Dodaj do ulubionych

Studia, studenci, wykładowcy. Kto jest dla kogo?

IP: *.devs.futuro.pl 19.10.09, 06:35
możecie sobie czekać na opinie.
I tak nie maja one najmniejszego znaczenia i nic nie zmienicie.
Dlaczego ?
Bo to wszystko trwa od lat, uczelnie to konserwa pseudo profesury z czasów
PRLu. Oni nie mają żadnego interesu w zmianach, bo zmiany wymiotły by ich z
posad. Dlatego dopóki nie wymrą (jeszcze jakieś 10-15 lat) żadnych szans na
zmiany nie ma. Lepiej się z tym pogodzić i dziecko wysłać na studia za granicę
(ja już zacząłem odkładać kasę).
Obserwuj wątek
    • nfajw Re: Studia, studenci, wykładowcy. Kto jest dla ko 19.10.09, 07:37
      Co za nieznajomość rzeczy:"Dlatego dopóki nie wymrą (jeszcze jakieś 10-15 lat)
      żadnych szans na zmiany nie ma." Przecież oni już sklonowali i dalej klonują
      sobie podobnych więc niby jak ma dojść do zmian ? Im podobnych za 10-15 lat
      będzie N razy więcej !
    • Gość: krakowiAnka Studia, studenci, wykładowcy. Kto jest dla kogo? IP: *.internetdsl.tpnet.pl 19.10.09, 08:10
      Dlatego prywatne uczelnie są zdecydowanie lepsze.
      Tu każdy w sumie płaci i wymaga.
      Czy poziom ten?? nie wiem
      Ja studiuję finanse i rachunkowość na wszib-ie i nie mogę im za wiele zarzucić.
      Dosyć, że tak powiem życiowa uczelnia.
      • Gość: ??? Re: Studia, studenci, wykładowcy. Kto jest dla ko IP: *.chello.pl 19.10.09, 08:49
        Czyżbyś sugerowała, że płaci i wymaga odpowiedniej oceny na koniec ?
        Właśnie o ten poziom chodzi.
      • Gość: stokrotka Re: Studia, studenci, wykładowcy. Kto jest dla ko IP: 145.116.2.* 19.10.09, 12:19
        Ja tez studiuje na wszib-ie i w porownaniu z UJ, gdzie studiowalam
        wczesniej, wszib to porazka.
        Oczywiscie sa dobrzy wykladowcy, ale wiekszosc olewa studentow gorzej,
        niz na swojej pierwszej uczelni.
      • Gość: eso Re: Studia, studenci, wykładowcy. Kto jest dla ko IP: *.net.autocom.pl 19.10.09, 23:39
        wszib podkrada wykładowców więc jak może być lepiej jak to ci sami
        ludzie?
    • flamengista ta teza mocno naciągana 19.10.09, 08:25
      "Z trwającej prawie miesiąc dyskusji o marnej jakości studentach wysnuć można
      było jeden podstawowy wniosek: Nie byłoby ksero-studentów bez ksero-wykładowców".

      Problem polega na tym, że spora część młodych ludzi idzie na studia, które w
      ogóle ich nie interesują. A potem nie chcą ich zmieniać, tylko doczołgać się do
      dyplomu. To jest dramat, bo naprawdę ciężko zainteresować swoim wykładem kogoś,
      kto chce tylko dyplomu a zajęcia traktuje jako udrękę.

      Do tego trzeba doliczyć pewną ilość studentów (moim zdaniem min. 10%), która nie
      nadaje się na studia z powodu kompetencji umysłowych. Oni zwyczajnie nie umieją
      się uczyć, nie potrafią przyswoić żadnej wiedzy, mają problemy z jasnym
      sformułowaniem własnych myśli. To problem umasowienia studiów, tacy ludzie byli
      zawsze ale nie szli na uczelnie. Mogą z nich być świetni i godni szacunku
      malarze ścian, glazurnicy czy operatorzy wózków widłowych. Ale niekoniecznie
      magistrowie.

      Jest też wyraźna zmiana w generacji studiujących teraz i tych 5-6 lat temu. To
      olbrzymia asertywność i roszczeniowość. Same w sobie nie są złe - to dobrze, że
      młody człowiek ma własne zdanie i dobrze, jeśli walczy o swoje.

      Problem zaczyna się, gdy roszczeniowość i asertywność zamienia się w zwykłe
      chamstwo. Ile razy spotkałem się z sytuacją, gdy na na korytarzu/po zajęciach
      słyszałem, że student musi mieć wpis. Teraz, zaraz. Ile miałem maili, w których
      Iksiński pisał, że tego a tego dnia o tej i o tej godzinie przychodzi na
      uczelnię i oczekuje, że będę wtedy obecny by zrobić mu kolokwium.

      Ja nie wiem, jak jest naprawdę z przestrzeganiem godzin konsultacji wśród
      pracowników uczelni, choćby tylko krakowskich. Może nie jest z tym dobrze, może
      część nie wykonuje należycie swoich obowiązków. Nie mam żadnych wyników badań,
      które by to potwierdzały. Ale jedno jest pewne - ciężko oczekiwać, że wykładowca
      będzie dostępny dla studenta przez 24 godziny na dobę, 7 dni w tygodniu. A tego
      się oczekuje. Ciekawe, że nie oczekuje się od urzędnika w banku, by zamknął
      oddział o godzinę dłużej bo dopiero o 19tej mamy czas. A wykładowca ma
      przedłużyć konsultacje, bo akurat więcej osób przyszło. Nikt wtedy nie myśli, że
      to de facto godziny ponadwymiarowe, za które nikt mu nie zapłaci. Nie, to jego
      obowiązek!

      Do tego studenci NIE CZYTAJĄ OGŁOSZEŃ. Można wywiesić ogłoszenie o konsultacjach
      w internecie, na stronie katedry, platformie e-learningowej, tablicy ogłoszeń.
      Ba, mógłbym jeszcze zaszaleć i wywiesić termin moich konsultacji na wielkim
      bannerze na Szkieletorze - i tak się założę, że nadal będę dostawał maile o tym,
      że "nie wiem kiedy są pańskie konsultacje" i "nie mogłam pana znaleźć".
      Oczywiście w sesji poprawkowej, w dniu kiedy upływa termin oddania indeksu.

      Ja nie piszę o tym, by się żalić. Studenci są jacy są - bywają świetni i
      błyskotliwi, dla których chce się robić (i ulepszać zajęcia). Bywają tacy,
      których się nie znosi - ale trudno, tak jest wszędzie. Chodzi tylko o to, że
      jednostkowe relacje mają to do siebie, że zafałszowują rzeczywistość. Nie można
      doświadczeń jednej, czy nawet kilku osób uogólniać na całą populację. Jak Gazeta
      chce wiedzieć, jak wygląda studiowanie na krakowskich uczelniach, niech
      przeprowadzi poważne badania (dziennikarskie, nie naukowe;). Listy i wpisy na
      forum mogą być jedynie jakąś wskazówką, ale nie prawdą objawioną.
      • dystansownik Re: ta teza mocno naciągana 19.10.09, 12:54
        > Problem polega na tym, że spora część młodych ludzi idzie na studia, które w
        > ogóle ich nie interesują. A potem nie chcą ich zmieniać, tylko doczołgać się do
        > dyplomu.

