zdecydowali się na dzieci, co często się tu na forum postuluje właśnie w kontekście edukacji? (i chciałabym w tej sferze pozostać, bo problem chorób i nieoczekiwanych wydarzeń to osobna kwestia).

                      Moim zdaniem jest granica biedy poniżej której nie powinno się decydowac na więcej dzieci niż jedno- dwójka. Unzaję jednak punkt widzenia osób, które dzieci mieć nie chcą z jakiegokolwiek powodu, nawet tego, że na 'kurs angielskiego" nie będzie ich stać.
                  • iksa_igrekowska Re: Pieniądze a edukacja 06.02.14, 02:36
                    Ale to właśnie wcale nie jest aż tak daleko. Pół godziny piechotą, czy nawet pół miasta tramwajem, to nie jest tragedia. A co ma zrobić rodzic dziecka, które interesuje się np. malarstwem, a mieszka na wsi odległej od wszystkiego i do najbliższego państwowego LO artystycznego dziecko musi dojeżdżać 1,5 godziny pociągiem. Bilet miesięczny to koszt np. 300-400 zł/miesiąc, a rodzice mają tyle pieniędzy, że wystarcza im na skromne utrzymanie 8-osobowej rodziny i ani złotówka im nie zostaje na następny miesiąc. Do tych np. 300 zł trzeba doliczyć wyposażenie - dziecko musi mieć odpowiednie podręczniki, które niekoniecznie są w bibliotece, musi mieć farby, pędzle i inne przybory malarskie. Musi też czasami wziąć udział w jakiejś wystawie.
                    • olena.s Re: Pieniądze a edukacja 06.02.14, 07:25
                      Ano właśnie.
                      Podejrzewam, że ambitne i zdolne dzieci z ubogich wielkomiejskich rodzin inteligenckich mogą w zasadzie uzyskać równie dobre wykształcenie jak nawet nieco mniej zdolne i inteligentne dzieci z rodzin bogatszych. Ale do tego potrzeba jednak tych kilku czynników: dostępnego otoczenia, świadomości rodziców, że warto, ambicji i możliwości dzieci. Jeżeli któregoś z nich brakuje, to niestety ubóstwo zadziała negatywnie.
                      Ubogie dziecko z małego ośrodka może sobie nawet mieć talent Mozarta, ale szansa, że wpadnie na kogoś, kto ten talent dostrzeże, jest niewielka.
                      • grrrrw Re: Pieniądze a edukacja 07.02.14, 08:20
                        Temu ambitnemu dziecku daleko taniej niz bilet miesieczny byloby zamieszkac w miejscowosci, gdzie jest LO artystyczne na stancji.
                        • falka_85 Re: Pieniądze a edukacja 07.02.14, 08:57
                          Daleko taniej to może by i było, tylko że w 6-osobowym pokoju w suterenie. Koszt byłby porównywalny (jak nie wyższy, zależy od miasta), oczywiście gdyby znalazł się ktoś chętny wynająć pokój dla osoby niepełnoletniej.
                        • iksa_igrekowska Re: Pieniądze a edukacja 07.02.14, 14:39
                          Ale to nadal są dodatkowe pieniądze. Skąd mają je wziąć rodzice, którym pod koniec miesiąca nie zostaje nawet złotówka, a na co dzień żyją bardzo skromnie i gdyby chcieli oszczędzać, to musieliby zrezygnować z kupowania podstawowych produktów spożywczych i mydła?
                          W moim mieście wynajęcie pokoju na stancji to koszt 300-400 zł/miesiąc (trochę mniej kosztuje pokój w bursie), ale to przecież nie jest całkowity koszt. Jeśli dzieci mają wspólne ubrania (np. 3 swetry, które są na zmianę noszone przez 2 siostry w podobnym wieku), to dziecko albo musiałoby zabrać siostrze ubrania, albo zostawić i wyjechać bez, albo rodzice musieliby kupić komplet ubrań specjalnie dla niego. "Utrzymanie" dziecka w innym mieście to też koszty wyżywienia. W domu rodzice mogą zgotować gar zupy i są obiady dla całej rodziny, a jeśli dziecko mieszka gdzieś dalej, to muszą zgotować ten gar zupy i dać mu pieniądze na zgotowanie zupy dla siebie (lub zrobienie czegoś innego do jedzenia, ze składników, które trzeba kupić). Dziecko co jakiś czas musi wrócić do domu, więc trzeba zapłacić za jego przejazd przynajmniej raz w miesiącu. Licealista to nie student, więc rodzice muszą chodzić na zebrania do szkoły, a jeśli nie chodzą, to muszą dzwonić do wychowawczyni (to znowu koszt). Przy dojeżdżającym dziecku można ewentualnie przekazać mu jakąś kartkę, bo wiadomo, że codziennie widuje rodziców, ale jeśli widuje ich raz na miesiąc, to już z tym gorzej (zwłaszcza, jeśli dzieje się coś nagłego). I nadal nie rozwiązuje to problemu jakim jest kupowanie przyborów do szkoły artystycznej, a które tanie nie są. Tak czy inaczej jakieś koszty to za sobą niesie.
