Dodaj do ulubionych

jak TO powiedzieć

14.12.04, 13:16
Po 3,5 roku związku zdecydowaliśmy się wziąć ślub. Nie było romantycznych
oświadczyn, kwiatów, klękania i pierścionka. Zwykła rozmowa - że dobrze by
już było zamieszkać razem, postarać się o dzieci. A skoro wspólne życie i
rodzina - musimy się pobrać.

Sama decyzja nie była trudna. Teraz jednak zaczynają się schody - jak TO
powiedzieć rodzicom.

Oboje od 4 rat mieszkamy poza domami rodzinnymi (ja w swojej kawalerce, "On"
w swoim M3), pracujemy zawodowo, zarabiamy i utrzymujemy się każde
samodzielnie. I mamy - ja 28, "On" 33 lata. Czy w takiej sytuacji logiczne
jest "proszenie" kogokolwiek o moją rękę? Zwłaszcza, że moi rodzice nie
poniosą żadnych skutków mojego zamążpójścia, bo ślub i przyjęcie sponsorujemy
i organizujemy sami.

Jak radzicie - w jaki sposób ogłosić to naszym krewnym, by nie uraziwszy ich
bardzo tradycyjnych poglądów (Ojciec oczekuje, że "On" się przyjdzie najpierw
Jego zapytać o zdanie; Mama na pewno zapyta o pierścionek) przy okazji nie
wypaść śmiesznie i sztucznie (bo to przecież tylko nasza decyzja i
niezależnie od akceptacji rodzin - i tak się pobierzemy).

Jesli juz im nawet powiemy - to co dalej. Tradycja mówi, że przyjęcie
zaręczynowe powinno zgromadzić obie rodziny w domu przyszłej panny młodej.
Dla mnie to oznacza, ze do mojej ciasnej kawalerki będę musiała zaprosić 12
osób. Czy w ogóle to jest konieczne - skoro nasi rodzice między sobą nie
muszą "pertraktować" warunków finansowania ślubu. My mamy wszystko
przemyślane, zaplanowane i oszacowane. Wobec tego - poznanie się rodzin i tak
będzie tylko formalnością, bo Oni nie będą decydować i uczestniczyć w
przygotowaniach. Może nie robić tego wszystkiego "co należy" skoro nei ma to
racji bytu i przełożenia na przyszłe działania?

Jak więc najładniej powiedzieć to wszystko, o czym wyzej wspomniałam, tak by
niczyich uczuć nie urazić? I nie narazić się na srogi gniew i obrażanie się?
Macie jakieś rady?
Obserwuj wątek
    • Gość: anni Re: jak TO powiedzieć IP: 217.11.141.* 14.12.04, 13:23
      u mnie byla podobna sytuacja - sami sobie postanowilismy placilismy
      organizowalismy i bylo tylko zapytanie narzeczonego (skierowane do moich
      rodzicow) o reke bez klekania i pierscionka (ten dostalam wczesniej) rodzice
      sie nie spotykali, dopiero na slubie
      12 osob a co zapraszacie rodzicow z babciami rodzenstwwem itp ? sami rodzice
      wystarcza , reszte sie na wesele zaprasza
      a moze zaproscie kogo trzeba na mala kolacyjke do restauracji ?
      po prostu ogloscie ze bierzecie slub no chyba ze twoi rodzice upieraja sie na
      zainscenizowanie oswiadczyn
      • anna.agnieszka Re: jak TO powiedzieć 14.12.04, 13:27
        Anni ... moi rodzice na razie nic nie wiedzą. nie mam odwagi im powiedzieć
        sama. Wiem, że jak przyjdziemy razem, to "awantura" będzie mniejsza. Ale sądząc
        po ich oczekiwaniach - to i tak mi się "oberwie".

        Nie mogę się zdobyć na taką odwagę, abym sama przyszła i powiedziała im,
        ze "On" przyjdzie w święta i chcemy im powiedzieć, ze się pobieramy. Myślałam
        raczej, że zrobimy to z zaskoczenia. W sensie - niespodziankę od A do Z.
        • Gość: anni Re: jak TO powiedzieć IP: 217.11.141.* 14.12.04, 15:51
          jak to nie masz odwagi powiedziec rodzicom?
          sorki ale nie rozumiem .... przeciez jestes dorosola chyba wiedza ze jestescie
          razem?
          • anna.agnieszka do Anni 14.12.04, 21:46
            Droga Anni ... nie wiedzą o naszych planach. Oczywiście "Onego" znają z
            widzenia, zdarza się, ze odwiedza ich wraz ze mną, służąc zwykle pomocą i radą
            w sprawach informatycznych mojemu bratu i elektronicznych - rodzicom.

