Dodaj do ulubionych

week-end w Paryzu. Odc.1 Podroz

13.09.04, 10:52
Hej!
Kilka refleksji z week-endu w Paryzu, gdzie dolaczylismy do meza i
ojca "uprawiajacego" konferencje. Uprzedzam, ze dlugie.
W piatek o 12h w poludnie udalo mi sie "urwac" z pracy, gdzie jak na zlosc
wszystko sie walilo i palilo i kazdy mial milion rzezy do zalatwienia przed
week-endem. Tym niemniej dostalam wolne popoludnie i nie zamierzalam
przegapic pociagu wiec "upchnelam" co najpilniejsze i pognalam na zlamanie
karku do siebie. Odzyskalam Grubcia u niani - dokarmionego, wypucowanego na
blysk. Najpierw byl pociag podmiejski od nas do Grenoble (zeby nie brac
samochodu na dworzec). Wozek, w wozku Grubcio, na wozku dwie torby, no i ja z
torebka. 20 minut pozniej bylismy na dworcu. Znow dziwnym trafem samorzutnie
ktos zapytal, czy mi zniesc wozek z peronu smile
Potem sie zaczely schody... kto nigdy nie wsiadal do TGV z takim majdanem,
ten nie wie, o czym mowie. Jednakze znow, jak za dotknieciem rozdzki pojawila
sie mila pani (z wygladu, wieku i sposobu bycia do zludzenia przypominajaca
Gabrysie Borejko wink i oznajmila, ze ona mi z najwieksza przyjemnoscia
potrzyma Grubcia podczas gdy ja bede walczyc z wozkiem, skladaniem go i
upychaniem na polki bagazowe. No, chyba ze wole sama potrzymac Grubcia, to
ona mi zlozy wozek. A zanim odpowiedzialam to zlapala moje torby i zaniosla
na nasze siedzenie...
Zainstalowalismy sie, pociag byl niestety wypelniony (tzn miejsca wszystkie
zajete) z wyjatkiem dwoch na przeciwko (w pewnym momencie poczulam sie jak
tredowata z powodu dziecka wink ale wiem, ze przy rezerwacjach robia tak
specjalnie, bo wiadomo jak z maluchami jest.
A potem? Potem moi wspolpasazerowie dali dowod nadludzkiej cierpliwosci i
wyrozumialosci, zwlaszcza pan, ktory siedzial tuz kolo mnie. Pozwalam Wam
sobie wyobrazic mnie i Grubcia (przede wszystkim Grubcia), przez trzy godziny
na 0.5 m2... Wlazil na stolik i zlazil, obracal sie, wtykal palce w kazda
szpare (dobrze, ze te pociagi sa czyste!!), rzucal przedmiotami (swoimi i
cudzymi) na ziemie, pial ze szczescia kiedy pan sasiad je podnosil i dawaj od
nowa. Wszystko, co zazwyczaj w domu wyglada zupelnie normalnie i nie wadzi
(tzn. dziki ryk kiedy zabronilam wchodzenia na stolik, perlisty smiech na
cale gardlo przy rzucaniu rzeczy na ziemie, "strzelanie" plastikowym kubkiem
mietym w lapkach, wspinanie po fotelu i machanie lapkami do wszystkich
naokolo, wysokie trele do utraty tchu - wlasnego i sluchaczy, itp) w tych
warunkach bylo naprawde uciazliwe. Kto mogl, to zalozyl sluchawki na uszy,
inni patrzyli wyrozumiale i z usmiechem, jakas pani - chyba z migrena-
wyszla.
Moj sasiad po jakiejs chwili tej gimnastyki (beznamietne podnoszenie
Grubciowych rzeczy z podlogi) spojrzal na mnie i rzekl:
- no niech pani przestanie mnie co dwie minuty przepraszac, bo przed nami
jeszcze 3 godziny. Poza tym chyba ma pani prawo miec dziecko, o ile mi
wiadomo?
Tak wyjasniwszy kwestie formalne wstal i stwierdzil, ze idzie sobie kupic cos
do picia, zapytal czy cos mi przyniesc. Poprosilam od wode (od rana nic w
