symplegada
30.12.06, 13:02
Lubię forum za to, że można tu anonimowo napiać to, czego nie da się nikomu powiedzieć. Niedawno zmieniłam nick, pod starym mógłby mnie ktoś rozpoznać, teraz czuję się w miarę bezpiecznie. A to, co chcę napisać, bo bardzo leży mi na sercu, to sprawa poważna i beznadziejna - bo bez rozwiązania. Przestałam kochać mojego męża.
Znamy się od dziesięciu lat, siedem lat jesteśmy małżeństwem. Bardzo się kochaliśmy, mieliśmy wspólne pasje, było nam ze sobą dobrze. Długo nie myśleliśmy o dzieciach, a właściwie ja nie myślałam, on miał syna z piewrszego małżeństwa i raz lepszy, raz gorszy z nim kontakt. Gdyby ktoś popatrzył na nasz związek uważnie, to pewnie dostrzegłby, że osobą dominującą jest on -jego sprawy były najważniejsze, jego problemy najpoważniejsze. Wiedziałam to, ale mi to nie przeszkadzało - bo też on był dla mnie najważniejszy. Nie przeszkadzał mi fakt, że był rozwiedziony, znałam jego poprzednią żonę, historię związku, był wobec mnie uczciwy, nie uciekał od odpowiedzialności za tamto niepowodzenie (ja nie miałam z tym nic wspólnego). Kiedy go poznałam był człowiekiem podłamanym, na skraju depresji - wiem, że wiele mi zawdzięcza. Ale i ja zawdzięczam mu mnóstwo - dzięki niemu z zahukanego dziewczątka stałam się kobietą, która siebie akceptuje, czuje się kochana i uwielbiana.
I tak było do czasu, kiedy zapragnęłam mieć dziecko.
On odkładał to na później, odwlekał, widziałam - po kontaktach z synem - że ojcostwo to nie jest jego ulubiona rola życiowa. Ale w końcu podjęliśmy razem tę decyzję. JUż podczas mojej ciąży coś się zacząło psuć. On nie jest typem tatusia głaszczącego brzuszek i chodzącego oglądać dziecko na usg - to wiedziałam. Ale zaczęło mu chyba przeszkadzać, że nagle to ja znalazłam się w centrum zainteresowania wszystkich. Po urodzinach córki był najgorszy okres naszego małżeństwa. Ja z trudem odnajdywałam się w nowej sytuacji, przechodziłam gehennę z karmieniem, chodziłam nieprzytomna ze zmęczenia, zamartwiałam się o córkę (były poważne podejrzenia co do jej stanu, rehabilitacja), a on - chodził naburmuszony, milczący, bo - jak mi kiedyś wyznał - jego sprawy odeszły na dalszy plan i w ogóle ma depresję. Ani razu nie wstał do dziecka w nocy, ani razu nie był z nim sam u lekarza, pójście na spacer czy zajęcie się nim przez chwilę uważał za bohaterski wyczyn. Przy tym - co do tego nie mam wątpliwości - bardzo córeczkę pokochał. Ale we mnie po szesciu miesiącach samotnego zajmowania się Małą coś pękło. Tak jakby wygasły we mnie uczucia do niego. Dziecko stało się sensem i szczęsciem mojego życia. On przestał mnie interesować.
Trzy lata później urodziło nam się drugie dziecko, nieplanowane, choć równie kochane. Paradoksalnie po jego przyjściu na świat było trochę lepiej. Ja byłam znacznie lepiej zorganizowana niż po pierwszym porodzie, wiedziałam już, że na niego nie mam co liczyć, i byłam szczęśliwa, że będzie więcej w moim domu szczęścia do kochania. I tak jest. Dzieci są cudowne, choć urwisowate, lubią się nawzajem, kocham je nade wszystko. On również je kocha, ale jego udział w życiu dzieci to statystyczne 16 minut dziennie, nie ma im nic ciekawego do zaoferowania, nidzie ich nie zabiera, nawet nie za bardzo potrafi sie z nimi bawić. Dzieci są całym sercem za mną, do mnie przychodzą ze wszystkim, ze mną chcą się bawić i chodzić na spacery. Wcale nie mam z tego powodu satysfakcji, ale moje mówienie, że dzieci potrzebują ojca spotyka się z jednym argumentem: ja pracuję. Rzeczywiście dużo pracuje, wlasciwie to juz graniczy z pracoholizmem: świątek, piątek i niedziela.
Nie mogę żałować, że się z nim związałam, bo zawdzięczam mu moje dzieciaki. Ale kiedy myślę o swoim małżeństwie, czuję pustkę. Nie potrzebuję go. Moje uczucia do niego gdzeiś się ulotniły. Mogę tylko płakać po utraconej miłości, a wiem, że z jego strony miłość jest. On nie jest złym człowiekiem, ale jest skrajnym egocentrykiem i - w tym widzę problem - fakt, że przestał być centrum mojego wszechświata stanowi teraz główny problem jego egzystencji. Okazuje mi to przez "ciche dni", wytykanie jakiś bzdur, małostkowość.
Nie odejdę od niego, ze względu na dzieci. Nie robi im krzywdy, jest jaki jest - ale zawsze. Staram się jakoś z nim na co dzień funkcjonować, ale każda sprzeczka niszczy wszelkie próby odbudowywania moch uczuć do niego.
Nie mogę o tym z nikim porozmawiać, zawsze byłam lojalna, nie chcę "obgadywać" z kimś mojego małżeństwa. Ale gdzieś chciałam się wyżalić. Jesli ktoś ma ochotę napisać, co o tej sytuacji myśli, to uważnie przeczytam.