aleksandrynka
02.12.04, 21:42
W niedzielę w nocy mój przeziębiony syn nagle dostał wysokiej gorączki -
ponad 39. Nie wiedziałam co robić więc zadzwoniłam na pogotowie, żeby mi coś
doradzili. Połączono mnie z lekarzem, opowiedziałam, ze mały w sobotę był u
pediatry z kaszelkiem a od dzisiaj paskudny katar i ta nieszczęsna
gorączka... Ten odpowiedział, że musze natychmiast jechać na pogotowie zrobić
prześwietlenie, spytał, gdzie mieszkam i kazał jechać na Marszałkowską 23.
Żeby sie upewnić zadzwoniłam do tamtego szpitala Lekarka uspokoiła mnie i
powiedziała, że wywiad jest zbyt mały,zeby stwierdzać koniecznośc
prześwietlenia, kazała zbijać gorączkę i pójść rano do przychodni (miała
rację). I przy okazji uświadomiał mnie, ze u nich nie ma ostrego dyżuru i do
tego szpitala powinnam mieć skierowanie (najpierw trzeba jechać na o.d. na
jakąś tam ulicę, i oni oceniają co i jak)...
No i tu pytanie - dlaczego pod 997 NIC o tym nie wiedzieli? Jesli nie oni to
KTO? Zwlokłabym niepotrzebnie cierpiace dziecko z łóżka, pojechałabym i
straciłabym kase za taksówkę. Dlaczego niewłaściwie mnie skierowano?
Ech, jak zwykle, pacjencie, lecz się sam!