        To wynika z braku jakiejkolwiek realnej promocji różnych kierunków, które
        potrafiłyby w rzeczywisty sposób zainteresować potencjalnych studentów, a
        później oderwanie od rzeczywistości zajęć prowadzonych już dla tych studiujących.
        Młody człowiek wybierając studia tak naprawdę nie ma pojęcia co go czeka, a
        propaganda jaką mu wciska uczelnia wygasa już po rozpoczęciu studiów.

        > To jest dramat, bo naprawdę ciężko zainteresować swoim wykładem kogoś,
        > kto chce tylko dyplomu a zajęcia traktuje jako udrękę.

        Z tym się mogę całkowicie zgodzić. Jest wielu studentów, którzy chcą tylko
        dostać papierek, a to co po drodze, chcąc jak najszybciej i najłatwiej
        przeskoczyć. Jednak jest też wielu takich, którzy naprawdę chcą się czegoś nauczyć.

        Z perspektywy studenta, może 1/4 zajęć rzeczywiście jest interesująca. Może na
        niektórych uczelniach jest inaczej, może lepiej, może gorzej. Jednak ja, widząc,
        że 3/4 moich zajęć będzie dla mnie praktycznie nieprzydatne, albo widząc, że są
        prowadzone po prostu na odwal, jakim cudem mam się nimi interesować ??

        > Oni zwyczajnie nie umieją
        > się uczyć, nie potrafią przyswoić żadnej wiedzy, mają problemy z jasnym
        > sformułowaniem własnych myśli. To problem umasowienia studiów, tacy ludzie byli
        > zawsze ale nie szli na uczelnie. Mogą z nich być świetni i godni szacunku
        > malarze ścian, glazurnicy czy operatorzy wózków widłowych. Ale niekoniecznie
        > magistrowie.

        Może się też okazać, że ktoś odbiegający od standardu "magistra", w późniejszym
        zawodzie będzie się o wiele lepiej sprawdzał niż osoba podchodząca pod stricte
        ideał studenta. Na uczelni najczęściej oczekuje się wykucia odpowiedniej ilości
        materiału, czasem też jego przeanalizowania, a to przekłada się na oceny.
        W późniejszym życiu inne cechy mogą nabrać dominującego znaczenia i się okazuje,
        że ten piątkowy kujon, którego chwalili wszyscy wykładowcy, nagle musi pracować
        dla swojego kolegi, który na egzaminach ściągał, a co semestr brał z czegoś
        warunek.

        > Problem zaczyna się, gdy roszczeniowość i asertywność zamienia się w zwykłe
        > chamstwo. Ile razy spotkałem się z sytuacją, gdy na na korytarzu/po zajęciach
        > słyszałem, że student musi mieć wpis.

        Proszę się jednak postawić w sytuacji studenta i popatrzeć z jego perspektywy.
        Wpis, to dosłownie kilka minut czasu dla wykładowcy, a dla studenta może to być
        bardzo ważna sprawa. Oczywiście nie bronie tu chamstwa, ale uważam, że student
        ma prawo do pewnych roszczeń wobec wykładowcy.

        Sam spotkałem się z nieciekawymi sytuacjami, gdy próbowałem uzyskiwać niektóre
        wpisy.
        Raz musiałem dostać wpis na 3 dni przed ostatecznym terminem złożenia indeksu.
        Idąc do wykładowcy dowiedziałem się, że on sam ocen nie będzie wpisywał, że mam
        iść do babki od ćwiczeń i ona mi wpisze ocenę, a następnie mam złożyć indeks w
        sekretariacie, wtedy on podpisze jak będzie miał czas.
        Idę do babki, ona mi mówi, że dziś nie ma czasu (nie może studentowi poświęcić
        dosłownie 2 minut), żebym zostawił jej indeks w sekretariacie to później
        podpisze. Przychodzę na drugi dzień, a okazuje się, że indeks w sekretariacie
        jak leżał, tak nadal leży, więc go wziąłem i znów idę do babki, a ta mi mówi, że
        teraz nie ma czasu, bo ma obrony dyplomów i musi już iść, ale później będzie.
        Czekam pod jej pokojem ok. 3 godziny. Przychodzi ona i druga babka, która z nią
        siedzi w tym samym pokoju. Ta moja od ćwiczeń znowu, że teraz czasu nie ma, że
        musi wracać na obrony, ale na szczęście ta druga się zlitowała i powiedziała, że
        ona mi wpisze tą ocenę (bo w indeksie i tak podpisuje kto inny). Zajęło jej
        to... około 30 sekund, bo listę z ocenami tamta miała na biurku i wystarczyło
        tylko przepisać ocenę oraz datę zaliczenia.
        Potem wizyta w sekretariacie i dowiaduje się, że wykładowca nie może mi podpisać
        oceny w indeksie, bo sekretarka musi wpisać wszystkie oceny do protokołu, więc
        muszę zostawić indeks i czekać. Czekam, czekam, czekam, po godzinie w końcu
        babka się za to wzięła (a że indeksów trochę się uskładało to i czasu jej to
        trochę zajęło). Na koniec wykładowca wpadł na 15 min do sekretariatu, masowo
        podpisywał indeks za indeksem i w ten sposób musiałem zmarnować 2 dni i sporo
        nerwów na zdobycie jednego wpisu.
        Ja wiem, że wykładowcy mają wielu studentów, że czują się od nich o wiele
        ważniejsi, ale czasem warto byłoby postawić się w sytuacji drugiej strony.

        > Ile miałem maili, w których
        > Iksiński pisał, że tego a tego dnia o tej i o tej godzinie przychodzi na
        > uczelnię i oczekuje, że będę wtedy obecny by zrobić mu kolokwium.

        A ile razy ja miałem sytuacje, że wykładowca w ogóle na maile nie odpowiada. Ile
        miałem sytuacji, że wykładowcy w ogóle nie można zastać na uczelni. Szczególnie
        gdy nawet nie wyznacza godzin konsultacji, albo się na nich nie pokazuje.
        Sytuacje wprost roszczeniowe ze strony studentów to rzadkość, ale olewanie
        studentów to już praktycznie standard.
        Często nawet gdy student skontaktuje się już z prowadzącym i ustali termin w
        którym może przyjść (bo standardowo student ma się dostosować do wykładowcy),
        okazuje się, że wykładowca albo był w zupełnie innych godzinach (np. powiedział,
        że będzie po 12, a student na uczelni przychodząc dowiaduje się, że ten był
        tylko do 12), albo przychodzi o wiele później i student musi czekać, bo nie ma
        innego wyjścia.

        > jednostkowe relacje mają to do siebie, że zafałszowują rzeczywistość. Nie można
        > doświadczeń jednej, czy nawet kilku osób uogólniać na całą populację. Jak Gazet
        > a
        > chce wiedzieć, jak wygląda studiowanie na krakowskich uczelniach, niech
        > przeprowadzi poważne badania (dziennikarskie, nie naukowe;). Listy i wpisy na
        > forum mogą być jedynie jakąś wskazówką, ale nie prawdą objawioną.

