Witajcie Dziewczyny!
Widzę, że żadna z młodych Mężatek z 23. października nie może się zebrać do napisania relacji. Czyżbym była pierwsza?
Mi też trudno się ogarnąć po tych wyczerpujących wydarzeniach. Jednak postanowiłam dać znak życia
Będzie „nudno”, bo wszystko się udało. Chociaż kosztowało nas to wiele pracy i wysiłku – wszystko praktycznie organizowaliśmy sami. Położyliśmy się w piątek o 3. nad ranem a ja długo nie mogłam zasnąć. Kiedy zadzwonił budzik, nie miałam ochoty na żaden ślub tylko na spanie
Do fryzjera dotarłam spóźniona pół godziny, o 10. Czesanie trwało długo, bo trzeba było nakręcić loki i godzinę siedziałam w suszarce (mózg mi się gotował). Wyszłam uczesana, z wpiętym welonem i jedną kremową różą (Narzeczony musiał ją dostarczyć). Zadowolona, tylko lekko poddenerwowana.
O 12. z minutami byłam u wizażystki. W tym czasie ówczesny Narzeczony po raz drugi pojechał do florystyki, tym razem po bukiety - mój i Świadkowej. Bukiet wzbudził zachwyt mój i pań z salonu. O 13. z minutami wyruszyliśmy do miejsca, gdzie mieszkaliśmy (ślub był poza miejscem zamieszkania), żeby się ubierać.
Humory mieliśmy niezłe, a nerwy pod kontrolą, choć stoicki spokój to nie był
Cdn...