Moj przyszly maz zalicza do grona swoich przyjaciol dwie osoby, ktore odkad tylko je poznalam jako jego dziewczyna (kilka lat temu) kompletnie mnie ignoruja, raczej "toleruja". Nigdy z nimi tak naprawde nie rozmawialam, choc okazji bylo niemalo. Nawet w sytuacji gdy przyszly na urodziny narzeczonego do nas do domu, nie odezwaly sie do mnie ani slowem. dla mnie to chore, dla niego wyolbrzymiam.
Do sedna- on oczywiscie chce je zaprosic na wesele, na co ja sie nie chce zgodzic, bo denerwowalaby mnie obecnosc osob ktore tak naprawde nie wiem czy znaja moje imie. Na co narzeczony sie zdecydowanie nie zgadza, twierdzi ze to jego goscie, i moze zaprosic kogo chce, no i ze byloby mu glupio zaprosic pozostale dwie osoby z jego studenckiej "paczki".
kto ma racje? bo ja juz nie potrafie obiektywnie na to spojrzec

pisze tutaj, bo mam dosc klotni na ten temat...