Wracając z psami z lasu postanowiłam nieco skrócić sobie drogę, przez co musiałam przejść kilkadziesiąt metrów jezdnią – dość wąską , bez chodnika i bez pobocza. Ponieważ trochę obawiałam się iść asfaltem z grupą 4 psów (ze względu na dość licznie przejeżdżające auta), szłam obok jezdni – powiedzmy w odległości ok. 2-3 m od asfaltu. Teren ten (po którym szłam) to taki łysawy łąko-ugór, szerokości ok. 30 m, za nim jest dom na ogrodzonej posesji.
Na posesji było kilka dużych psów (ON), które okropnie się rozszczekały na nasz widok, a po chwili jeden z nich zaczął przeciskać się pod siatką. Wtedy pojawiła się właścicielka, która usiłowała go powstrzymać, ciągnąc go za tyłek i krzycząc – ale nic to nie dało, pies wyrwał się i ruszył do nas. Moje psy zaczęły się szarpać na smyczach, bo bały się „potwora” i chciały dać nogę, ale jakoś je uspokoiłam – pies dobiegł do nas, był to na szczęście pies dość młody i raczej chciał się zapoznać niż nas pożreć… Ale był natarczywy i moje psy były nieźle wystraszone. Ponieważ właścicielka nie była w stanie odwołać psa, który uparcie podążał za nami, poczekałam aż wyjdzie z podwórka i osobiście odciągnie psa (nie chciałam by wyleciał za nami na jezdnię, mogło by go cos potrącić). Kobieta wybiegła i po krótkiej szarpaninie odciągnęła psa – przy okazji wyskakując na mnie z buzią, że tędy się nie chodzi bo to jej teren i w ogóle skandal, że tak sobie chodzę po cudzym itd. By nie przedłużać nerwowej i niebezpiecznej sytuacji, rzuciłam tylko : „OK, przepraszam” i uciekłam co sił w nogach

A teraz mam niesmak po tym zdarzeniu – dobra, zawiniłam - wlazłam minimalnie na jej teren (nijak zresztą nie oznaczony jako prywatny), ale gdyby nie jej niezdyscyplinowane i niezabezpieczone przed ucieczką psy, to żadna krzywda od tego „wtargnięcia” nikomu by się nie stała. Psy by poszczekały, ja bym w tempie ekspresowym przeleciała ten kawałek i tyle. Żałuję, że oprócz przeprosin nie wytknęłam jej tego. A może jednak nie powinnam ?
Co sądzicie ?