domusia97
07.11.05, 11:16
Rzadko się tu odzywam, ale czytam często. Mądre rzeczy piszecie, dziewczyny,
może mi też doradzicie. Postaram się zwięźle, ale łatwo nie będzie, proszę w
wytrwałość przy czytaniu.
Moje małżeństwo jest bardzo szczęśliwe. Mąż ma mnóstwo zalet - nie będę ich
wyliczać, bo pisać chcę o tej jedynej rzeczy, której zaakceptować nie umiem i
nie chcę.
Problem w tym, że mój mąż...liczy. Co liczy? Kasę, oczywiście. Ta potrzeba
liczenia nasila się wybitnie, kiedy mamy kontakt ze światem zewnętrznym.
Krótko mówiąc, przedmiotem jego najwyższej troski jest to, żeby z naszego
portfela nie wypłynęło więcej, niż sami mamy szansę w rożny sposób zyskać.
Może parę przykładów, żebyście zrozumiały, o co mi chodzi.
Urodziny naszego dziecka. Ja troszczę się głównie o to, czy się wszystko uda,
dzieci sie będą dobrze bawić, tort będzie dobry...A mój mąż przede wszystkich
zapamiętuje, co od kogo dziecko dostało. A że pamięć jest zawodna - to kamerą
uwiecznia, następnie odtwarza. Potem trzeba tylko sprawdzić, ile co kosztuje,
i już wiadomo, ile maksymalnie można przeznaczyć na dane dziecko w razie
odproszenia. Raz przekroczyłam limit o 2 zł - była afera.
Wychodzimy do znajomych na niezobowiązującą posiadówę. Każdy coś bierze, wg
uznania. My bierzemy na podstawie szczegółowej analizy z ostatnich lat, co u
nich było ostatnio na stole i co oni do nas przynieśli w podobnej sytuacji.
Jeśli chcę wziąć winko za 12 zł (bo je lubię), a nie Sofię za 7 - bo taką
ostatnio przynieśli - jest afera. Ostatecznie na ogół i tak biorę to, które
chcę, ale wcześniej odechce mi się tego spotkania...
Impreza u nas. Stół jest zawsze poddany krytyce - stanowczo zbyt wystawny,
jak na to, czym nas ludzie goszczą, no i biorąc pod uwagę, że byliśmy u nich
raz, a oni u nas co najmniej dwa przez ostatnie pół roku.
Teraz coś o mnie: lubię gości. To fakt. Umiem gotować, stołu nie zastawiam
drogo, raczej się napracuję niż przepłacę. Ale to oznacza moje "godziny
pracy" - zdaniem męża, więc tak czy owak koszty (nie skarżę się, naprawdę to
lubię). Mamy duży dom, dobre warunki, przez jakiś czas rzeczywiście częściej
spotykaliśmy się u nas niż u innych znajomych - ostatnio już nie, bo skóra mi
cierpnie na myśl, że znowu wysłucham "wyliczanki". Oczywiście, spotykaliśmy
się na tej zasadzie, że każdy coś tam przynosił - niestety, zdarzało, się że
ktoś przyszedł z pustą ręką (gdybyż wiedział, jak mu to zostało zapamiętane!)
a już notorycznie wiele osób przynosiło zbyt skromny, zdaniem męża rzecz
jasna, "gościniec". Moim zdaniem, mąż widzi głównie to co sam daje - no, ale
on by pewno powiedział, że u mnie jest odwrotnie. Dla niego to ja jestem
odmianą Matki Teresy tylko dlatego, że nadrzędnym celem moim nie jest, aby mi
bilans wyszedł co najmniej na zero. Mąż twierdzi, że jestem absolutnym
wyjątkiem - bo wszyscy myślą tak, jak on, tylko się z tym nie ujawniają.
To tylko część mojego problemu, o reszcie, tej boleśniejszej, może napiszę
później - jeżeli temat kogoś zainteresuje. Boję się, że i tak mało kto
przebrnie przez ten post.
Tym którym się udało - dziękuję, i proszę o opinie