Hej!
Kilka refleksji z week-endu w Paryzu, gdzie dolaczylismy do meza i
ojca "uprawiajacego" konferencje. Uprzedzam, ze dlugie.
W piatek o 12h w poludnie udalo mi sie "urwac" z pracy, gdzie jak na zlosc
wszystko sie walilo i palilo i kazdy mial milion rzezy do zalatwienia przed
week-endem. Tym niemniej dostalam wolne popoludnie i nie zamierzalam
przegapic pociagu wiec "upchnelam" co najpilniejsze i pognalam na zlamanie
karku do siebie. Odzyskalam Grubcia u niani - dokarmionego, wypucowanego na
blysk. Najpierw byl pociag podmiejski od nas do Grenoble (zeby nie brac
samochodu na dworzec). Wozek, w wozku Grubcio, na wozku dwie torby, no i ja z
torebka. 20 minut pozniej bylismy na dworcu. Znow dziwnym trafem samorzutnie
ktos zapytal, czy mi zniesc wozek z peronu

Potem sie zaczely schody... kto nigdy nie wsiadal do TGV z takim majdanem,
ten nie wie, o czym mowie. Jednakze znow, jak za dotknieciem rozdzki pojawila
sie mila pani (z wygladu, wieku i sposobu bycia do zludzenia przypominajaca
Gabrysie Borejko

i oznajmila, ze ona mi z najwieksza przyjemnoscia
potrzyma Grubcia podczas gdy ja bede walczyc z wozkiem, skladaniem go i
upychaniem na polki bagazowe. No, chyba ze wole sama potrzymac Grubcia, to
ona mi zlozy wozek. A zanim odpowiedzialam to zlapala moje torby i zaniosla
na nasze siedzenie...
Zainstalowalismy sie, pociag byl niestety wypelniony (tzn miejsca wszystkie
zajete) z wyjatkiem dwoch na przeciwko (w pewnym momencie poczulam sie jak
tredowata z powodu dziecka

