Na fali randki young opowiem Wam o zachowaniu mojego ostatniego randkowicza. Może go ktoś zdiagnozuje? Bo sytuacja przedziwna i do teraz trudno mi ją objąć rozumem, a minęły ponad 2 tygodnie od zerwania kontaktu.
Zarys na pierwszy rzut oka: chłop 45 lat, wysoki, postawny, całkiem przystojny, rozwiedziony, dzieci duże. Bardzo wysokie stanowisko w korpo IT, wysoka stopa życiowa, nieustanne dokształcanie się w ramach rozwoju osobistego. Inteligentny, umie też rozsądnie mówić o emocjach, chętny do omawiania wszystkich nawet drobnych niepokojów, żeby nie zepsuć czegoś na starcie. Wydaje się rokujący.
Pierwsza i druga randka standardowo w knajpach plus spacery, obydwa spotkania długie, bo wielogodzinne, ale świetnie się czułam i dobrze się rozmawiało. Nie było kontaktu fizycznego poza całusem w usta na pożegnanie po drugim spotkaniu. Nie było rozmów o seksie - oprócz tego, ze od razu zadeklarował, ze przygodny seks nie jest dla niego już od dawna interesujący, że ma swoje lata i chce z kimś być na stałe.
Jakoś po drugim spotkaniu zadzwonił, żeby się umówić na trzecie (kino, knajpka) i rozmowa szła dobrze. Było wesoło, jakoś tak nam humor dopisywał. I w tych żarcikach nagle zeszło na seks, ale tak lajtowo, nic poważnego i zobowiązującego. I nagle on: powiem ci coś, choć może nie powinienem, ale jednak powiem.
I mi opowiedział, że w jego poprzednich dwóch długich związkach (w tym jednym małżeńskim), jak już czuł się w łóżku bezpiecznie i kochany przez partnerkę, to miał takie orgazmy, że... no oszczędzę wam. W każdym razie długie, po 10 minut, że się leży i się ma falę za falą i że to jest niesamowite. Ale że na początku z każdą partnerką jest fatalnie, póki on się nie poczuje bezpieczny, więc żebym się w przyszłości nie zdziwiła, że on tak ma. I że na pewno będzie początkowo fatalnie, do dupy będzie ten nasz seks, ale to nic strasznego, bo potem, jak już będzie bliskość i poczucie bezpieczeństwa, to on będzie miał te swoje 10-minutowe orgazmy.
No powiem wam, że mnie tak zamurowało, że nadal czuję tynk między zębami

Kompletnie nie wiedziałam co zrobić z tą garścią bezcennych informacji, więc się pożegnałam. I dopiero następnego dnia przez telefon omówiłam z nim to, co tymi newsami zrobił naszej rozwijającej się, kiełkującej relacji. Że ja go nawet bez koszuli nie widziałam, a już mam w głowie wizję jego fal 10-minutowych

I to z innymi babami. No skrajnie niepotrzebne mi te wizje, a perspektywa "naprawdę fatalnego seksu na początku" totalnie mnie zniechęca do próbowania z nim czegokolwiek w najbliższej i dalszej przyszłości.
Spotkaliśmy się jeszcze kilka razy, ale oczywiście bez sprawdzania tego seksu. W końcu się poddałam, nie dałam rady tego ciągnąć, tak się zniechęciłam i obrzydziłam chyba tymi falami. Pożegnałam się z panem na amen, co spotkało się z ogromną chęcią omawiania tego ze mną, bo o emocjach trzeba rozmawiać, a problemy rozwiązywać. No ale chyba nie takie...
Czy któraś z was umiałaby takie rewelacje na starcie potraktować inaczej i nie zrazić się do osobnika?