            Mimo wszystko - Ojciec przy każdej okazji nazywa go per "Ani kolega - pan M.".
            Słowo "Chłopak Ani" ani razu nie padło z jego ust. Za każdym razem, kiedy ja
            o "Onym" mówie jak o swoim chłopaku, robi zdziwioną minę i pyta "To ty masz
            chłopaka? Mi nikt nie został przedstawiony w tym charakterze"

            Ciężki mam orzech z tym moim Tatuściem.

            Sądzę, że całkiem nas spisali na stratu i ich wredne docinki o tym, że się nie
            pobieramy tyle lat są zupełnie sobie-a-muzom, a raczej dla spokoju sumienia
            (walor wychowawczo-moralny) - natomiast z pewnością już nie czekają na
            obwieszczenie, ze jednak. Bedzie to dla nich spory szok, jak mniemam.
        • sol_bianca Re: jak TO powiedzieć 23.12.04, 16:32
          > Nie mogę się zdobyć na taką odwagę, abym sama przyszła i powiedziała im,
          > ze "On" przyjdzie w święta i chcemy im powiedzieć, ze się pobieramy. Myślałam
          > raczej, że zrobimy to z zaskoczenia. W sensie - niespodziankę od A do Z.

          To po prostu zaproś go na święta, i przy okazji zróbcie im niespodziankę smile
          Zresztą to chyba fajniej wypadnie niż "ostrzeganie" zawczasu. Obawiam się, że
          gdybym ja poinformowała moich rodziców wcześniej, że się pobieramy itp., to
          powiedzieliby "ok, spoko" i nici z oficjalnych zaręczyn, bo już by nie było o
          czym gadać wink)))
          Albo powiedz: "On" przyjdzie na święta i ma dla was niespodziankę - może się
          zaczną domyślać i "przygotują psychicznie".
    • Gość: daria Re: jak TO powiedzieć IP: *.internetdsl.tpnet.pl 14.12.04, 13:35
      jestem mamą, która obecnie przygotowuje ślub córki (finansuje w calości młodzi
      są studentami) Uwierz mi, że dla matki nie ma znaczenia w jakim wieku jest
      córka dla niej zawsze pozostanie dzieckiem. Moi nie oranizowali tego calego
      cyrku z proszeniem itp. Zaręczyli się sami -któregoś dnia moja córka
      przygotowała obiad z cudownym deserem i to było święto tylko ich dwojga.
      Gdy wróciliśmy z pracy przedstawiła nam swojego dotychczasowego chłopaka mówiąc
      że od dzisiaj jest w nowej roli pokazując pierścionek który dostala. To było
      wszystko. Wypiliśmy wspólnie szampana a my powiedzieliśmy, że cieszymy się ich
      szczęściem. Spotkanie rodziców odbylo się po 2 miesiącach. Nie było równiez
      proezenia o rękę córki i tp. cyrków. Było miło. Po za tym znaliśmy sie troszke
      wczesniej. To był tylko akcent o naszych nowych rolach. Kochani nie
      przesadzajcie, że rodzice oczekują proszenia, padania na kolana itp. wystarczy
      że przyjdziecie i podzielicie sie z nami waszym szczęściem. Pozdrawiam
      • anna.agnieszka do Darii 14.12.04, 13:39
        Dziękuję bardzo za serdeczne słowa. I zazdroszczę Twojej/Pani córce
        tolerancyjnych, normalnych Rodziców.

        Mój Ojciec wielokrotnie sygnalizował a wręcz otwartym tekstem mówił, że
        jeśli "On" nie przyjdzie z nim porozmawaić, to Tat nie wyrazi zgody.

        Mam problem, jak pogodzić chęci obu panów - Taty do poczucia się "oddającym
        moją rękę" i "Onego" - który uważa, że w jego wieku to już jest śmieszne i nie
        ulegnie takiej wymuszonej presji, rodem z XIX wiecznych poradników savoir-
        vivre'u.