ustach nie mialam) i chcialam dac mu pieniadze ale powiedzial, ze zalatwimy
to pozniej. Wrocil po chwili z oszroniona butelka dla siebie i dla mnie.
Kiedy zapytalam ile mu jestem winna odpowiedzial, ze skoro juz sie wymaga od
niego rozliczen wydatkow z podrozy, to on musi tam przeciez cos wpisac, wiec
zebym sie uspokoila, bo to firma stawia i raczej sie nie zrujnuje...
Po dwu godzinach szalenstw Grubciowych wyszlam z nim na korytarz (z Grubciem
znaczy, nie z sasiadem) zeby dac ludziom odsapnac. Zaraz pojawila
sie "Gabrysia" i jeszcze jakis pan i sobie gaworzylismy a oni sie martwili ,
ze takiemu maluchowi to sie dluzy... "Gabrysia" zapytala, czy moze gowziac,
to sobie odpoczne nieco. Oddalam. Wziela go na rece, bawili sie odbiciami w
szybie, chichotali, a w pewnej chwili Grubcio - po prostu zamknal oczy i
zasnal. W jednej sekudzie. Poszlam usiasc na swoje miejsce a ona mi go
ulozyla na kolanach i byl spokoj dopoki konduktor nie ryknal przez mikrofon,
ze zaraz dojezdzamy na miejsce. Grubcio wtedy otworzyl slepia i tez ryknal,
od serca. Postanowilam poczekac, az wszyscy wysiada i dopiero wtedy sie
tarabanic z moim majdanem. Nade mna stanela "Gabrysia" oznajmiajac, ze
wyniosla mi juz wozek na peron ale niestety nie umie go rozlozyc... Zdebialam
z wdziecznosci. Oddalam jej Grubego, rozlozylam wozek, poukladalam torby i
Grubcia, pomachalismy sobie na dowidzenia z "Gabrysia" i pognalismy do RER
(kolej podmiejska), bo czekala nas jeszcze przeprawa z Dworca Lyonskiego do
miejsca przeznaczenia, gdzie czekal maz i ojciec prosto z konferencji.
Schody ruchome okazaly sie nieruchome (czego w tej masie kudzkiej nie
dostrzeglam) i kiedy stanelam zastanawiajac sie jak pokonac te kilometry w
dol, wozek nagle sie uniosl "sam" i dwie rozne osoby zaczely go znosic ze
mna. Bez pytania, bez gadania.
Potem przed automatem biletowym klebil sie dziki tlum a moj pociag odjezdzal
za chwilke doslownie. Jakas spani zapytala, czy ja tylko po jeden bilet i
wtulila mi jakis do reki w zamian za cala reszte drobnych, jaka mialam w
portfelu (pozniej sie okazalo, ze to nie ten bilet i w ogole, ale jako ze nie
bylo kontroli to zylam w nieswiadomosci, ze mnie wyrolowano).
Bramki w podziemiach sa dla ludzi, nie dla wozkow. Trzeba bylo zadzwonic i
poczekac, az nam otworza specjalna bramke. Pobieglam do stojacego na peronie
RER z pytaniem, czy to kierunek Marne la Vallee. Jakis czlowiek zawolal: nie,
to po drugiej stronie, tylko niech pani nie wsiada do kazdego, ktory sie
nawinie bo ma dwie rozne trasy!
Jakism cudem udalo sie nam wsiasc (jak do sauny) i po 20 minutach wysiedlismy
na miejscu przeznaczenia, gdzie przy kolejnej bramce czekal rownie wykonczony
acz usmiechniety i steskniony maz i ojciec, nadal w garniturze i krawacie
(gotowal sie na miekko) i porwal nas w objecia (najpierw Grubcia, potem
mnie wink
Pojechalismy do hotelu i nastapila mila czesc wieczoru smile
Obserwuj wątek
    • gosiapp Re: week-end w Paryzu. Odc.1 Podroz 13.09.04, 10:59
      Dziekuje za to wspaniale opowiadanie !!!
      Swiat znowu sie usmiecha .
      Bede dzis miec dobry dzien