          • ewa_mama_jasia Re: Pieniądze a edukacja 02.01.14, 22:28
            Szkoła podstawowa oferuje naukę "tylko angielskiego" w wymiarze 2 lekcji tygodniowo dla klasy. Klasa liczy nawet 30 osób. Czego się nauczysz, jeśli nie masz silnej motywacji? Zdawać testy? A w szkole podstawowej przeważnie z motywacją krucho.
            Nauka języka na kursie w tej samej szkole nawet, ale prywatnie - 8-10 osób w grupie, 2x w tygodniu, ok, 1200 zł za semestr.
            W Domu Kultury też zajęcia płatne, też słono. Nauka gry na instrumencie - 30 zł za godz. Tyle samo, co u syna w szkole.
            Owszem, można znaleźć zajęcia za darmo lub za niewielką odpłatnością. Ale po pierwsze - trzeba wiedzieć, gdzie szukać i że w ogóle można szukac. A po drugie - najczęściej te tanie lub bezpłatne zajęcia też kosztują, tyle że dojazd czy czas. Bo nie zawsze ma się te zajęcia w odległości jednego przystanku autobusowego. Trzeba jechać na drugi koniec miasta lub do innej miejscowości.
            Dostać się na bezpłatne studia dzienne, w dodatku na prestiżowe kierunki, można, Ale najczęściej dostają się nie dzieci z ubogich rodzin z prowincji, nawet z tych a aspiracjami, ale z rodzin warszawskich (lub innych dużych miast), bogatych, które było stać na posyłanie dzieci na korepetycje i inne płatne zajęcia od początku edukacji.
            • myelegans Re: Pieniądze a edukacja 02.01.14, 23:06
              Na angielski zaczelam chodzic w 7 klasie do miasteczkowego Domu Kultury,pozniej mialam go w LO, pozniej na studiach. Po studiach zostalam na uczelni i zaczelam i zdalam FCE, pozniej Proficiency, uczylam sie duzo i sama i i zaczelam miec kontakt z native speakers, ktory wykorzystywalam na maxa, nawet randkowalam z jednym tylko w celu poprawy jezyka. NIGDY nie bylam w kraju angielsko jezycznym, nigdy nie mialam prywatnych lekcji. Wyjechalam do Stanow na studia doktoranckie, po zdaniu obowiazkowego TOEFLA, na ktorych mialam laborki ze studentami po tygodniu od przyjazdu.
              Ukonczylam studia, wykladalam na tutejszej uczelni, mam na sumieniu wiele publikacji i kilka rozdzialow ksiazek technicznych, uczylam tez wolontarystycznie w liceum.
              Nie jestem jakos specjalnie utalentowana jezykowo.....l
              • ewa_mama_jasia Re: Pieniądze a edukacja 03.01.14, 08:36
                To co mówię - motywacja potrzebna. I nie przeczę że się zdarza u młodszej młodziezy, ale nie jest rozpowszechniona. Prędzej z takim poziomem motywacji spotkamy się jak u Ciebie - w okresie studenckim, postudenckim.
                Przeciętne dzieciaki jeśli nie zmotywują ich rodzice, nie mają powodu do nauki - podstawówkę skończyć musza, gimnazjum też. Wśród moich znajomych (ludzie ok. 40ki, w większości po studiach, niektórzy po maturze) kwitnie przekonanie, ze w każdej szkole dziecko się nauczy jak będzie chciało. Owszem, w szkole sie nauczy, ale nie znajomości języka tylko zdawania testów. Nie sprzyja to wzrostowi motywacji.
                Ale nie zaprzeczam, że bywają jednostki od małego silnie zmotywowane. Jak ktoś naprawdę chce, jest zdolny i wie, gdzie szukac to nauczy się wszystkiego samodzielnie z dostępnych źródeł.
                • morekac Re: Pieniądze a edukacja 03.01.14, 10:00
                  to nauczy się wszystkiego samodz
                  > ielnie z dostępnych źródeł.
                  I sorki, teraz podstawą jest dostęp do internetu.
    • e-kasia27 Re: Pieniądze a edukacja 02.01.14, 20:18
      A po co w ogóle taka głupia dyskusja?
      Zawsze byli tacy, którzy się chcieli uczyć i tacy, którzy się uczyć nie chcieli i to zupełnie niezależnie od tego, czy się urodzili w rodzinie bogatej, czy biednej.
      Tym miernotom z bogatych rodzin było potem łatwiej żyć, bo firmę po tatusiu przejęli i jak nawet jej utrzymać w formie nie potrafili, to przynajmniej mieli co sprzedać i za co pić.