        Tu się zgadzam. Opinie w listach czy na forum zwykle opisują sytuacje skrajne.
        Jednak właśnie skrajności bywają najbardziej irytujące i dają nam obraz
        postrzegania całości, nawet jeśli reszta obrazu jest całkiem w porządku.
        • flamengista Re: ta teza mocno naciągana 19.10.09, 13:31
          > To wynika z braku jakiejkolwiek realnej promocji różnych kierunków, które
          > potrafiłyby w rzeczywisty sposób zainteresować potencjalnych studentów, a
          > później oderwanie od rzeczywistości zajęć prowadzonych już dla tych studiującyc
          > h.
          > Młody człowiek wybierając studia tak naprawdę nie ma pojęcia co go czeka, a
          > propaganda jaką mu wciska uczelnia wygasa już po rozpoczęciu studiów.
          No, często też bywa że student wybiera kierunek bo ma "fajną" nazwę. U nas to
          zjawisko dość częste.

          Ja nie mówię, że wszystkie zajęcia są zawsze ciekawe - ja tylko twierdzę że nie
          da się nic zrobić jeśli student np. politologii nie interesuje się w ogóle
          polityką i nie wie, kto jest ministrem spraw zagranicznych naszego kraju.
          Przecież my naiwnie zakładamy, że młodzi ludzie przychodzą do nas by realizować
          własne zainteresowania - studia w odróżnieniu od szkoły średniej nie są już
          obowiązkowe...

          > Jednak ja, widząc
          > że 3/4 moich zajęć będzie dla mnie praktycznie nieprzydatne, albo widząc, że są
          > prowadzone po prostu na odwal, jakim cudem mam się nimi interesować ??
          Bardzo przykro mi to słyszeć. Choć ośmielę się zauważyć, że część
          "nieprzydatnych" zajęć skreślił Pan może zbyt pochopnie. Niemniej odsetek niewesoły.

          Jedyne, co mogę poradzić to to, by w ramach koła naukowego/organizacji
          studenckiej napisać listę postulatów co do zmian programu i wysłać do rektora. W
          dzisiejszych czasach postulaty studentów są przynajmniej wysłuchiwane - może
          będą mieli Państwo dobre pomysły i dające się wprowadzić w życie?

          > W późniejszym życiu inne cechy mogą nabrać dominującego znaczenia i się okazuje
          > że ten piątkowy kujon, którego chwalili wszyscy wykładowcy, nagle musi pracować
          > dla swojego kolegi, który na egzaminach ściągał, a co semestr brał z czegoś
          > warunek.
          Tu nie chodzi o bycie kujonem lub "lesserem" - tu chodzi o elementarną
          umiejętność pojmowania pewnych rzeczy. Między innymi umiejętność przeczytania
          książki i zrozumienia jej. Nie uwierzy Pan, ale mamy na studiach również
          funkcjonalnych analfabetów!

          I mnie nie obchodzi, co taki "student" zrobi po zakończeniu stopni, mnie martwi
          to że ja marnuję z nim czas, a podatnik pieniądze.

          > Proszę się jednak postawić w sytuacji studenta i popatrzeć z jego perspektywy.
          Panie szanowny, ja też kiedyś byłem studentem i to studiowałem na dwóch
          uczelniach, więc dobrze pamiętam jak było. Najlepszy numer to zrobił pewien
          profesor, który po egzaminie oświadczył, że jedzie na wakacje na Kanary i nie ma
          czasu poprawić naszych prac. W środku lata wywiesił listy z ocenami, ale wpisów
          nie zrobił. Ile się musiałem natrudzić by dostać wpis, a bez tej nieszczęsnej
          4ki w indeksie nie mogłem zamknąć sesji (cały rok też, to inna sprawa) i składać
          podanie o drugi kierunek.

          > Wpis, to dosłownie kilka minut czasu dla wykładowcy, a dla studenta może to
          być bardzo ważna sprawa.
          Oczywiście, że kilka minut. Pod warunkiem, że:
          1. nie jest się w tym czasie w domu i nie pracuje nad artykułem. Wypad na
          uczelnię, nawet na chwilę to rozbicie całego dnia pracy naukowej. W dodatku
          nigdy nie wpada się "na chwilę" - miał być tylko wpis, a pojawiają się inne
          sprawy i nagle okazuje się że minęły 2 godziny.
          2. chodzi o wpis z bieżącej sesji. Przy czym "robiący problem" studenci często
          przychodzą w grudniu, nie pamiętają jaki to był przedmiot (a skąd ja mam
          wiedzieć, jak prowadzę 5 różnych?), nie pamiętają swojej grupy... Zaczyna się
          szukanie w papierach, odpytywanie studenta by jednak poszukał w swojej pamięci
          jak było. A kilku takich studentów potrafi zająć całe 1,5-godzinne konsultacje.
          Ja kiedyś szukałem oceny pewnej studentki przez godzinę.

          > Ja wiem, że wykładowcy mają wielu studentów, że czują się od nich o wiele
          > ważniejsi, ale czasem warto byłoby postawić się w sytuacji drugiej strony.
          I oczywiście się stawiamy. I litujemy nad studentem, który przychodzi i prosi.
          Ale są pewne granice - my mamy też inne obowiązki (administracyjne, naukowe) i
          mamy też własne rodziny.

          > A ile razy ja miałem sytuacje, że wykładowca w ogóle na maile nie odpowiada.
          No to jest niedopuszczalne i powinien Pan to zasygnalizować dziekanowi. A jeśli
          się Pan boi - przedstawicielom samorządu, by coś z tym zrobiono.

          > Ile miałem sytuacji, że wykładowcy w ogóle nie można zastać na uczelni.
          Szczególnie
          > gdy nawet nie wyznacza godzin konsultacji, albo się na nich nie pokazuje.
          Jak wyżej. Posiadanie uczelnianego e-maila, odpowiadanie na maile, konsultacje i
          wywieszenie terminu konsultacji - to absolutnie podstawowe obowiązki kadry.
          Jeśli tego nie robią i dziekan się dowie, mogą mieć problemy.

          > Sytuacje wprost roszczeniowe ze strony studentów to rzadkość
          Rzadkość to była parę lat temu, teraz to zjawisko coraz częstsze.

          > Jednak właśnie skrajności bywają najbardziej irytujące i dają nam obraz
          postrzegania całości, nawet jeśli reszta obrazu jest całkiem w porządku.
          To prawda. Jeden nieuprzejmy student, robiący numery na konsultacjach powoduje,
          że mam całkowicie zepsuty dzień. Na studentów patrzę spode łba, wykład też
          wychodzi gorzej niż zwykle, nawet napisanie prostego pisma urzędowego sprawia
          trudności.

          Z drugiej strony - kontakt ze zdolnym, pracowitym studentem który przyjdzie na
          konsultacje nie po wpis "last minute" tylko by spytać o jakąś książkę - działa w
          dokładnie odwrotnym kierunku...
          • dystansownik Re: ta teza mocno naciągana 19.10.09, 19:31
            > No, często też bywa że student wybiera kierunek bo ma "fajną" nazwę. U nas to
            > zjawisko dość częste.

            Bo uczelnie często wymyślają "fajne" nazwy, żeby naciągać studentów. To też
            częste zjawisko u nas.

            > Bardzo przykro mi to słyszeć. Choć ośmielę się zauważyć, że część
            > "nieprzydatnych" zajęć skreślił Pan może zbyt pochopnie. Niemniej odsetek niewe
            > soły.

            Ja rozumiem, że część z pozoru niepraktycznych zajęć, na dłuższą metę jest
            potrzebna, ale nazbyt często bywa tak, że niektóre zajęcia uczą w sumie rzeczy,
            które są dla nas bezużyteczne.
            Często jest to po prostu czysta teoria, na poziomie akademickich rozważań, która
            nie ma żadnej wartości merytorycznej dla ludzi, którzy w danym zagadnieniu się
            nie specjalizują.