      Ide rozdawac usmiech

      Pozdrawaim
    • koleandra Re: week-end w Paryzu. Odc.1 Podroz 13.09.04, 11:06
      A moje nerwy takie mocne nie są i w takich przypadkach szczerze się uśmiechac
      nie umiem. Podróż z takim maluchem to udręka. Już sobie to wszystko
      wyobraziłam...
    • ania.silenter_exunruzanka Re: week-end w Paryzu. Odc.1 Podroz 13.09.04, 11:08
      Bardzo fajne opowiadanie z ciekawa narracjasmile. Niedlugo i mnie czekaja takie
      podroze z Ola, ktora - poki co - rozpoczela dzis swoja "zlobkowa" kariere.
      pozdrawiam i czekam na ciag dalszy tej historiismile
      • dorrit Re: week-end w Paryzu. Odc.1 Podroz 13.09.04, 11:33
        Super Wam poszlo, gratuluje!
        Ja z moja zawadiacka dwojka chlopakow na razie nie pisze sie na samotne
        podroze. Za szybko biegaja i niekoniecznie obaj w tym samym kierunku...
    • elasz4 Re: week-end w Paryzu. Odc.1 Podroz 13.09.04, 11:59
      Poproszę o ciąg dalszy
    • edzio_grubas Re: week-end w Paryzu. Odc.1 Podroz 13.09.04, 12:13
      Przypomnialy mi sie opowiesci mojej mamy, ktora jechala na Swieta do rodzicow
      pociagiem (200km - 5h). Gdy dojechala na dworzec i gonila na pociag (ze mna w
      wozku i dwiema siostrami w wieku 2 i 5 lat), przez megafon uslyszala wiadomosc,
      ze pociag wyjatkowo bedzie podstawiony na inny peron. Chwycila wiec 2 walizki
      (za kazda trzymaly sie moje siostry) i zniosla do przejscia podziemnego, a
      potem zniosla wozek ze mna (zaladowany na dole po brzegi a ponoc jeszcze ja "w
      nogach" mialam nocnik). Na szczescie z wniesieniem pomogl jej jakis starszy
      pan, I wiecie co? Kocham moja mame jeszcze bardziej po tej opowiesci. Acha,
      tato wtedy siedzial w jednostce wojskowej w innym miescie.
    • anita001 Re: week-end w Paryzu. Odc.1 Podroz 13.09.04, 12:17
      Wierze w ta opowiesc. W paryzu bywam dosc czesto i to z moim dzieckiem, dzis
      juz prawie trzy latkiem, wiec juz bez wozka. Ludzi rzyczliwi, dziecko im nie
      przeszkadza, pomagaja wniesc czy zniesc wozek. Pan z obslugi metra nawet nie
      otwieral nam bramek dla wozkow tylko prowadzil takim przejsciem, ktorym to
      wychodzilo sie wprost na peron.
      Tera zczeka nas podroz do Paryza, ale tym razem samolotowa, wiec pasazerowie
      beda miel mniej czasu na denerowowanie sie smile
      Pozdrawiam
    • izams Re: week-end w Paryzu. Odc.1 Podroz 13.09.04, 12:27
      Witam - poproszę o jeszcze smile))
      świetnie sie czyta - pisz pamietniki, może będziesz druga Rowling ( a może już
      jestes ? )
      wszystko jedno , naprawde świetne ,
      Co do Paryża - jak człowiek bez dziecka to tego wszystkiego nie zauważa
      ..no i nie ma możliwości doświadczyc tyle ludzkiej zyczliwości,
      poz,
      iza
    • liliana22 Re: week-end w Paryzu. Odc.1 Podroz 13.09.04, 12:29
      Uwielbiam Twoje opowieści (ta o kupowaniu butków też była super!). Zdecydowanie
      wpływasz na poprawę nastroju. Proszę o jeszcze.
    • le_lutki week-end w Paryzu. Odc.2 Wizyta 13.09.04, 12:31
      W sobote wieczorem bylismy zaproszeni na kolacje do kuzynostwa. Zapowiadalo sie
      dosyc ciekawie zwazywszy, iz kuzynostwo sami maja dwojke dzieci (roczek i trzy
      latka) a oprocz nas z Grubciem byla jeszcze trojka znajomych rowniez z
      trzylatka i z polrocznym chlopczykiem. Istne pole do przemyslen i nowych
      doswiadczen smile
      Kiedy sie juz wszyscy zgromadzili (w dodatku w mieszkaniu, nie w domu) -
      stwierdzilam, ze jeszcze pol godziny i zwariuje w tym kociokwiku.
      Grubcio, jako ze z natury towarzyski i raczej nie mysz pod miotla, pelzal za
      kuzynem-rowiesnikiem lapiac go co chwile a to za noge, a to za loczek (sam nie
      ma niestety) i obaj wyciagali jakies przerazliwe tremollo az uszy puchly,
      wylewnie tez manifestowali sympatie wobec mlodszego kolegi przy czym
      dowiedzialam sie, ze maja wybitnie rozwiniete poczucie wlasnosci: na 25
      identycznych klockow musieli wejsc w posiadanie akurat egzemplarza sciskanego
      przez tamtego. No nic. Dziewczynki-trzylatki piszczaly i popychaly sie
      rozpakowujac z papierow prezenty. Rodzice gwaltownie szukali baterii, montowali
      zabawki, wyly pozytywki - jednym slowem cyrk na kolkach.
      Posrodku tego kramu siedzialam ja zastanawiajac sie czy najpierw lapac Grubego
