kowaliska
27.08.07, 23:12
Przyznaje się, że kiedyś rzadko tam chodziłam, traktując to jak jakąś
pańszczyznę do odrobienia.
Wstawałam, siadałam, klękałam kiedy trzeba (czyli wtedy co inni), klepałam ze
wszystkimi różne formułki nie zastanawiając się nad ich znaczeniem, po to żeby
usłyszeć upragnione "Idźcie OFIARA spełniona", westchnąć z ulgą że "Bogu niech
będą dzięki" i do domciu.
Zawsze miałam potem kaca moralnego ze tak niefrasobliwie do tego podchodzę.
Wydawało mi się że inni wiedzą i przeżywają więcej ode mnie, że są po prostu
lepsi.
Więc ostatnio staram się słuchać uważniej kazań, rozumieć mówione i śpiewane
elementy mszy.
I wiecie co?
Dochodzę do wniosku, że większość ludzi idzie na mszę właśnie po to, żeby na
niej BYĆ i nic więcej.
Najlepiej to słychać jak śpiewają. Przecież nie wszystkie pieśni są o
cierpieniu, smutku itp. Niektóre są naprawdę radosne, a cały kościół ludzi
zawodzi płaczliwie jakby ktoś umarł.
Słyszę, jak organista próbuje towarzystwo rozruszać, nadać tempo, a ludziska
(zwłaszcza stare baby) nic sobie z tego nie robią i dalej jęczą w tempie
marsza pogrzebowego.
A mi już się wtedy śmiać chce.
Też tak macie, czy ja czepialska jestem?
A może sami jęczycie bo tak trzeba?
No tak mi się na refleksje zebrało, to gdzie sie mam wygadać, jak nie tu?