nisar
16.07.07, 13:10
Nie wiem, może to skutek nieprzespanych ostatnich trzech nocy, ale szlag mnie
trafia jak czytam co poniektóre wątki. Jak słowo daję, dość już
postawy "jestem święta bo mam dziecko, a ono jeszcze świętsze jest i stąd:
- pałam oburzeniem, jeśli ktoś zwróci mojemu dziecku uwagę, że grzebie w jego
prywatnych rzeczach (nieważne że przedtem głupi babsztyl próbował mówić coś
do mnie, mojemu dziecku wolno i już);
- uważam że powinnam się rozwieść, jeśli mój mąż/partner nie rozumie, że nie
ma prawa oczekiwać ode mnie talerza zupy po 12 godzinach pracy, skoro ja
wychowuję dziecko;
- uważam za przewrażliwionego egoistę tego, komu przeszkadza obsrany tyłek
mojego dziecka na środku np. sklepu - jak nie rozumie, że to jest słodkie to
na pewno jest chamem i debilem;
- stanowczo twierdzę, że sąsiedzi, którym przeszkadzają moje skaczące cały
dzień po gołej podłodze słodziaki, to banda zgorzkniałych chamów, którzy nie
rozumieją, że dziecko ma swoje prawa. Ewentualne prawa innych osób mam w
nosie."
I tak dalej i tak dalej. Epidemia świętokrówstwa zatacza coraz szersze kręgi.
Ratuuuuunkuuuu...
Ale w odniesieniu do innej matki - hm. Przykład - ostatnio siedząc w
przychodni z moją córką (13 lat, szłyśmy tylko po skierowanie) przepuściłam
przed sobą kobietę z trzylatkiem, ledwo żywym, z ewidentną gorączką i to tak
powyżej 38 jak nic. Zostałam zbesztana przez matkę ZDROWEGO dziecka, która
przyszła na bilans "bo ona teraz też będzie musiała dłużej czekać". Bardzo
była zdegustowana!
P.S. Dlaczego dziecko zdrowe musi przyjść na bilans w godzinach przyjęć
dzieci chorych proszę mnie nie pytać. Nie wiem.