      za noge, czy uniemozliwic mu rozmontowanie odtwarzacza DVD czy tez moze pomoc
      pani domu w kuchni przy kolacji. I wczuwalam sie w sytuacje smile
      Bylo to barwne widowisko. Najbardziej mnie smieszylo skolowane spojrzenie
      mojego meza smile
      Zauwazylam tez, ze jako jedyni polozylismy Grubcia o zwyklej porze (20h30) do
      lozeczka (podroznego) w pokoju dziecinnym, z dala od halasu. Przede wszystkim
      ze wzgledu na niego i jego rytm dnia, a potem rowniez dla wlasnego spokoju.
      Zasnal jak kamien. Reszta dzieci puszczona byla na zywiol do upadlego. Taka
      powszechna tutaj metoda, ale meczaca dla wszystkich. Ponoc to dziala, ale
      zostaje w sprzecznosci z naszymi metodami wychowawczymi. Tym niemniej nikt sie
      z nikim nie wyklocal o wyzszosc swych racji. Zal mi tylko bylo w duchu tego
      nieboraka polrocznego, ktory po jedenastej wieczor jeszcze zwisal smetnie z
      ramienia swojej zagadanej matki patrzac zaczerwienionymi oczami w dal i od
      czasu do czasu popiskujac.
      Podczas, gdy dorosli usilowali sie skupic na jedzeniu (mniam, mniam nawiasem
      mowiac- krewetki w trzech wydaniach a co jedno to lepsze), konwersacja przy
      stole raz po raz przerywana byla okrzykami typu: stop! W tyl zwrot
      powiedzialem. Jak sie natychmiast nie uspokoicie to obydwie pojdziecie osobno
      do spania! Co ja powiedzialem!
      Kiedy karmilam Grubcia przed spaniem westchnawszy najzupelniej szczerze, ze
      biedak przez caly week-end bedzie musial sie zywic "konserwami" (dania Blediny
      i Nestle) - bo trudno mi pichcic w podrozy, ze zdziwieniem uslyszalam, ze inne
      dzieci zawsze jadaja tylko to i nikomu by do glowy nie przyszlo jeszcze im
      gotowac. No, oni akurat wiedza co mowia, bo powrot z pracy w stolicy zajmuje im
      do poltorej godziny i jak wreszcie odzyskuja dzieci od niani to jest siodma.
      Jestem w stanie sobie wyobrazic, ze nie pala sie wtedy ochota do pichcenia. Ja
      mam ten komfort, ze mam prace, z ktorej moge wychodzic o piatej dzien w dzien.
      No ale to tez kwestia wyboru i stylu zycia. Ja sobie tylko wyobrazilam, ze
      mialabym dzien w dzien sama jadac wylacznie konserwy i juz wiedzialam, ze bede
      dla Grubcia gotowac. Ich dzieci nie wygladaly jednakze na zaniedbane czy
      nieszczesliwe.
      W pewnej chwili jedna z dziewczynek zawolala siusiu. Natychmiast dolaczyla sie
      druga, ze ona tez. Najpierw nie poszla zadna, za to po chwili poszly obie
      urzadzajac nieziemski rajwach w korytarzu i toalecie. Potem przez kolejne
      polgodziny trwala przepychanka, ktora najpierw i co musi zrobic w tej toalecie
      dopoki rodzice przy stole nie oderwali sie od konwersacji i nie zarzadzili:
      najpierw ty, potem ty i nie chce slyszec slowa sprzeciwu. Podzialalo o dziwo.
      Potem byl spokoj. Unieszkodliwiono drugiego pelzajacego wiec spali z Grubym juz
      obaj. Szeregi dzieciece zaczely rzednac. Dziewczynki zalegly na kanapach z
      chrupkami i lodami i co chwile domagaly sie zmiany DVD na inne. Tak kolo wpol
      do dwunastej stwierdzilam, ze nieco sie dziwie tej metodzie, ale niech bedzie.
      Skonczylo sie tak czy siak kolo dwunastej buczeniem jednej i drugiej u mamy na
      szyi - ze zmeczenia oczywiscie oraz rozwaleniem w drobny mak talerza na
      podlodze przy wstawaniu z kanapy. Ale francuskim zwyczajem nikt sie tym
      specjalnie nie przejal, zgarnieto okruchy i juz.
      Sam koniec kolacji wypadl w miare cicho - w miare, powtarzam, bo teraz
      rozrabiali rodzice uwolnieni nareszcie od potomstwa smile
      My ewakuowalismy sie najwczesniej ze wszystkich, musielismy obudzic Grubcia,
      zapakowac do fotelika i jechac do hotelu 40 minut (na szczescie o polnocy nie
      ma problemu z korkami).
      Tak wiec mialam pierwsza jak dotad okazje uczestniczenia w wieczorze z udzialem
      kilkorga dzieci i do nieuniknionych w zwiazku z tym obserwacji. Po raz kolejny
      wiem, co mi sie podobalo i co bym sobie chetnie przyswoila, a takze wiem od
      czego nie odstapie za nic, poki moge.
      Nastepnym razem jak sie zobaczymy to dopiero bedzie wesolo, zwazywszy, ze my
      sie staramy o drugie a oni o trzecie smile
      • katse Re: week-end w Paryzu. Odc.2 Wizyta 13.09.04, 12:51