ale wiem, ze przy rezerwacjach robia tak
specjalnie, bo wiadomo jak z maluchami jest.
A potem? Potem moi wspolpasazerowie dali dowod nadludzkiej cierpliwosci i
wyrozumialosci, zwlaszcza pan, ktory siedzial tuz kolo mnie. Pozwalam Wam
sobie wyobrazic mnie i Grubcia (przede wszystkim Grubcia), przez trzy godziny
na 0.5 m2... Wlazil na stolik i zlazil, obracal sie, wtykal palce w kazda
szpare (dobrze, ze te pociagi sa czyste!!), rzucal przedmiotami (swoimi i
cudzymi) na ziemie, pial ze szczescia kiedy pan sasiad je podnosil i dawaj od
nowa. Wszystko, co zazwyczaj w domu wyglada zupelnie normalnie i nie wadzi
(tzn. dziki ryk kiedy zabronilam wchodzenia na stolik, perlisty smiech na
cale gardlo przy rzucaniu rzeczy na ziemie, "strzelanie" plastikowym kubkiem
mietym w lapkach, wspinanie po fotelu i machanie lapkami do wszystkich
naokolo, wysokie trele do utraty tchu - wlasnego i sluchaczy, itp) w tych
warunkach bylo naprawde uciazliwe. Kto mogl, to zalozyl sluchawki na uszy,
inni patrzyli wyrozumiale i z usmiechem, jakas pani - chyba z migrena-
wyszla.
Moj sasiad po jakiejs chwili tej gimnastyki (beznamietne podnoszenie
Grubciowych rzeczy z podlogi) spojrzal na mnie i rzekl:
- no niech pani przestanie mnie co dwie minuty przepraszac, bo przed nami
jeszcze 3 godziny. Poza tym chyba ma pani prawo miec dziecko, o ile mi
wiadomo?
Tak wyjasniwszy kwestie formalne wstal i stwierdzil, ze idzie sobie kupic cos
do picia, zapytal czy cos mi przyniesc. Poprosilam od wode (od rana nic w
ustach nie mialam) i chcialam dac mu pieniadze ale powiedzial, ze zalatwimy
to pozniej. Wrocil po chwili z oszroniona butelka dla siebie i dla mnie.
Kiedy zapytalam ile mu jestem winna odpowiedzial, ze skoro juz sie wymaga od
niego rozliczen wydatkow z podrozy, to on musi tam przeciez cos wpisac, wiec
zebym sie uspokoila, bo to firma stawia i raczej sie nie zrujnuje...
Po dwu godzinach szalenstw Grubciowych wyszlam z nim na korytarz (z Grubciem
znaczy, nie z sasiadem) zeby dac ludziom odsapnac. Zaraz pojawila
sie "Gabrysia" i jeszcze jakis pan i sobie gaworzylismy a oni sie martwili ,
ze takiemu maluchowi to sie dluzy... "Gabrysia" zapytala, czy moze gowziac,
to sobie odpoczne nieco. Oddalam. Wziela go na rece, bawili sie odbiciami w
szybie, chichotali, a w pewnej chwili Grubcio - po prostu zamknal oczy i
zasnal. W jednej sekudzie. Poszlam usiasc na swoje miejsce a ona mi go
ulozyla na kolanach i byl spokoj dopoki konduktor nie ryknal przez mikrofon,
ze zaraz dojezdzamy na miejsce. Grubcio wtedy otworzyl slepia i tez ryknal,
od serca. Postanowilam poczekac, az wszyscy wysiada i dopiero wtedy sie
tarabanic z moim majdanem. Nade mna stanela "Gabrysia" oznajmiajac, ze
wyniosla mi juz wozek na peron ale niestety nie umie go rozlozyc... Zdebialam
z wdziecznosci. Oddalam jej Grubego, rozlozylam wozek, poukladalam torby i
Grubcia, pomachalismy sobie na dowidzenia z "Gabrysia" i pognalismy do RER
(kolej podmiejska), bo czekala nas jeszcze przeprawa z Dworca Lyonskiego do
miejsca przeznaczenia, gdzie czekal maz i ojciec prosto z konferencji.
Schody ruchome okazaly sie nieruchome (czego w tej masie kudzkiej nie
dostrzeglam) i kiedy stanelam zastanawiajac sie jak pokonac te kilometry w
dol, wozek nagle sie uniosl "sam" i dwie rozne osoby zaczely go znosic ze
mna. Bez pytania, bez gadania.
Potem przed automatem biletowym klebil sie dziki tlum a moj pociag odjezdzal
za chwilke doslownie. Jakas spani zapytala, czy ja tylko po jeden bilet i
wtulila mi jakis do reki w zamian za cala reszte drobnych, jaka mialam w
portfelu (pozniej sie okazalo, ze to nie ten bilet i w ogole, ale jako ze nie
bylo kontroli to zylam w nieswiadomosci, ze mnie wyrolowano).
Bramki w podziemiach sa dla ludzi, nie dla wozkow. Trzeba bylo zadzwonic i
poczekac, az nam otworza specjalna bramke. Pobieglam do stojacego na peronie
RER z pytaniem, czy to kierunek Marne la Vallee. Jakis czlowiek zawolal: nie,
to po drugiej stronie, tylko niech pani nie wsiada do kazdego, ktory sie
nawinie bo ma dwie rozne trasy!
Jakism cudem udalo sie nam wsiasc (jak do sauny) i po 20 minutach wysiedlismy
na miejscu przeznaczenia, gdzie przy kolejnej bramce czekal rownie wykonczony
acz usmiechniety i steskniony maz i ojciec, nadal w garniturze i krawacie
(gotowal sie na miekko) i porwal nas w objecia (najpierw Grubcia, potem
mnie

Pojechalismy do hotelu i nastapila mila czesc wieczoru