zeldaf
08.05.15, 09:05
Od roku mieszkam w dużym domu ze współlokatorką. To moja dobra koleżanka, znamy się od liceum, siedziałyśmy w jednej ławce. Życia nam się obu pokomplikowały i zamieszkałyśmy razem, żeby było łatwiej pod względem finansowym.
Koleżanka zaczęła się z kilka miesięcy temu z kimś spotykać. Na odległość. I jest tak, że w każdy weekend:
a) ona wyjeżdża do niego, ja zostaję z jej zwierzakami
b) on przyjeżdża do nas
Tak po prostu jest, "samo się" skrystalizowało.
W tygodniu ona chodzi z telefonem i słuchawkami na uszach. Nawet jeśli ze sobą nie rozmawiają, ma go na "nasłuchu". My dwie coraz rzadziej odzywamy się do siebie. Ja nie inicjuję rozmów, bo krępuje mnie ten wieczny "podsłuch" na wspólnej przestrzeni. Dodam, że mimo iż facet przyjeżdża w co drugi piątek wieczorem i wyjeżdża w niedzielę wieczorem, ja nie miałam okazji zamienić z nim więcej niż trzy zdania. Koleżanka "przechowuje go" w swoim pokoju, rzekomo właśnie po to, żeby mnie nie krępować. Niemniej gdy zasugerowałam delikatnie, że sytuacja jest niezręczna i zaproponowałam spędzenie wieczoru w większym gronie, by chociaż trochę się poznać zareagowała niemal histerycznie (Przecież widać po mnie jaka jestem zmęczona!). Nie wiem, co jest grane. Swoim rodzinom i innym znajomym poprzedstawiali się nawzajem jak ludzie, a ja jestem traktowana jak mebel i nie wiem jak wyjść z tej dziwnej roli podglądacza i podsłuchiwacza mimo woli.
Jedyne co mi przychodzi do głowy to rezygnacja ze wspólnego mieszkania, choć finansowo i lokalowo jest to bardzo korzystny układ dla obu stron, a koleżanka była wcześniej bardzo dobrą przyjaciółką, jeśli nie najlepszą.