            > Jedyne, co mogę poradzić to to, by w ramach koła naukowego/organizacji
            > studenckiej napisać listę postulatów co do zmian programu i wysłać do rektora.

            Rektor i tak będzie miał to gdzieś, a koła naukowe i organizacje studenckie są
            tylko kołami wzajemnej adoracji, które (może poza pojedynczymi przypadkami) nic
            nie robią.

            > I mnie nie obchodzi, co taki "student" zrobi po zakończeniu stopni, mnie martwi
            > to że ja marnuję z nim czas, a podatnik pieniądze.

            Znam takiego jednego wykładowcę. Uznał, że marnuje ze studentami czas i po co ma
            sobie i im robić problemy. Zajęcia traktuje na odwal, a wykładów praktycznie nie
            prowadzi w ogóle. On przez olewających studentów zaczyna olewać nauczanie, a
            potem koło się zamyka, bo studenci przez olewające nauczanie, zaczynają olewać
            naukę.

            > I oczywiście się stawiamy. I litujemy nad studentem, który przychodzi i prosi.
            > Ale są pewne granice - my mamy też inne obowiązki (administracyjne, naukowe) i
            > mamy też własne rodziny.

            Ale to już chyba nie wina studentów ? Jak wykładowca wyżej ceni sprawy naukowe
            ponad dydaktyczne, to niech przestanie uczyć.
            Dobrym rozwiązaniem byłoby zwiększenie kadry i dopuszczenie młodszych do
            nauczania, a bardzo często jest tak, że stary profesor ciapie te same wykłady od
            wielu lat, studentów ma gdzieś, a kasę za wykłady bierze. Czasu nie ma, bo na
            głowie ma zarządzanie instytutem czy zakładem, pisanie nowej książki lub
            artykułu, a pomimo tego do prowadzenia wykładu i tak nikogo innego nie dopuści.
            Sprawy administracyjne to już w ogóle powinny być na głowie kogoś innego. Choć
            widzę ostatnio tendencję do tego, żeby właśnie na kadrę dydaktyczną zwalić też
            jak najwięcej administracji.

            > No to jest niedopuszczalne i powinien Pan to zasygnalizować dziekanowi. A jeśli
            > się Pan boi - przedstawicielom samorządu, by coś z tym zrobiono.

            Tylko jak wiem, że pan profesor, który postępuje niewłaściwie ma na wydziale
            takie plecy, że nawet ciągnikiem go nikt nie ruszy ze stołka to po co się męczyć
            ? Łatwiej jest odcierpieć swoje i modlić się, żeby z danym człowiekiem już nigdy
            w życiu nie mieć do czynienia.
            A samorząd to w ogóle można sobie darować. Mam tam kolegę, wybrali go kumple na
            akademikach, bo kogoś musieli wybrać. I tak nic tam nie robi, zresztą jak 90%
            ludzi w tym samorządzie.

            > Jak wyżej. Posiadanie uczelnianego e-maila, odpowiadanie na maile, konsultacje
            > i
            > wywieszenie terminu konsultacji - to absolutnie podstawowe obowiązki kadry.
            > Jeśli tego nie robią i dziekan się dowie, mogą mieć problemy.

            W teorii wszystko ładnie brzmi. Tylko w praktyce są ludzie, którzy mogą robić co
            chcą, a nikt ich nie ruszy nawet gdyby ktoś spróbował.
            Co do maila to oczywiście prawie każdy pracownik go posiada. Tylko jak jeden
            chce, żeby mu wysyłać projekt zaliczeniowy na maila, a jednocześnie przez 2
            miesiące nie odpowiada, to już coś jest nie tak. Co jeszcze ciekawsze, kilka
            osób, które wcześniej dostały odpowiedź zatwierdzającą ten projekt (maila
            zwrotnego zawierającego tylko "ok" w odpowiedzi), chcąc dostać wpis od
            wykładowcy dowiedziały się, że... nie dostaną wpisów, bo nie mają zaliczonych
            projektów. A projektów nie mają zaliczonych, bo wykładowca sobie nie zapisał kto
            mu przysłał projekty.
            Po wykłóceniu się, że jednak projekty oddali, dowiedzieli się, że dostaną niższe
            oceny, bo pomimo tego, że w rzeczywistości projekty oddawali jako pierwsi, o
            wysokości oceny zdecydowała kolejność wpisywanych zaliczeń i ogólne widzimisię
            wykładowcy.
            • flamengista fajne nazwy? 20.10.09, 09:19
              Szanowny Panie, nazwy większości kierunków są ustalone przez Ministerstwo,
              podobnie jak odgórne minima programowe. My tworząc na nowo kierunek mieliśmy
              praktycznie związane ręce - okazało się, że min 75% zajęć pozostało tych samych,
              bo należało do minimów. Interesujące i pożyteczne dla studenta kursy mogły się
              znaleźć w tych 25%.

              Więc rozumiem narzekania, ale są one skierowane pod niewłaściwym adresem. Niech
              Ministerstwo da nam prawdziwą swobodę w kształtowaniu programów studiów -
              spokojna głowa, że sobie poradzimy. I śmiem twierdzić, że studenci będą bardziej
              zadowoleni z takich studiów.

              Pana stwierdzenie: "Jak wykładowca wyżej ceni sprawy naukowe
              ponad dydaktyczne, to niech przestanie uczyć" - dotyka meritum problemu, jakim
              jest organizacja pracy i kwestia obowiązków kadry akademickiej.

              Problem polega na tym, że uczelnia ma za zadanie prowadzić badania i uczyć. To
              samo jej pracownicy. Stoimy na dwóch filarach - nauce i dydaktyce i nie można po
              prostu odciąć jednej nogi. Nie można więc przestać uczyć, ale co ważniejsze - to
              nauka jest istotniejsza dla rozwoju osobowego i dla kariery zawodowej. Świetnych
              dydaktyków się nie ceni. Natomiast ceni się tych, co robią doktoraty i habilitacje.

              "Dobrym rozwiązaniem byłoby zwiększenie kadry i dopuszczenie młodszych do
              nauczania" - ba, ale jak to zrobić? Nie ma pieniędzy na nowe etaty. Stąd
              popularność studiów doktoranckich, bo ma się nowych quasi-pracowników za darmo.

              "stary profesor ciapie te same wykłady od wielu lat, studentów ma gdzieś, a kasę
              za wykłady bierze" - niestety, on też ma pensum do wykonania, a ciężko oczekiwać
              że z własnej woli zwolni się z pracy. Do tego on te zajęcia "prowadził od
              zawsze". To jest główny argument - zajęcia komuś raz powierzone często są nie do
              odzyskania. To oczywiście zależy tylko od determinacji dziekana, ale ci na ogół
              nie chcą wojny na wydziale, tylko świętego spokoju.

              Rozwiązaniem byłoby menedżerskie zarządzanie uczelnią, przez prawdziwych
              menedżerów - osoba z zewnątrz mogłaby podejmować niepopularne decyzje bez
              martwienia się o to, że kiedyś przestanie pełnić tą funkcję i wróci do
              środowiska, do osób z którymi będzie musiała współpracować.