        tak.
        moj mas wychowal sie w Paryzu
        i dla niego wlasnie tak jest
        rozbilo sie - to sie sprzatnie
        rozsypalo - odkurzy
        nie chce spac - niech nie spi
        nie chce jesc - niech nie je

        ale jaki jest szczesliwy jak dziecko od poltora miesiaca codziennie samo
        wieczorkiem usypia. polozone w lozeczku przy kolysankach poglaskane po glowce...

        a sasiadka do 23 az nie padnie...

        oj jak ja bym czekala kiedy Nisia padnia...

        pewnie juz bym nie zyla

        Kasia
    • le_lutki Re: week-end w Paryzu. Odc.3 Spacer 13.09.04, 13:29
      Niedziela rano, nareszcie sami, rodzinnie, bez zebran, warsztatow, rozmow o
      interesach, wspolnych kolacji hoelowych na 30 osob.
      Postawieni do pionu przez Grubcia o godz. 7h (tradycyjna pora butli)
      opuscilismy hotel definitywnie juz przed dziewiata.
      Rewelacja - puste ulice, wszyscy odsypiaja wczorajsze imprezy. Zaparkowalismy
      przy wyspie Sw Ludwika (nie ze wzgledu na imiennika Grubcia tylko tak jakos nam
      wyszlo, bo dawno nie bylismy w katedrze wink.
      W znosnym jeszcze o tej porze tlumie Japonczykow weszlismy do srodka. Zaczynala
      sie msza ale boczne nawy byly otwarte do zwiedzania. Zapalilismy swieczke
      Najwyzszemu zeby o nas pamietal i oprocz dlugiej listy rozmaitych prosb
      przedstawilam mu tez niemala liste podziekowan za to wszystko, co mam...
      No bo jak tu nie dziekowac w taki dzien:
      kiedy zeszlismy na bulwary nad Sekwana nagle okazalo sie, ze juz jest jesien. I
      jaka piekna! Powietrze podszyte chlodem (w przeciwienstwie do ostatnich dni,
      ciagle jeszcze upalnych), slonce cudne, ale lekko zamglone, swiatlo jakby
      rozrzedzone, liscie ni z tego ni z owego juz nie zielone, ale trudno okreslic w
      jakim kolorze dokladnie, bo tyle ich jest. Niebo tak niebieskie, jak tylko moze
      byc w jesieni. I ten zapach ... nie do porownania. No i jesienne sweterki,
      szaliczki, welenki... Nawet barki-restauracje na Sekwanie mialy wyglad
      jesienny. Ktos siedzial nad gazeta i pil kawe z mlekiem a woda leciutko
      chlupala o brzeg.
      Sekwana sobie plynela, Notre Dame stala tam, gdzie od osmiu wiekow i nic jej
      nie ruszylo z miejsca - a to takie krzepiace w czasach, gdy tak niedaleko
      ludzie sie morduja, wysadzaja w powietrze, podrzynaja gardla, glodza dzieci na
      smierc... Czlowiek czuje sie jak w kokonie i przepelnia go bezgraniczna
      wdziecznosc, ze jego to omija. Nie wiadomo blizej dlaczego oszczedzone mu sa te
      okropnosci, choc pewno nie zasluzyl na to bardziej niz ci inni.
      Obok mnie Grubcio w wozeczku, w kapturku pierwszy raz w tym roku, rozesmiany az
      mu sie oczka mruza. Maz i ojciec robi zdjecia, ktore byc moze utrwala te
      autentyczna chwile pelnego szczescia i szczerej wdziecznosci wobec Losu za to,
      co sie otrzymalo i za to, czego nam oszczedzono.
      W dodatku mysle sobie, ze moze tym razem sie udalo, chociaz jeszcze o tym nie
      wiemy? Moze jest nas juz czworo i to czwarte uczestniczy w tej cudownej chwili?
      Zabrzmi to pompatycznie ale poczulam sie jakby splynela na mnie autentyczna
      laska, razem z tymi jesiennymi promieniami slonca. Czulam tylko wdziecznosc i
      radosc i to, ze kocham ich wszystkich (ile ich tam jest wink ile tylko mozna. Do
      lez.

      Potem byl obiad w sympatycznej knajpce w dzielnicy lacinskiej, z ktora wiaza
      mnie (a wlasciwie nas, acz osobno) wspomnienia z tzw "mlodosci". Jednoglosnie
      zazadalismy slimakow i wybralismy dokladnie to samo danie smile Troche wina,
      troche slonca, Grubcio ciagnacy za obrus i mowiacy: mammmam, mammam, mammmam...
      eeeh...

      Bladzac bez konkretnego celu, skierowalismy sie spontanicznie ku Inwalidom,
      jako ze oboje stwierdzilismy, ze nigdy nie zwiedzalismy grobu Napoleona. Do
      tego muzeum armii. Ciekawe. Nawet Grubcio sie zafascynowal i na widok de
      Gaulle'a zawrzasnal radosnie wyciagajac lapki, ku widocznej satysfakcji swego
      ojca, zagorzalego wielbiciela pana generala. Ah to prawo dziedzicznosci... No
      ale bywaja gorsze smile

      Pod kopula Inwalidow Grubcio poczul fale natchnienia - trzeba przyznac, ze
      akustyka rewelacyjna - i po prostu spiewal (na wysokiej czestotliwosci
      falach...). Wygladalo to troche jakby pial z zachwutu nad grobem Wodza, ale po
      raz kolejny ludzie wykazali daleko idaca wyrozumialosc. Wodz rowniez.
      Swoja sciezka robi wrazenie ten sarkofag: z jednej strony rozmiarami i
      wymiarami miejsca, w ktorym spoczywa, a z drugiej prostota i swoista
      skromnoscia (ale tylko w pewnym sensie).

