no cóż mam to szczęście, że mieszkam z teściami......
nie są tacy całkiem źli , ale z kilkoma rzeczami nie mogę dojść do ładu.
m.in.
Mój mały ma 18 miesięcy i zaczyna mieć "ochotę" na słodycze. Staram się mu je
ograniczać, poprostu nie przesadzać. Zasada: Najpierw śniadanko a potem
łakocie, najpierw obiad a potem deserek. Wydaje mi się to normalne. Jak
przyjeżdzamy z pracy i mąż przywozi małego od mojej mamy to synek jest
przechwytywany w drzwiach przez moją teściową (opieka i zabawa trwa góra 5
minut bo potem się nim nudzą

(( ) Raz patrzę a mały wraca z dołu z
czekoladką w ręcę. Drugi raz to samo i trzeci. Grzecznie porosiłam teściową ,
zeby nie dawała małemu do ręki słodkości, bo on potem nie chce obiadu czy
kolacji. Może mama mi dać a ja mu potem napewno to dam. (przecież nie zjem)
Na to teściowa: ale on musie wiedzieć od kogo dostaje! A jak nie chcesz to
wogóle mu nie będziemy dawali cukierków
a ja mówię: przecież nie o to chodzi tylko o zasady żywieniowe, przecież małe
dziecko nie rozumie , ze ważniejszym jest obiad od batona. A jak mama chce to
jak będę mu dawała cukierek (ten od mamy) to jemu powiem, że jest to od niej.
Efekt tej rozmowy jest taki, że teraz przynosi mały po dwa cukierki w rękach
ach ta złośliwość ludzi..... brak słów.