      Ale tak z drugiej strony, co by to było, gdyby tak nagle sami geniusze zaczęli się rodzić i wszyscy by studia chcieli kończyć... - kto by wtedy kubły ze śmieciami do śmieciarki ładował? kto by ulice zamiatał? kto by kible mył?
      Bieda by nastała straszna: smród, brud i ubóstwo, gdyby tak zabrakło tych, którzy mają kiepskie, albo nie mają żadnego wykształcenia.
      No chyba, że do zamiata ulicy też trzeba by było odpowiednie studia skończyć.
      W zasadzie to teraz dużo magistrów w sklepach za ekspedientki "robi", a kiedyś wystarczało w tym celu zawodówkę skończyć.
      Czasy się zmieniają.
      Ale zawsze byli i będą, i geniusze, i matoły, i cała rzesza średniaków - i całe szczęście, bo oni wszyscy są potrzebni w społeczeństwie, aby mogło dobrze funkcjonować.
    • falka_85 Re: Pieniądze a edukacja 02.01.14, 21:42
      Myślę, że dyskusję należałoby zacząć od zdefiniowania pojęcia "naprawdę biednych rodzin". Dla mnie to ludzie, którzy muszą się gimnastykować, żeby dzieci głodne i w dziurawych butach nie chodziły, żeby było na węgiel czy inne ogrzewanie na zimę. Rodziny, w których właściwie niepotrzebnie kupuje się pianino no nijak mi pod tą definicję nie podpadają smile
      • verdana Re: Pieniądze a edukacja 02.01.14, 22:27
        10/10
      • myelegans Re: Pieniądze a edukacja 02.01.14, 23:00
        "na prawde biedne rodziny" to w wiekszosci rowniez niewyksztalcone rodziny, ktore nawet gdyby do pieniedzy doszly, nie przeznaczyliby ich na podroze, kupowanie ksiazek, czy wykupienie sezonowego karnetu do opery, bo po prostu ani potrzeby, ani wzorcow nie maja.

