Ja już wysiadam z tym moim chłopem

Za każdym razem gdy uda mi sie go naprostować na właściwe myślenie
wkracza teściowa/szwagier/koledzy etc. Uszczęśliwiają nas złotymi
radami co to kobieta, zona, matka musi. Znowu wychodzi na to że mimo
ze oboje pracujemy to mi "nalezy" się drugi etat w domu a mężowi
kapcie i ciepły obiadek.
Juz było dobrze mimo ze głównie to ja sprzątałam i gotowałam ale mi
pomagał. Wczoraj znowu zadyma bo zapytałam dlaczego on mi obiadu nie
poda tylko zawsze ja mam to robić. Obraził się i nie chce ze mną
rozmawiać i "kłucić się o pierdoły". Nie dociera że to nie pierdoły
tylko podstawa naszego współżycia mażeńskiego.
Znów "dobry kolega" wytłumaczył że jest pantoflarz a ja musze...
Kogo mam zabić? Rodzinke, mężą, kumpli, siebie? Syzyfowa praca