      Tak wiec Grubcio zwiedzil swoj pierwszy monument paryski, w pelnym tego slowa
      znaczeniu.
      Jednakze wrazenia wywolane grobem Napoleona zatarly sie szybko wobec wizji
      pelnej butli mleka, ktora mu zaaplikowalam w samochodzie, w strugach deszczu na
      Polach Marsowych. Inne oblicze jesieni - ludzie biegnacy pod oslona plaszczy i
      gazet, mloda para uciekajaca przed deszczem z wozkiem, bable w kaluzach,
      olowiane niebo. Ulewa przeszla jednakze jeszcze szybciej niz sie zaczela i
      wrocilo czyste jesienne, oblednie niebieskie niebo smile
      • miszka01 głupie i długie wypociny........ 13.09.04, 13:51
        po co to piszesz i dla kogo?załóż sobie bloga i pisz a nie na forum opowiadasz
        bzdety które nikogo nie obchodzą.
        • le_lutki Re: głupie i długie wypociny........ 13.09.04, 13:59
          To nie czytaj, skoro Cie nie obchodza.
          PS Nie poce sie specjalnie przy pisaniu.
        • edzio_grubas Do miszki01 13.09.04, 14:17
          > po co to piszesz i dla kogo?załóż sobie bloga i pisz a nie na forum
          opowiadasz
          > bzdety które nikogo nie obchodzą.


          To samo odnies do siebie kolezanko... A Le_lutki pisze fantastycznym jezykiem i
          wystarczy, ze MNIE OBCHODZA te "bzdety".
    • le_lutki Re: week-end w Paryzu. Odc.4 Dzieci 13.09.04, 13:58
      Lou-Anne: trzyletnia pieknosc o oczach cocker-spaniela - rozbrajajacych. Cere
      ma ciemna, nie wiedziec czemu, wlosy bardzo wijace sie i brazowe. Jest
      dziewczynka z charakterem ale kiedy ojciec wezwie ja przed swoje srogie oblicze
      (przybierane na momenty "rozliczen") staje z lapkami zalozonymi do tylu,
      przestepuje z bosej nogi na druga bosa noge, podnosi swoje wielkie brazowe oczy
      (ale tylko oczy, nie glowe, bo to daje lepszy efekt wink i na surowe pytanie
      tatusia:
      - Co sie mowi, nic nie slyszalem?
      - Przepraszam tatusiu/dziekuje tatusiu/dobrze, tatusiu. - wpatruje sie
      wyczekujaco w jego twarz - A czy teraz moge juz dostac loda?

      Chiara: trzyletni agregat z ciemnymi kucykami, w rozowej sukience i ciemnych
      oczach okraglych jak monety.
      Kiedy rozrabialy obydwie i popychaly sie dla zabawy, ojciec Chiary zlapal jedna
      i druga i wlepil im po jednym dzwiecznym klapsie i wyslal na kanape, gdzie -
      jakby poruszane jednym zgodnym mechanizmem, dziewczynki podniosly rece do oczu
      i - spogladajac sporadycznie zza lapek na siebie nawzajem - wybuchnely
      monotonnym buczeniem bez cienia lez, po czym jak na komende podniosly sie i
      kazda poszla zawisnac na szyi swojej mamy, nadal wkladajac wiele starania w
      utrzymanie monotonnosci buczenia.

      Sasha: mlodszy brat Chiary. 6 miesiecy. Taki brzydulek ze az sliczny smile Glowka
      cala w ciemnych loczkach, oczy zupelnie, idealnie okragle i tez ciemne, uszka
      rewelacyjnie klapciate, co nadawalo mu wyglad wprost rozbrajajacy i naklanialo
      do ciaglych pieszczot. Uczyl sie siedziec, wiec posadzono go na miekkim
      dywanie, na ktorym po kilku minutach zachowania pionu ladowal raz w prawo, raz
      w lewo, a czasami i na wprost smile Zahukany przez dwojke starszych pelzajacych i
      obcesowych (Grubcio i Luka) wodzil za nimi bacznym, ciekawym spojrzeniem (acz
      pelnym obaw), w bezpiecznym kokonie ramion wujka.

      Luka: 12 miesiecy. Glowa w blond loczkach, niebieskie, lekko zamglone oczy.
      Mimo, ze starszy o prawie 2 mies. od Grubcia, nieco drobniejszy i lzejszy,
      poniekad z powodu trwajacego od wakacji zatrucia (wakacje w Tunezji).
      Jego kolacja skladala sie w rownych proporcjach z porcji Blediny, smecty i
      jeszcze dwu rownie paskudnych lekarstw, nie dziwne wiec, ze nie chcial jej
      wziac w zeby.
      Od strony akustycznej odkryli ze soba z Grubciem podobne zamilowania
      i "pohukiwali" sobie oraz jodlowali z dwu koncow pokoju jeden do drugiego.

      A Grubcio jaki jest, kazdy widzi wink
      A poza tym: zaborczy, uparty, niecierpliwy, kochany, grzeczny (zwlaszcza w
      samochodzie), glosny zarowno w radosci i w nieszczesciu, zakochany w lodowce i
      w pralce, rozesmiany, buczacy i............