        Baaardzo rzadko sie zdarza, ze dzieci z "na prawde biednych rodzin" co to z MOPS-ow i innych organizacji musza korzystac, beda chodzily do bibliotek, uczyly sie jezyka na wlasna reke, czy skladaly pieniadze na wyjazd zagraniczny. NIe beda, bo nie maja wzorcow. Wyjatki sie oczywiscie zdarzaja. Znam wiele takich rodzin, bo mam ich w rodzinie, wielodzietni, rodzice chlopo-robotnicy, pracujacy, ale bieda byla, nawet dosyc duza. Zadne z nich nie ukonczylo studiow (a byli wsrod nich tez Ci zdolni), wielu jest bezrobotnych w obecnych czasach, ale juz swoje dzieci pchaja na studia, bo sami w wieku 50+ lat jezdza na saksy do Niemiec, zeby dorobic, bo po kilkunastu latach bezrobocia, emeryture beda mieli marna.
        • falka_85 Re: Pieniądze a edukacja 02.01.14, 23:35
          Ależ jak najbardziej rozumiem. Sama znam takie przypadki i napatrzyłam się na nie aż za dużo. Czytając ten wątek mam wrażenie, że wyrażenie "naprawdę biedny" dla każdego znaczy coś innego, a bez zdefiniowania, choćby przybliżonego, tego pułapu cała dyskusja jest zupełnie jałowa i bez sensu. Jedna pani pisze o "niepotrzebnie kupionym pianinie" (nie o pianinie kupionym kosztem wyrzeczeń, bo zdolne dziecko trzeba kształcić), druga której dziecko dwa lata było w jednej z najdroższych szkół w mieście rozważa szanse edukacyjne swojej córki w obliczu jej "niezamożności", mowa jest o korkach chyba z połowy przedmiotów w szkole, kursach angielskiego po 1400zł za semestr, wyjazdach zagranicznych itd. Kurcze ci "naprawdę biedni" to gdzieś tak do zarobków nieco powyżej średniej krajowej chyba są smile
          • joa66 Re: Pieniądze a edukacja 02.01.14, 23:42
            , że wyrażenie "naprawdę biedny" dla każdego znaczy coś innego,

            podobnie jak "bajońskie sumy"

            Dla mnie "biedny" na użytek tego wątku to ktoś kto nie może sobie pozwolić na żadne (lub tylko na ekstremalnie ograniczone) wydatki związane z edukacją dziecka.
          • lily-evans01 Re: Pieniądze a edukacja 03.01.14, 10:51
            druga której dziecko dwa lata było w jednej z na
            > jdroższych szkół w mieście rozważa szanse edukacyjne swojej córki w obliczu jej
            > "niezamożności"
            Czuję się wywołana do tablicy, więc odpowiadam wink.
            Dla mnie ludzie zamożni to tacy, których stać na o wiele, wiele więcej niż przeciętnie dostępne zajęcia dla dzieci typu angielski w szkole językowej czy aikido w klubie sportowym. Jeżeli ktoś posyła dziecko do szkoły publicznej, ma przeciętne auto, jedno mieszkanie, jedzie na wakacje raz do roku na dwa tygodnie, to naprawdę nie jest zamożny. Powodzi mu się po prostu przeciętnie - normalnie. W klasie mojej córki były dzieci regularnie uprawiające jazdę konną, szermierkę, a to są koszty nie tylko nauki, ale i strojów, wyposażenia itp., na wakacje jeżdżące pardon latające na Karaiby. Tak więc z naszym karate, szkołą muzyczną i wakacjami w Kołobrzegu wypadamy blado zapewne wink - bo moje możliwości mieszczą się w pewnej średniej. Ale naprawdę nie czuję, żebym jakoś zmniejszała możliwości edukacyjne mojego dziecko przez to, że jak na razie najdalsza nasza wspólna wyprawa była na Rugię, a nie na Dominikanę wink. Dziecko było z kolei w najdroższej szkole w mieście, bo kierowałam się błędną opinią, że tak dobra szkoła da mu większe szanse edukacyjne i warto przyoszczędzić na sobie, by opłacić czesne. Ale w ciągu tych dwóch lat przekonałam się, że poziom szkoły i wyniki to nie wszystko, no i zrezygnowałam.
            • verdana Re: Pieniądze a edukacja 03.01.14, 10:56
              Ale to nie jest wątek o tym, jak bogactwo wpływa na edukację - tylko o tym, czy niezamożne dzieci mają równie dobre szanse edukacyjne.
              Niezamożny to nie ten, którego nie stać na roczny wyjazd dziecka do szkoły z internatem w Anglii, tylko ten, którego nie stać na podręcznik angielskiego do szkoły.
              Zamożny i bogaty to nie to samo - przeciętnie zamożnego człowieka nie stać często na Dominikanę. Zazwyczaj nawet nie stać.
            • morekac Re: Pieniądze a edukacja 03.01.14, 12:04
              Wątek nie jest o zamożnych i bogatych, tylko o dzieciach z rodzin 'naprawdę biednych'. Jeśli ktoś ma mieszkanie, przeciętne auto i jeździ na 2-tygodniowe wakacje, to najczęściej nie jest 'naprawdę biedny'. Zgoda, bogaty czy zamożny nie jest, ale survivalu nie uprawia.
            • falka_85 Re: Pieniądze a edukacja 03.01.14, 13:02
              lily-evans01 napisała:
              > Ale naprawdę nie czuję, żebym jakoś zmniejszała możliwo
              > ści edukacyjne mojego dziecko przez to, że jak na razie najdalsza nasza wspólna
              > wyprawa była na Rugię, a nie na Dominikanę wink.
              Wiesz ale wątek zaczął się od naprawdę biednych rodzin, a nie przeciętnych, czy nawet tych nieco poniżej przeciętnej smile Twoje wpisy przystają do grupy wyjściowej jak pięść do nosa.
              Tak sobie myślę: wrzuć na luz. To, że twoje dziecko nie chodzi do jednej z najdroższych szkół w mieście, nie uprawia szermierki, nie jeździ pardon lata na Karaiby to nie znaczy, że a) zaprzepaszcza szanse edukacyjne b) właśnie przegrywa życie, c) zawodzisz jako matka czy coś w ten deseń. Wyrzuć obrazy z dwóch lat pobytu twego dziecka w tej elitarnej szkole bo tylko będziesz się niepotrzebnie nakręcać, z tego co piszesz w sensie materialnym dajesz swemu dziecku całkiem sporo.
      • ghrtth Re: Pieniądze a edukacja 03.01.14, 00:57
        W tych rodzinach akurat tak było rzeczywiście, że był problem z zaspokojeniem podstawowych wydawałoby się potrzeb, ale oni się jakoś do tego przyzwyczaili i nauczyli się z tym żyć. Dochód na osobę był skrajnie niski, ale do tego dochodziły stypendia socjalne dwójki dzieci. No i pianino ci muzyczni akurat mieli odziedziczone po którejś rodzinie, chociaż stare i nienastrojone.

