anna_druzd
16.11.03, 20:50
No tak, miałam siedzieć cicho, nikt nie skarżył się na Karową, doszłam do
wniosku że tylko ja miałam pecha. A tu czytam co innego, tak więc piszę co
myślę: rodziłam 2 lata temu na Karowej. Godz. 9.27 poród. Dziecko dostało 10
punktów. Po porodzie zostaliśmy ulokowani na korytarzu, Kac
dziwnie "stękał", nikt się tym nie przejął. O godz. 13, po kąpieli
zauważyliśmy, że dziecko jest sine, pani która go przyniosła powiedziała że
to normalne. Jednak wreszcie po którejś nieudanej próbie przystawienia do
piersi stwierdziła że chyba coś jest nie tak. Tylko dzięki temu, że moja
ciocia była położną nie wyrzucili mnie od razu z OIOMU. Dopiero jak
przyszlam wieczorem dowiedziałam się że jeszcze nic nie wiadomo i mam czekać
do rana i wogóle po co tak często przychodzę i nie ma się czym denerwować. W
środku nocy okazało się że wywożą małego na Marszałkowską. Jak się później
dowiedziałam był to czysty przypadek, bo akurat jakaś pani pracująca na
Litewskiej zobaczyła małego i powiedziała że nie ma na co czekać. Potem
czytałam w epikryzie, że dziecko było już nieprzytomne (niedotlenienie oun).
Tak więc tyle. Ja osobiście uważam że to, że szpital ma sprzęt nic nie
oznacza. I co z tego że mieli inkubator, jak dziecko miało niezamknięty
przewód Bottala i krew zalewała mu płuca. Zaden lekarz nie wpadł na to, że
najpierw trzeba zrobić porządną diagnozę! Dziewczyny, to mnie nauczyło
jednego: nigdy nie ufaj do końca lekarzom, oni to też ludzie i też
popełniają błędy. Jakby się coś wydarzyło w życiu bym sobie nie darowała, że
nie siedziałam i nie trułam tym lekarzom aż mi powiedzą co jest mojemu
dziecku. Tak więc najważniejsze jest to żeby trzymać rękę na pulsie. Jeszcze
myślę sobie tak, że jakby szpital nie miał odpowiedniego sprzętu, to od razu
wywieżli by go na Litewską i nie byłoby powikłań...
Pozdrawiam