      • ulkapolla Re: week-end w Paryzu. Odc.4 Dzieci 13.09.04, 14:52
        le_lutki,
        Super piszesz, moze rzeczywiscie zaloz bloga pozna Cie szersze grono tylko
        akurat ta opowiesc koniecznie dokoncz tutaj.
        • abiela Re: week-end w Paryzu. Odc.4 Dzieci 13.09.04, 15:05
          Le_lutki jestem twoja fanka, masz naprawde swietny styl pisania i jestes bystra
          obserwatorka. A przede wszytskim masz chec przelac Twoje obserwacje na papier,
          czy tez wlasciwie na ekranwink
          Dziekuje!
          A.
    • oluncia Re: week-end w Paryzu. Odc.1 Podroz 13.09.04, 14:45
      Le-lutki jak ladnie.... dziekujesmile
      Pozdrawiam, az mi sie za tym "moim" Paryzem zatesknilo.....
      pocieszam sie tylko, ze takiej zlotej jesieni jak moja za oknem nie ma nigdzie
      nawet w tym magicznym miesciesmile
      • mamusiamisia Re: week-end w Paryzu. Odc.1 Podroz 13.09.04, 15:17
        J E S T E Ś F A N T A S T Y C Z N A !!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!
    • le_lutki Re: week-end w Paryzu. Odc.5 (i ostatni) Kolacja 13.09.04, 16:16
      Siedzimy przy stole w hotelu. Uroczysta kolacja firmowa, dystrybutorzy ze
      wszystkich stron swiata. Sporo z nich znam, bo kiedys pracowalam w tej firmie.
      Przy naszym stole oprocz meza i mnie jeszcze para Szwedow, Niemiec, dwoch
      Japonczykow i Anglik.
      Co chwile podchodzi jakis kolega z Polski sie przywitac, wzglednie pozegnac
      albo pochylic nad wozkiem, w ktorym na tarasie restauracji podsypia Grubcio.
      Nastepuje wymiana zdan, wiadomosci o dzieciach, zonach, znajomych - milo.
      Japonczycy sa przesympatyczni. Siedze miedzy moim mezem a jednym z nich - tak
      sie sklada, ze ten akurat zna angielski ale tylko z widzeniasmile
      Na pytanie o narodowa pasje Japonczykow: karaoke odpowiada z calkowicie
      japonskim akcentem: karaokeeeeeee -no! no! , danciiiiiiiing - yes! I tak sobie
      rozprawialismy przy stole.
      Podchodzi Abdel, dystrybutor na Afryke Polnocna, francuskojezyczny. Mowi o
      Grubciu, o tym, jakie to szczescie - dzieci. On sam wlasnie ma calkiem nowa
      malutka coreczke (czwarte dziecko), ktora ma "42 dni". Stwierdzil, ze jego zona
      kiedy nie ma dzieci (zwlaszcza nowych, kolejnych) jest smutna i sfrustrowana. A
      po kazdych narodzinach "az kwitnie". Dlatego dzieci, to najwiekszy skarb. Brat
      Abdela podchodzi i zyczy mi, zeby Grubcia zawsze Bog chronil.
      Spotkali sie wszyscy na rozmowy o interesach a rozmowa toczy sie tylko na temat
      dzieci. Finowie opowiadaja o swoich dwoch coreczkach, za ktorymi tesknia.
      Sufian, patrzac jak Grubcio dziob otwiera przy jedzeniu, wzdycha mowiac, ze
      gdyby jego maly chcial tak jesc...
      Na koniec dowiedzialam sie, ze Grubcio bardzo przypomina ojca, a szef mojego
      meza stwierdzil, ze najbardziej wtedy - jak podnosi glos. Hm, wiedzialam, ze
      maz ma reputacje w firmie, ale ze az taka ?? wink Doszlo do tego, ze kiedy maz
      odezwal sie nieco za ostro do ktorejs z asystentek handlowych, ta odwrocila sie
      i rzucila mu przez ramie: nie badz taki Grubcio, bo i tak ci nie wychodzi ;P
      Nalezalo mu sie smile
      Na koniec, kiedy wymeldowywalismy sie z hotelu, a Grubcio urzadzal wspinaczke
      po fotelu w hallu tam i z powrotem, za szyba grupa dosc powsciagliwych z natury
      Japonczykow zaczela stroic do niego miny, machac rekami, usmiechac sie, co
      spowodowalo u mojego synka eksplozje radosci, tak, ze zaczal im wszystkim
      gwaltownie machac lapkami.
      Zauwazylam, ze ci wszyscy klocacy sie zajadle na zebraniu ludzie, przy
      rozmowach o dzieciach znajdywali nagle wspolny jezyk, opowiadali sobie ktore
      jak pluje kaszka i ktora kaszka najbardziej... Zauwazylam tez, ze nawet jak
      komus nadepne zalozmy na noge, to chocby mial ochote burknac mi cos niemilego,
      to na widok Grubcia w wozku czy na rekach mimowolnie lagodnieje, a nawet sie
      czasem usmiecha, a potem mamrocze, ze nic sie nie stalo.
      I nie przeszkadzalo mi wcale, ze dyrektor handlowy (lysy jak Grubcio, co
      natychmiast wszyscy przyuwazyli wink nianczyl Grubego na rekach po kolacji, a 4
      asystentki machaly do niego rekami, calowaly w raczke, cwierkaly kazda w innym
      jezyku a ja sie nawet nie moglam dopchac wink i ze pani "Gabrysia" w pociagu mi
      go wycalowala na dziesiata strone, a sasiad laskotal w podbrodek podczas gdy
      Gruby a to go kopnal a to szturchnal niechcacy w pogoni za kubeczkiem...
      Dzieci jednak lagodza obyczaje, co by nie powiedziec...