        Kiedy decydowali się na dzieci sytuacja była lepsza, pogorszyło się kiedy dzieci były malutkie. W wątku chodziło mi nie tylko o osoby skrajnie ubogie, znane mi rodziny podałam jako jaskrawy przykład. Raczej miałam na myśli sytuację, w której nie ma pieniędzy na żadne dodatkowe zajęcia, ale podstawowe potrzeby są spełniane.
        • joa66 Re: Pieniądze a edukacja 03.01.14, 10:23
          Moim zdaniem należy zacząc od tego, że każdy rodzic ma okreslone cele edukacyjne, które są wypadkową jego własnych pomysłów jak i zainteresowania i talentów dzieci.

          Trudno rozpatrywać koszty i możliwosci jezeli się nie wiem jakie te cele są. Szczególnie, że ogromnie dużo zależy od czynników takich jak miejsce zamieszkania, szkoły , do której dziecko chodzi i jej oferty, możliwości rodzinno-towarzyskich rodzicow, osobowości rodziców (np czy jest w stanie pomóc w lekcjach bez nerwicy itp) , rodzaju i jakości mediów w domu itp. Im więcej pozytywnego wkladu tym lepiej.

          p.s. mała uwaga do nauki języków obcych - w standardowym układzie czyli 2 h języka obcego w tygodniu w klasach 20-30 osobowych są nikłe szanse na to, żeby dziecko nauczyło się mówić. Poza tym to KIEDY dziecko osiągnie przyzwoity poziom jezyka obcego jest wazne dla tych, ktorzy chcą "wypuscić dziecko z gniazda" ze znajomością 2 jezyków obcych.


          Matematyki da się nauczyc w szkole, bez wsparcia, jak najbardziej pod warunkiem, ze jest dobry nauczyciel
      • plater-2 tytulem wyjasnienia 03.01.14, 08:56
        Pianino uzywane, kosztowalo akurat tyle, co mielismy kasy po sprzedaniu samochodu marki SAJRENA.big_grinDDDDDD
        To byly bardzo popularne luksusowe samochody osobowe w PRL, jak ktos mlodszy i nie wie.
        • morekac Re: tytulem wyjasnienia 03.01.14, 09:59
          Ale jednak mieliście je gdzie wstawić.
          • plater-2 Re: tytulem wyjasnienia 03.01.14, 20:09
            Przykro mi, nigdy nie bylo mi dane mieszkac w budce telefonicznej.