              "Sprawy administracyjne to już w ogóle powinny być na głowie kogoś innego" -
              powinny, ale nie są. I tak już jest, nie tylko na uczelniach, ale również na
              policji czy w szpitalach.
          • Gość: Be Re: ta teza mocno naciągana IP: *.internetdsl.tpnet.pl 19.10.09, 22:36
            > > Ile miałem sytuacji, że wykładowcy w ogóle nie można zastać na uczelni.
            > Szczególnie
            > > gdy nawet nie wyznacza godzin konsultacji, albo się na nich nie pokazuje.
            > Jak wyżej. Posiadanie uczelnianego e-maila, odpowiadanie na maile, konsultacje
            > i
            > wywieszenie terminu konsultacji - to absolutnie podstawowe obowiązki kadry.
            > Jeśli tego nie robią i dziekan się dowie, mogą mieć problemy.


            W moim przypadku dziekan wiedział - było to ujęte w oficjalnym podaniu o przedłuzenie sesji z powodu braku możlwiości uzyskania wpisu u tej i u tej osoby od takiego to a takiego czasu. I co z tego wynikło? Oczywiście nic :) W kolejnym semestrze znów sytuacja się powtórzyła. Nietsety dziekan nie zrobi nic profesorowi zwyczajnemu.

            > > Sytuacje wprost roszczeniowe ze strony studentów to rzadkość
            > Rzadkość to była parę lat temu, teraz to zjawisko coraz częstsze.
            >


            Również się z tym zgodzę i dodam tylko tyle, że ta roszczeniowośc nie jest ukierunkowana tylko w syosunku do wykładowców, ale także rówieśników. Jakakolwiek próba przesuniecia godzin zajęć (aprobowana przez wykładowcę) czy chociazby ustalenia godzin egzaminu kończy się często pyskówką, bo tamtemu nie pasuje, ze zbyt wcześnie musi wstać, a innemu, ze za późno. Niestety ludzie ogólnie co raz mniej się szanują.
        • Gość: Leccinum Re: ta teza mocno naciągana IP: *.hfc.comcastbusiness.net 19.10.09, 15:04
          > Może się też okazać, że ktoś odbiegający od standardu "magistra", w >
          późniejszym zawodzie będzie się o wiele lepiej sprawdzał niż osoba
          > podchodząca pod stricte ideał studenta.

          "Stricte ideał" - ładnie brzmi, a użycie obcego słowa zdradza osobę o dużych
          ambicjach intelektualnych. Innym typowym wtrętem stylistycznym jest "bodajże",
          słowo używane przez 90% studentów. Brzmi bardzo zabawnie gdy student uczelni
          technicznej dla podkreślenia swojej pewności co do prezentowanej wiedzy mówi np.
          "napięcie wynosi bodajże 12 V".
          To chyba właśnie to przekonanie studentów o swojej "stricte idealności" nie
          pozwala im rozumieć prostych komunikatów typu: "zaliczenia będą wpisywane do 25
          czerwca" i większość przyjdzie po tym terminie, a najlepiej w przeddzień
          inauguracji następnego roku akademickiego kiedy te "30 sekund na jeden wpis"
          pomnożone przez kilkadziesiąt zaczyna być irytujące.
          • dystansownik Re: ta teza mocno naciągana 19.10.09, 18:43
            > To chyba właśnie to przekonanie studentów o swojej "stricte idealności" nie
            > pozwala im rozumieć prostych komunikatów typu: "zaliczenia będą wpisywane do 25
            > czerwca" i większość przyjdzie po tym terminie, a najlepiej w przeddzień
            > inauguracji następnego roku akademickiego kiedy te "30 sekund na jeden wpis"
            > pomnożone przez kilkadziesiąt zaczyna być irytujące.

            Ja nie twierdzę, że studenci tego nie robią, ale w większości przypadków nie
            mają problemów z rozumieniem "prostych komunikatów". Przypadek zdobywania wpisu
            o którym ja pisałem to jest wina tylko i wyłącznie wykładowcy.
            U mnie na wydziale praktykuje się taki sposób uzyskiwania wpisów, że studenci
            składają indeksy do dziekanatu, a wykładowcy sami tam przychodzą i wpisują oceny
            tym którzy uzyskali już zaliczenia. Następnie indeksy są studentom zwracane w
            celu samodzielnego zebrania brakujących wpisów, na co jest dość krótki termin
            (jeśli chce się dostać stypendium, bo w innym przypadku opóźnienia to nie
            problem). Są oczywiście pewne wyjątki, gdy wykładowcy bezpośrednio dają wpisy
            (np. ustne egzaminy), ale wtedy porządny student problemów nie ma żadnych.
            Tylko jak tu nagle jeden pan doktor zaczyna zgrywać ważniaka, że on nie pójdzie
            do budynku obok żeby wpisać oceny, tylko to do niego mają przychodzić, to
            zaczyna się zabawa.
            Studenci nagle się dowiadują, że brakuje im jednego głupiego wpisu z przedmiotu,
            który zaliczyli już ponad 2 miesiące wcześniej i muszą się bawić z co najmniej
            kilkugodzinną walką o wpis, bo jak nie to są w plecy o stypendium naukowe.
          • fafik_wielki Re: ta teza mocno naciągana 20.10.09, 21:22
            wszystko to prawda, sam to znam, ale nawet największe matołectwo studentów nie
            usprawiedliwia nieprzygotowania prowadzących, ich nieobecności na konsultacjach,
            czy zwykłego olewactwa - zgoda, że ktoś rzetelny ma prawo oczekiwać od studentów
            też poważnego traktowania, ale powiedzmy sobie, że wielu wielkich panów
            magistrów/doktorów/profesorów ma niezwykłą skłonność do postrzegania obowiązków
            asymetrycznie, studenci to widzą i dlatego buczą...

            wielu nauczycieli akademickich lubi zwalać całe zło w procesie dydaktycznym na
            studentów ("bo nowa matura" itd. itp. - w tym oczywiście też coś jest), ale
            często nie widzi, jak sami swoją postawą (albo ich koledzy) psują tych młodych
            ludzi, bo ich po prostu uczą nierzetelności
      • Gość: Be Re: ta teza mocno naciągana IP: *.internetdsl.tpnet.pl 19.10.09, 22:23
        > Problem polega na tym, że spora część młodych ludzi idzie na studia, które w
        > ogóle ich nie interesują. A potem nie chcą ich zmieniać, tylko doczołgać się do
        > dyplomu. To jest dramat, bo naprawdę ciężko zainteresować swoim wykładem kogoś,
        > kto chce tylko dyplomu a zajęcia traktuje jako udrękę.

        Wybierałam swoje studia z myślą nie o kierunku a o specjalizacji. Wybrałam wtedy niestety już wspomnaie w artykule zarządzanie i marketing. Przez trzy lata męczyłam się z różnego typu zarządzaniami, gdzie na każdym kolejnym roku i na każdym rozwinięciu zarządzania nie dowiedzialam się nic więcej ponadto, co wyniosłam na pierwszym roku z podstaw. Być moze wynikało to także z tego, że ćwiczeniowiec, który prowadził ten przedmiot potrafił się skupić na konkretach. Niestety w pewnych kregach chyba się to nie podobało niektórym i młody, ambitny magister niestety już na uczelni nie pracuje. Owszem - zdarzały sie projekty, ale tak naprawdę jedyne, co sie dla nich liczyło to umiejetność napisania iluśtam zdań, specyficznym jezykiem, naszpikowanym jak najmniej zrozumiałym słownictwem. Nietsty podręczniki także były psiane własnie takim językiem. Kolejna sprawa - to brak rzetelnych ocen (bo niby jak mają być rzetelne, skoro egzamin pisze 150 osób, prawie każdy po 3-4 strony a4 a po godzinie są wyniki już w indeksach?). Niestety te zdarzenia, chaos organizacyjny, nieobecność wykładowców na konsultacjach, brak mozlwiości kontaktu z niektórymi wykładowcami, potrafią zniechęcić do jakiegokolwiek wysiłku. Kolejną sprawą jest wybór specjalizacji, gdzie przy prawie 30 osobach chętnych nie były one otwierane. Jak ktos ma się zmotywować skoro trafia na specjalizację, która go nie interesuje? Kolejną sprawa są grupy jezykowe. Gdy zaczynałam było nas koło 15 osób, najbardziej liczne miały po 20, ale to rzadko. Gdy po 3 latach kończyłam naukę języków w grupach było nas po 30 osób.