      Na tym koncze moje wspomnienia week-endowe.
      Nie bede "blogowac", bo nie chce szerszej publicznosci, nich kilka znajomych e-
      mam smile
      A napisalam to dzisiaj gdyz jak nigdy dotad nie chcialo mi sie isc pracowac i
      wracalam wspomnieniem do tych milych chwil. A podzielilam sie tym z niektorymi
      z Was dlatego, ze jak juz sie takie mile chwile zdarzaja, to dobrze jest je
      podzielic zamiast zachowywac dla siebie. To tak, jak z ludzmi dobrymi: co bysmy
      z nich mieli za pozytek, gdyby swojego dobra z nami nie dzielili? Poza tym to,
      o czym pisalam, to rzeczy - dla mnie - istotne w zyciu.
      Pozdrawiam cieplo, a tych, ktorzy sie nudzili lub z niewiadomych przyczyn
      czytali te glupoty i wypociny odsylam do naszych prozaicznych postow o
      pieluchach i tesciowych lub innych problemach tego swiata. Powinni sie tam czuc
      u siebie.
      • josik11 Re: week-end w Paryzu. Odc.5 (i ostatni) Kolacja 13.09.04, 20:42
        le_lutki, to co piszesz czyta sie jednym tchem!
        jestes cudowna!
        • miszka01 dzięki że skończyłaś 13.09.04, 20:48
          to było piękne,mydlina i frazesy.nie doradzaj polskim matkom aby czytały tylko
          o pieluchach lub teściowych bo ty wielka francuska jesteś.złapała żabojada za
          męża i się cieszy.
          • reszka2 Re: dzięki że skończyłaś 13.09.04, 21:30
            Ot, polaczkowstwo wylazło w pełnej okazałości z zapyziałego umysłu.

            le-lutki, nie przejmuj się przypadkiem.
            Ja czekam na ciąg dalszy, ach, wspominam ja sobie moje włajaże po Francji...
            Oczywiście nie rozbijałam się TGV ( burżujko wink ), tylko autostopem... Ale i
            tak fajnie było.
          • le_lutki Re: dzięki że skończyłaś 14.09.04, 09:33
            A ty po co sie tu nadal meczysz? Po to, zeby moc cos milego napisac? To jedyny
            powod jaki mi sie nasuwa. Az przykro patrzec, ze nie umiesz nawet zignorowac
            tego, co ci nie pasuje, tylko musisz chlapnac cos chamskiego i to w dodatku na
            podstawie wlasnych (nietrafionych) domyslow. Ktorych nawet nie chce mi sie
            prostowac.
            Z Bogiem
      • ania.silenter_exunruzanka Re: week-end w Paryzu. Odc.5 (i ostatni) Kolacja 13.09.04, 21:32
        Miło jest poczytać o Waszym rodzinnym wyjeździesmile. Grubcio to prawdziwa
        gwiazdasmile i kokietwink. Nie wiem jak inne mamy (sądzę, że większość tak jak ja),
        ale ja bardzo lubię dowiadywać się co u Was słychaćsmile. Pewnie dlatego, że
        jesteście taką sympatyczną rodzinkąwink.
        pozdrawiam
    • e_madziq Re: week-end w Paryzu. Odc.1 Podroz 14.09.04, 08:36
      Le_lutki,
      zaiast porannej kawy w pracy Twój weekend w Paryzu....przemiło się czyta. Czy
      piszesz Grubciowi pamiętnik?? Koniecznie to zrób, zacznij choćby od tego
      Paryża. Ja mojemu Szymkowi piszę od urodzenia i strasznie ubolewam , że styl
      nie tak dobry...

      I dziekuję, uświadomiłam sobie, że dziękujac codziennie losowi za to co mam
      pomijam to czego mi oszczędził. Bardzo Ci dziekuje.

      Pozdrawiam, magda
    • skrzatka Re: week-end w Paryzu. Odc.1 Podroz 14.09.04, 09:12
      Ja też dziękuję. I poproszę o jeszcze, w miarę możliwości. Przemiła lektura wink
      • laskosia Re: week-end w Paryzu. Odc.1 Podroz 14.09.04, 09:38
        dziekujemy, że nas zabrałaś ze sobą le_lutki smile
        super smile))
        • le_lutki Re: week-end w Paryzu. Odc.1 Podroz 14.09.04, 09:46
          Cala przyjemnosc byla po mojej stronie, zapewniam Was smile
          I pozdrawiam cieplo, no i... biore sie do pracy...
    • mamaolenka Re: week-end w Paryzu. Odc.1 Podroz 14.09.04, 09:55
      Jak fajnie to wszystko opisałaś, od razu przypomniał mi się "mój" Paryż
      studencki. Ale było cudownie! Pozdrawiam serdecznie - Alex
Inne wątki na temat:

Nie masz jeszcze konta? Zarejestruj się


Nakarm Pajacyka