            W mlodosci mieszkalam z Mama w kawalerce 24 m2. Pianina nie mialam, uczylam sie w ognisku.

            Jak pianino kupilismy, to mieszkalismy gdzie indziej. Na 38 m2 z trojka dzieci.

            Dopiero wiosna 1990 przenieslsmy sie tu, gdzie teraz mieszkamy.
            • morekac Re: tytulem wyjasnienia 03.01.14, 20:43
              Ciekawe, dlaczegóż nie miałyście pianina w owym oszałamiającym przestrzenią apartamencie? Obstawiam nie tylko względy finansowe... Ostatnio oglądałam sobie jakiś program - po ułożeniu się domowników do snu, nie było tam wolnego kawałka podłogi. W takich warunkach wyzwaniem jest odrobienie lekcji, rozwój pasji uprawianych w domu można sobie darować.
              Naprawdę, chyba cały czas patrzycie na to z perspektywy osób może nie oszałamiająco, ale w miarę przyzwoicie zarabiających - tak, że jednak na coś tam starcza.
              Co do języków - gimnazjaliści nie pochodzący z dużych miast osiągają zasadniczo gorsze rezultaty w egzaminach gimnazjalnych z angielskiego. To nie są trudne i skomplikowane testy - obstawiałabym jednak gorszy dostęp do dodatkowych zajęć z języka - czy to z powodu finansów czy dojazdów.
              • plater-2 Re: tytulem wyjasnienia 03.01.14, 21:39
                Mysle,ze gdybym rzeczywiscie byla bardzo uzdolniona muzycznie, "miala reke" do instrumentu, znalazlaby sie jakas rada.
                Moja Kochana Mama kupilaby pianino, znalazla miejsce, zaplacila ludzi, ktorzy by je wniesli na III pietro.

                Ja gralam poprawnie rozmaite wprawki i etiudki dla dzieci i tyle !! Sprawialo mi to kilka lat przyjemnosc. Jak poszlam do LO, zrezygnowalam, bo to nie miało juz sensu. Osiagnelam prog swoich umiejetnosci, nie bardzo wysoki...
                Nigdy nie bylo moim marzeniem zostac pianistka estradowa.
                Nie odczulam tego,ze przestalam sie uczyc jako porazki.
                Zajelam sie czyms innym.
    • wuika Re: Pieniądze a edukacja 02.01.14, 23:52
      Szkoły muzyczne to są zajęcia dodatkowe. Instrumenty nie są za darmo. Coś się historyjka rozjechała.
      • ghrtth Re: Pieniądze a edukacja 03.01.14, 00:44
        Można "dostać" instrument od szkoły. Płaci się składki, ale nie wiem dokładnie, jak to jest, ktoś coś pisał o możliwości zwolnienia z opłat niektórych dzieci i tak tutaj musiało być.
        • guderianka Re: Pieniądze a edukacja 03.01.14, 09:04
          Podoba mi się sformułowanie, które padło gdzies wyżej "dziedzictwo kulturowe". Jednak chyba żadna z piszących nie wspomniała nic o indywidualnych umiejętnościach. Podam dwa przykłady, całkowicie odmienne, cofając się do pokolenia dziadków

          Ja
          I dziadek- wykształcenie podstawowe, żołnierz AK, wykonukący zawód leśnika-nie czytający
          I babcia- III klasy szkoły podstawowej, nie pracowała, umiała się tylko podpisać
          jeden z ich synów,mój Tata- wykształcenie wyższe, inżynierskie, w chwili śmierci 47 Naczelnik na PKP(rodzeństwo wykształcenie zawodowe-brat pracujący na budowie, siostra nie pracująca)

          II dziadek- panieński syn swojej matki, pracujący w PGR fizycznie
          II babcia- wykształcenie podstawowe, pracująca w PGR ale po wypadku na rencie-12 dzieci
          moja mama-wykształcenie średnie ekonomiczne,
          Ja -jedynaczka. W domu czytał Tata, mama swego czasu harlekiny tongue_out- ja pochłaniałam i pochłaniam książki, uwielbiałam się uczyć, poznawać nowe, dokształcać się- wykształcenie wyższe-mgr historii

          mój M
          I dziadek- wykształcenie wyższe -prokurator
          I babcia- wykształcenie wyższe-prawnik
          dziecko teściowa-wykształcenie wyższe, rusycystka, polonistka-uwiebia czytać