        > Ja nie wiem, jak jest naprawdę z przestrzeganiem godzin konsultacji wśród
        > pracowników uczelni, choćby tylko krakowskich. Może nie jest z tym dobrze, może
        > część nie wykonuje należycie swoich obowiązków. Nie mam żadnych wyników badań,
        > które by to potwierdzały. Ale jedno jest pewne - ciężko oczekiwać, że wykładowc
        > a
        > będzie dostępny dla studenta przez 24 godziny na dobę, 7 dni w tygodniu. A tego
        > się oczekuje. Ciekawe, że nie oczekuje się od urzędnika w banku, by zamknął
        > oddział o godzinę dłużej bo dopiero o 19tej mamy czas. A wykładowca ma
        > przedłużyć konsultacje, bo akurat więcej osób przyszło. Nikt wtedy nie myśli, ż
        > e
        > to de facto godziny ponadwymiarowe, za które nikt mu nie zapłaci. Nie, to jego
        > obowiązek!


        Znam wykładowców, którzy przez cały semestr nie potrafili poinformowac o godiznach konsultacji ani na wykładzie, ani na moodle, ani na tablicy ogłoszeń przed pokojem, a nawet sekretarki w katedrze. Najczęsciej były to osoby z tytułem profesora. Kiedyś miałam niewątpliwą przyjemność przedłużania sesji, bo wykładowca nie raczył się pokazać w swojej katedrze i na uczelni przez ostatni tydzień czerwca, lipiec, sierpień, wrzesień (potem także pół października, kiedy to indeksu nawet w sekretariacie nie można było znaleźć - wbrew przepisom na uczelni został on zabrany przez wykładowcę do domu!), żeby zrobić wpis! Czy to nie jest chore? Nie musze dodawać, ze oczywiście poza utajnionym, znanym tylko pani sekretarce numerze komórki nie było z nim żadnego kontaktu. I nawet żal mi tej kobiety, bo dzwoniła do niego po parę razy a on albo nie odbierał albo obiecywał, że się zjawi i nic z tego nie było. Niestety takie zachowania na UEK sa normą. Podobnie jak to, ze jedna z wykładowczyń wziela pół roczny urlop nim dokonała wszytskie wpisy. I nie byłoby w tym nic złóego, bow pisu moze dokonać kierownik katedry, ale w jaki sposób ma to zrobić skoro razem z panią doktor przepadły protokoły?
        Z drugiej stroną sa jednak wykładowcy, którzy zostają po czasie i przyjmnują studentów do skutku. Służą dobrą radą, wytłumaczą, porozmawiają jak z człowiekiem. Niestety tych jest ciągle zbyt mało.

        > Do tego studenci NIE CZYTAJĄ OGŁOSZEŃ. Można wywiesić ogłoszenie o konsultacjac
        > h
        > w internecie, na stronie katedry, platformie e-learningowej, tablicy ogłoszeń.
        > Ba, mógłbym jeszcze zaszaleć i wywiesić termin moich konsultacji na wielkim
        > bannerze na Szkieletorze - i tak się założę, że nadal będę dostawał maile o tym
        > ,
        > że "nie wiem kiedy są pańskie konsultacje" i "nie mogłam pana znaleźć".
        > Oczywiście w sesji poprawkowej, w dniu kiedy upływa termin oddania indeksu.


        Z tym się zgodzę. Mimo cudownych wynalzazków jak poczta grupowa, gdzie materiały sa na bieżąco zawsze znajdzie się ktoś kto musi zapytać co i jak. Niestety bardzo wiele osób ma problem z samodzielnym odnalezieniem pewnych informacji. Swoją drogą jest to zastanawiajace, bo pisanie referatów na podstwie wikipedii im jakoś wychodzi ;)
        Osobiście ze względu na bycie starosta często kontaktowalam się z wykładowcami drogą mailową i naprawdę wiele rzeczy można w ten sposób załatwić. Niestety z drugiej strony są także wykładowcy, którzy albo nie odpisują (nawet gdy wcześniej prosza sami o kontakt mailowy!) albo po prostu nawet nie podają takowych adresów (a przecież wykładowcy jako ludzie nauki powinni za czyms takim nadążać). Kontrowersyjną kwestia jest też brak zamieszczania jakichkolwiek informacji o odwołaniu konsultacji. Czasami karteczka wywieszona 10 minut przed ich rozpoczęciem, to jednak trochę za późno.
    • Gość: a. Studia, studenci, wykładowcy. Kto jest dla kogo? IP: 89.108.208.* 19.10.09, 09:46
      Rocznik 1986 jako pierwszy został objęty reformą szkolnictwa, która
      wprowadziła 6-letnią podstawówkę, 3-letnie gimnazjum, następnie 3-letnie
      liceum, kończąc się nową maturą. Pierwszy taki egzamin dojrzałości (!) odbył
      się w roku 2005. W tym roku akademickim rocznik ten kończy studia magisterskie.
      Obowiązkowymi przedmiotami na pierwszej nowej maturze były język polski i
      język obcy, natomiast kolejny pozostał do wyboru.
      Zaliczenie tych trzech przedmiotów na poziomie przynajmniej 30 procent
      wystarczyło, aby uzyskać świadectwo dojrzałości.
      Uczeń "wykształcony" przez trzyletnie liceum został przygotowany do napisania
      3-stronicowego wypracowania z języka polskiego, na podstawie załączonego
      tekstu źródłowego.
      Powinien on był także swoje przemyślenia sformułować w taki sposób, aby
      odpowiadały one kluczowi odpowiedzi.
      Im lepiej "wstrzelił się" w klucz, tym więcej uzyskał punktów. Zdał maturę,
      dostał się na studia.
      I w tym miejscu właśnie kończy się zakres reformy. Nowa matura była gwarancją
      dostania się na studia, bez konieczności zdawania egzaminów wstępnych.
      Dalej już wszystko po staremu: pięcioletnie magisterskie studia. Uczeń,
      którego najdłuższa w życiu pisemna praca nie przekraczała 4 stron staje dziś
      przed zadaniem napisania co najmniej 80-stronicowej pracy magisterskiej...
      Nie ma co narzekać na poziom szkolnictwa wyższego w Polsce.
      W stosunku do gwałtownego obniżenia poziomu szkolnictwa podstawowego i
      ponadpodstawowego (liceum), stał się on jeszcze wyższy. Wydaje się wręcz nie
      do przeskoczenia dla rocznika "Nowa Matura 2005".
      • Gość: Be Re: Studia, studenci, wykładowcy. Kto jest dla ko IP: *.internetdsl.tpnet.pl 19.10.09, 22:49
        > I w tym miejscu właśnie kończy się zakres reformy. Nowa matura była gwarancją
        > dostania się na studia, bez konieczności zdawania egzaminów wstępnych.
        > Dalej już wszystko po staremu: pięcioletnie magisterskie studia. Uczeń,
        > którego najdłuższa w życiu pisemna praca nie przekraczała 4 stron staje dziś
        > przed zadaniem napisania co najmniej 80-stronicowej pracy magisterskiej...
        > Nie ma co narzekać na poziom szkolnictwa wyższego w Polsce.
        > W stosunku do gwałtownego obniżenia poziomu szkolnictwa podstawowego i
        > ponadpodstawowego (liceum), stał się on jeszcze wyższy. Wydaje się wręcz nie
        > do przeskoczenia dla rocznika "Nowa Matura 2005".



