annasi23
21.05.07, 20:17
Jestem na urlopie wychowawczym, córeczka ma rok.
Oboje byliśmy przekonani o tym, że ja zostanę z nią jakiś czas w domu, tym
bardziej, że możemy sobie na to pozwolić.
Dziecko urodziło nam się 9 miesięcy po ślubie.
Mąż pracuje od rana do wieczora, często też w weekendy. Jest kochanym tatą,
kiedy może zajmuje się małą, uwielbia ją, ona jego też. Między nami też jest
dobrze, kochamy się i szanujemy, lubimy spędzać ze sobą czas ale...
Czasami mam wrażenie, że mąż ma w nosie moją pracę w domu. Dla niego to
normalne, że jak wraca do domu, to jest posprzątane, wyprane, ugotowane. Sam
jest strasznym bałaganiarzem i ciągle toczymy boje o to, żeby sprzątał po
sobie. W rezultacie ja chodzę i cały dzień schodzi mi na porządkowaniu
mieszkania - najpierw po mężu, a potem po córeczce. No i oczywiście
gotowanie, pranie i zajmowanie się dzieckiem. Po całym dniu padam na twarz.
A mąż jakby tego nie widział. Miga się od domowych obowiązków jak może, nie
sprząta po sobie, zostawia wszystko byle jak. Wiem że też jest zmęczony, ale
ja też chciałabym czasami usiąść na chwilę i nic nie robić.
Z konieczności powoli ograniczam swoje wymagania.
Już nie mam siły o tym gadać i go prosić, on zresztą też nie słucha, bo ile
można w kółk macieju o tym samym.
Jak mu to wytłumaczyć? Co zrobić żeby zrozumiał i czasami trochę pomógł albo
przynajmniej docenił?
Czasami moje prośby skutkują, ale rzadko i są okupione ględzeniem albo
sprzeczkami.
Chciałabym zostawić go na jeden dzień z małą, żeby zobaczył jak to jest -
zajmować się wszędobylskim szkrabem, zrobić obiad dla siebie i dziecka,
ciągle sprzątać, spacer, pranie... Ale nawet jak jest w domu, to zawsze mówi
że ma pełno pracy. Muszę to uszanować, bo w końcu zarabia.
Wiem, że to się wynosi z domu - tak go mama nauczyła i teraz realizuje to w
swojej rodzinie.
Bardzo go kocham.
Czy wy macie podobnie? Jak sobie radzicie?