          II dziadek-wyszktałc. podstawowe,, nie czyta
          II babcia-chyba tak samo
          troje dzieci -wykształcenie średnie, -jedno z nich teść- obecnie wykłada na uczelni wyższej (dr), przez lata wysoko w branży mundurowej
          mój Mjedynak- lubi czytać tylko sf-czyta dużo mniej niż ja, wykształcenie wyższe-mgr historii tongue_out

          Skończyliśmy tak samo-mając różną przeszłość, różne przykłady z dzieciństwa-przy czym ja nadal mam głód wiedzy, poznawania, czytania, pisania. On ma zupełnie inny charakter, realizuje się na innych polach. Jakie będą nasze dzieci -czas pokaże. Póki co Starsza której czytaliśmy od najmłodszych lat-nie lubi czytać tongue_out

          Przepraszam za długi wywód-chciałam podkreślić znaczenie cech indywidualnych-niezależnych od pieniędzy i dziedzictwa kulturowego
          • plater-2 Re: Pieniądze a edukacja 03.01.14, 20:06
            Glod wiedzy mozna zaspokajac niekoniecznie poprzez czytanie ksiazek. Wiedza to jeszcze nie wykszatalcenie...

            Czesto mowi sie dzieciom - czytaj, bedziesz wiecej wiedzial. Lepiej - czytaj bedziesz madrzejszy...
            Ale i to nie jest prawda, mozna czytac tylko harlekiny albo historie o duchach.
            Mozna czytac dla przyjemnosci obcowania z pieknym tekstem (te slynne "opisy przyrody" :]) . Po co sie czyta poezje ?
        • lily-evans01 Re: Pieniądze a edukacja 03.01.14, 10:56
          Instrument można wypożyczyć od SM. W niektórych szkołach to wypożyczenie trochę kosztuje, w innych niewiele (symboliczne kwoty, rzędu 20 zł/m-c). Niemniej jest możliwość zwrócenia się do RR o dofinansowanie instrumentu na własność, jeżeli dziecko już odnosi jakieś sukcesy.
          No i można być zwolnionym z opłaty rocznej na RR, można dostać zwrot kosztów biletów/noclegów, jeśli dziecko jeździ na przeglądy, konkursy (warunek jest jeden - muszą być jakieś sukcesy, ale wiadomo, że na konkursy kieruje się osoby, które na egzaminach technicznych uzyskały najlepsze noty).
    • jusytka Re: Pieniądze a edukacja 03.01.14, 08:55
      Moja niepracująca siostra, skromne życie z jednej pensji i genialne dzieci, którym poświęca maksimum uwagi smile
    • vidy A propos ksiegozbioru 06.02.14, 15:38
      W moim pokoju mialam 4 regaly biblioteczne pelne ksiazek dzieciecych i mlodziezowych. I niestety musialam wszystko odbudowywac dla mojej coreczki. Moj tato mial genialny pomysl. Wszystkie ksiazki i zabawki rozdal dzieciom ze swojej rodziny jak bylam nastolatka. Strasznie jest mi zal wielu ksiazek z pieknymi ilustracjami Szancera czy Grabianskiego, a z zabawek - mebelkow dla lalek. Teraz bylby w sam raz do pokoikow lalek Monster High wink

      Mamy wspanialy ksiegozbior w roznych jezykach, ktore znamy. Co za radosc mialam wczoraj, jak bylam z corka w niemieckojezycznej ksiegarni i wybrala sobie bajeczke do samodzielnego czytania. Zna juz troszke niemieckiego i chce czytac tak jak po francusku, polsku i angielsku (tez poczatki).

      Dzieci trzeba motywowac i pomagac im w osiagnieciu celu i spelnienia marzen. Znam mlodego chlopaka, ktory cale zycie chcial byc strazakiem. Skonczyl politechnike i pracuje w strazy pozarnej.

Nie masz jeszcze konta? Zarejestruj się


Nakarm Pajacyka