        Akurat rocznik 1986 całkiem dobrze sobie radzi. Nie wszyscy idący na studia zaraz po maturze trafiali na studia magisterskie i prosze sobie wyobrazić, że część z tych osób swoje prace licencjackie już oddała, a także obroniła. Ponadto gdy rocznik 1986 szedł do 3-letniego gimnazjum miał dobre podstawy z wówczas niezreformowanej jeszcze szkoły podstawowej. Rocznik 1986 był pierwszym rocznikiem reformy, gdzie nauczyciele nie do końca wprowadzali jeszcze nowe standardy nauczania i bardzo często "szli" starym tokiem. Równiez matura była wielką niewiadomą, tak samo dla uczniów, jak i dla nauczycieli. Ogólnie jedyne czego załuję w tych wszytskich reformach, to rezygnacja z egzaminów stepnych na uczelniach.

        A pracę magisterką już mam prawie napisaną. Zostały mi prawie całe dwa semestry i tylko rodział analityczny do napisania.

        Tragadia będzie, gdy przyjdą osoby po zreformowanych podstawówkach.
    • c79 Notatki z 2004, egzamin w 2009 19.10.09, 10:12
      Studentka twierdzi, że jeśli ma notatki z "2004 roku, to raczej mam pewność, że w zupełności wystarczą one do zdania egzaminu w roku 2009".

      Jeśli to ma być zarzut, to świadczy to trochę o niezrozumieniu idei szkolnictwa wyższego. Głównym celem jest nauczenie uniwersalnych praw nauki, po to, by student mógł wnioskować dedukcyjnie o zjawiskach szczegółowych w późniejszych etapach życia (np. w praktyce zawodowej).
      I to jest podstawowa umiejętność nabywana na studiach z zakresu nauk teoretycznych. Logiki można się nauczyć z podręcznika sprzed 50 lat.

      Jeśli egzamin w przeważającej części koncentruje się na znajomości szczegółów, to nie jest to chyba dobrze przygotowany egzamin.

      Nauki historyczne to trochę inna bajka, z innymi realiami, niestety. Tam rzeczywiście pozostaje czasami nauka na pamięć. I to
      • Gość: stomatolog Re: Notatki z 2004, egzamin w 2009 IP: 188.33.208.* 19.10.09, 11:28
        Na studiach medycznych prawie 100% pytań na testach to szczegóły. Z nawiasów,
        przypisów itd. Efekt tego jest taki że ryjemy największe bzdury a ogóły
        pomijamy, bo nie ma czasu nauczyc się wszystkiego, a kolokwium czy egzamin
        trzeba zdac. .
        • lucusia3 Re: Notatki z 2004, egzamin w 2009 19.10.09, 23:24
          Ja mam wrażenie, a związana jestem i z uczelnią państwową i prywatną, więc jakiś tam wgląd w szkolnictwo wyższe mam, że rację mają oboje moi przedmówcy. Wykłady z 2004, mało tego 1996, i 2009 są często identyczne - bez względu na postęp wiedzy, nowe książki czy nowe publikacje. I tu nie chodzi o podstawowe filary wiedzy jak filozofia czy archaiczne języki jak łacina. Dotyczy to biologii, fizyki, informatyki (!! tak!) i politologii czy socjologii.
          A z drugiej strony, ci klepiący te same wykłady od dziesięcioleci (albo ich uczniowie) w testach pytają się o kompletnie nieistotne i zawsze do sprawdzenia w przyszłej pracy trzecie miejsce po przecinku, np. w nieaktualnej statystyce.
          To przerażające. Ale 1) pana profesora na państwowej uczelni nikt nie może zwolnić, a nawet koledzy mu dadzą pensyjkę gdy jest na emeryturze, bez względu na jego kwalifikacje; 2) na prywatnej profesor jest tak wartościowy, że nawet jakby miał problemy z podpisaniem się, to i tak będzie cenny do akredytacji, więc nikt go nie ruszy.
          A z drugiej strony są np. studenci,ktorzy piszą w sobotę po południu (studia dzienne) maila do dyrektora zakładu, z pytaniem o której godzinie i z kim ich grupa ma zajęcia w poniedziałek.
          Wiedza Państwo, mnie brakuje w tym wszystkim nie jakichś reform, ale szacunku. Zwyczajnego szacunku - wykładowców do studentów, studentów do wykładowców, obu tych grup do administracji i administracji do wykładowców czy studentów. Jeśli się zwyczajnie pomyśli, czy tak, jak ja robię, chciałabym, by mnie zrobiono to właściwie wystarczy.
      • Gość: Be Re: Notatki z 2004, egzamin w 2009 IP: *.internetdsl.tpnet.pl 19.10.09, 22:52
        > I to jest podstawowa umiejętność nabywana na studiach z zakresu nauk teoretyczn
        > ych. Logiki można się nauczyć z podręcznika sprzed 50 lat.


        Tak, ale marketingu, informatyki, wszelkich pzremdiotów inżynieryjnych, biochemii, prawa, rachunkowości itp. itd. juz raczej nie, a niestety często zdarza się, ze i na takich przemdiotach informacje sa mocno zdezaktualizowane.
    • Gość: gosc111 Studia, studenci, wykładowcy. Kto jest dla kogo? IP: *.autocom.pl 19.10.09, 10:15
      Droga kolezanko, taka poblazliwosc wobec studentow jest niedopuszczalna.
      Gotowi sa pomyslec ze my tu jestesmy dla nich.
    • Gość: Piotr Studia, studenci, wykładowcy. Kto jest dla kogo? IP: *.rzeszow.vectranet.pl 19.10.09, 12:22
      A jak to wygląda z drugiej strony. Pracownicy naukowi dzielą się na dwie grupy: tych od roboty - zwykle trudno im awansować bo zajmują się wszystkim, również dydaktyką i ci pod ochroną, często rodzina szefów, którzy są pod ochroną i mają czas na pracę naukową od której zależy rozwój a więc i awans. Praca na uczelni składa się z 3 części: dydaktyki, nauki i organizacji. Są jakieś podziały procentowe ale tak naprawdę gros czasu zajmuje organizacja - papierki, ankiety rozbuchane jest to do granic możliwości, druga grupa to nauka - jedni robią to szybko, inni którzy wrzucają parę w dydaktykę zostają w tyle. Na końcu dydaktyka na którą nie mamy czasu. Równocześnie widzimy jak Ci, którzy jej nie robią pokazywani są za wzór dynamicznie rozwijających się pracowników - dydaktycy to lenie - nic nie dający uczelni. A wszystko to za 1400 dla asystenta i 2000 adiunkta. Najlepsi odchodzą.
      • lucusia3 Re: Studia, studenci, wykładowcy. Kto jest dla ko 19.10.09, 23:32
        Bez żartów, tacy dydaktycy to lenie, jeśli tylko odwalają zajęcia, te same od dłuższego czasu, których zresztą nie jest tak dużo. Pensum jest dla wszystkich takie samo, więc jeśli jesteś "dydaktykiem", który absolutnie poza kilkoma godzinami zajęć, nie jest w stanie napisać żadnego artykułu, to Ty się na uczelnię nie nadajesz. Po prostu się nie rozwijasz. Idź do prywatnej szkołki,która nic innego poza "odstukaniem" tematu nie będzie od Ciebie wymagać. Na "normalnej" uczelni praca naukowa jest po to, by przekazywać studentom metody jakimi ja prowadzisz, uczyć ich o nowych rzeczach, wprowadzać w coś co się dzieje dziś, nie wyłącznie 170 lat temu. Jeżelinie zajmujesz się pracą naukową, to nie znasz tych metod i nie wiesz co się dzieje w Twojej dziedzinie. Prowadzisz zajęcia z podręcznika. Można Cię więc zastąpić tym podręcznikiem, a wyniki nauki sprawdzać automatycznie, jak karty do głosowania.
        • Gość: p Re: Studia, studenci, wykładowcy. Kto jest dla ko IP: *.chello.pl 20.10.09, 01:12
          Być może pracujemy na różnych uczelniach na których obowiązują inne zasady. Pensum to słowo - fikcją jest równomierne obłożenie pracowników - jedni prowadzą więcej przedmiotów, więcej studentów zapisuje się im do grup - wszystko dzieli się po równo. Inni nie przychodzą na zajęcia pisząc kolejne prace naukowe przez co szybciej osiągają zaszczyty:) To demoralizujące
          Mógłbym również przeprowadzić polemikę z innymi tezami twojej wypowiedzi ale to nie ma sensu zważywszy na ilość inwektyw którymi mnie obrzuciłeś nie wiedząc kim jestem i czym się zajmuję. I chyba niewiele zrozumiałeś z tego co napisałem - bo raczej opisałeś jakąś osobę, której przypisałeś cechy wyssane z naukowego palca
    • Gość: Ulryk Studia, studenci, wykładowcy. Kto jest dla kogo? IP: *.89.98.101.static.crowley.pl 19.10.09, 12:47
      Jakiś czas już temu skończyłem studia jednak mogę swoja opinię
      wyrazić :)
      Ogólnie moge powiedzieć że: studenci udają że się uczą a wykładowcy
      udają że nauczają.
      Po pięciu latach wiedziałem że NIE UMIEM NIC ale dostaje papier.
      Czy było warto? Pięć długich lat studiowania dziennego dla kartki
      papieru. Z drugiej strony wiedziałem że przez ten okres sie
      obijałem, zaliczyłem trochę imprez i poflirtowałem z koleżankami.
      Jednak żałuję że nie studiowałem zaocznie, lepiej bym ten czas
      wykorzystał a ponieważ głupi nie jestem nauka byłaby dla mnie czystą
      przyjemnością. Na studiach zaocznych nie było tylu przedmiotów
      zapchaj-dziur, które istniały po to aby dać wykładowcy pracę. Nie
      ważne że nauka czegoś takiego i chodzenie na wykłady to czas
      zmarnowany. Nie uczyły niczego, nawet nauki dla nauki. Po prostu
      materiał wyssany z palca. W takiej sytuacji człowiek się bronił -
      kombinował. I muszę powiedzieć że kombinowania jak dostać dobrą
      ocenę bez nauki nauczyłem się wraz z kolegami świetnie!
      Strata czasu - to jest pierwszy problem. Być może wykładowcy
      podchodzą do tego w taki sposób że mieliśmy dużo czasu, dzięki temu
      bezrobocie było niższe, oni zarabiali...
      A może po prostu nie potrafią inaczej - wystarczy przejrzeć
      publikacje naukowe. Wiele z nich to kopiowanie, przeróbki innych
      (nawet opracowań studentów!!!), ssanie z palca tylko po to żeby
      wyrobić normę stron.

      Prace mgr.
      Wykładowcy ich nie czytają !!! Może to i lepiej bo czasem po prostu
      nie rozumieją tego co student napisze. Chyba to powinno być
      wystarczającą opinią i komentarzem... Nie wiem jakie jest teraz
      wynagrodzenie dla promotora od łebka - ale jeżeli promotor nie czyta
      pracy mgr to oznacza że bierze te pieniądze za darmo!

      Student nie ma praktycznie żadnych możliwości aby z wykładowcą
      polemizować. Teoretycznie polemizowanie jest i tak bez sensu ale
      zatrudniający wykładowcę nie dostaje żadnej informacji zwrotnej o
      jego przydatnosci! Zatem nie ma żadnej kontroli nad jakością
      wykładania! Powiem więcej - gburowatość, ekstrawagancja, grupy
      wzajemnego poparcia to są elementy którymi wykładowcy nadrabiają
      swoje braki.

      Cały system jest chory bo nie ma alternatywy dla studiowania. Kiedyś
      były technika i szkoły zawodowe. Dzisiaj te obszary są w stanie
      upadku. Jeżeli ktoś podniósłby rangę tych szkół być może ludzie
      przestali by szaleńczo atakować uczelnie!

      Nie mówię że się nie da dobrze uczyć studentów. Nawet za moich
      czasów zdarzało mi się że jakiś wykładowca wręcz mnie zafascynował.
      Jednak aby było możliwe studiowanie wartościowe wykładowcy powinni
      być profesjonalni - o co trudno. System nauczania nie powinien
      opierać się na wyrabianiu normy ilościowej -studentów, publikacji,
      godzin na wykładowcę dla pieniędzy.

      Studenci się nie uczą po po prostu się to nie opłaca. Wykładowcy
      udają że nauczają bo udawanie zajmuje mniej czasu a wynagrodzenie to
      samo....
      • flamengista z jednym można sie zgodzić 19.10.09, 13:35
        zaniedbania w finansowaniu zawodówek i techników doprowadziły do tego, że nie ma
        alternatywy - wszyscy idą na studia.

        A studia nie są dla wszystkich.
    • azjatuchajbejowicz wierszówka 19.10.09, 20:00
      Z przeciętnej długości postu w tym wątku można wnioskować, że polscy
      nauczyciele akademiccy mają chyba trochę za dużo wolnego czasu :)
      • wiem_swoje_i_juz Re: wierszówka 19.10.09, 22:32
        baaaardzo trafna uwaga
        mam duzo wolnego czasu, ale na wykladach, bo wiekszosc wykladowcow przynudza
        przeokropnie i snuje swoje bezsensowne opowiesci-teorie-wywody nikomu do niczego
        nie potrzebne. mowie to z pozycji studenta ktory ma juz prawie pol wieku zycia
        za soba a przed soba moze drugie pol wieku i dlatego ciagle sie ksztalce.
      • Gość: niestety Re: wierszówka IP: *.neoplus.adsl.tpnet.pl 19.10.09, 23:59
        Widocznie próbują dogłębnie wytłumaczyć przyczyny powstawania przedstawionych
        problemów.

Nie masz jeszcze konta? Zarejestruj się


Nakarm Pajacyka