        Cokolwiek się stanie - któryś z nich będzie rozczarowany. jeden, ze było nie
        tak jak oczekiwał, drugi, ze musiał robić z siebei błazna.
        • amalita Re: do Darii 14.12.04, 14:59
          Aniu,

          Moj maz oswiadczyl mi sie sam, dostalam pierscionek i kazde z nas po powrocie z
          wakacji (bo to bylo na wakacjach)powiedzialo o tym rodzicom.
          Poniewaz spotykalismy sie od kilku lat, rodzice ucieszyli sie, bo dobrze go
          znali i predzej czy pozniej spodziewali sie, ze tak sie stanie.
          Jesli chodzi o "formalnosc" proszenia o reke corki jej ojca, ja osobiscie
          uwazam, ze to po prostu mily i smieszny zwyczaj. Moj maz przyszedl z kwiatami
          dla Mamy, bobmonierka dla Ojca i "w zamian" poprosil o ma rekesmile) Bylo
          smiesznie i wesolo, bez klekania i nadetych tekstow. Zarowno jak ON prosil, to
          sie smial, Ojciec tez, gdy odpowiadal (stwierdzil, ze lubi te czekoladki, wiec
          sie zgadzasmile).
          Jesli Twoj Ojciec naciska, przekonaj narzeczonego, ze to jest mily akcent i
          zaskarbi sobie wzgledy i sympatie Ojca, a to "proszenie" jest milym wstepem.
          Jelsi Mama oczekuje, ze dostaniesz pierscionek, to popros narzeczonego, aby Ci
          sprawil go na gwaizdke, jako mile ukoronowanie tej prosby.

          Pozdrawiam
          • amalita po prostu podejdzcie do tego z humorem:))) 14.12.04, 15:17
            patrz mail powyzejsmile
    • magdary Re: jak TO powiedzieć 14.12.04, 13:45
      my jestesmy jeszcze starsi i tylko powiadomiliśmy rodziców, że bierzemy ślub smile
      mój narzeczony oświadczył się mi nad morzem na plaży. pierścionek dostałam
      później i pilismy szampana z tej okazji. ale sami bez rodziców.
      • anna.agnieszka do Magdary 14.12.04, 14:35
        Przynajmniej masz co wspominac i czym się chwalić rodzinie i znajomym ...
    • Gość: daria Re: jak TO powiedzieć IP: *.internetdsl.tpnet.pl 14.12.04, 15:06
      Aniu a moze porozmawiaj wcześniej z mamą jak kobieta z kobietą uprzedź o
      wszysttkim a ona na pewno znajdzie sposób na pokojowe rozwiązanie
      satysfakcjonujące Twojego tate i twojgo narzeczonego Ostatecznie zna go duuuużo
      dłużej niż ty i ma większe doswiadczenie w postępowaniu z upartym tatą. Musza
      być sopsoby na uparciuchów. Sądzę że dobro i szczęście dziecka przeważy. Aniu
      wiem co mówie bo wiele już pzrezyłam a jestem już bardzo "stara" mamuśką i
      niedlugo teściową- ale to obco na razie brzmi.No cóż taka jest kolej rzeczy że
      dzieci mają kogoś bardziej bliskiego niż rodzice. Wydaje mi sie że jestem
      racjonalną matka choć po cichu w głebi serca myśle czy ktoś nie skrzywdzi
      mojego dziecka ale to tylko tak po cichu. Może Twój tata tak cię kocha i nie
      może się przełamać że bedziesz bardzej z Twoim narzeczonym niż z nim. Może to
      męska duma albo może próznośc. PAPA. Jestem pzrekonana że będzie OK
    • twoj_aniol_stroz Re: jak TO powiedzieć 14.12.04, 15:30
      Po pierwsze to czs już najwyższy dorosnąć i przestać się bać rodziców.
      Oczywiście, że oni mogą mieć jakieś wyobrażenia o zaręczynach, ale Wy jesteście
      dorosłymi ludźmi, samodzielnymi i niestety rodzice muszą przyjąć to do
      wiadomości. Inna sprawa, że należałoby jakoś im tę radosną wieść zakomunikować.
      w tym celu faktycznie albo zaprosicie rodziców do siebie na odświętny obiad, na
      którym ogłosicie zaręczyny, albo w dobrej restauracji. Jeśli zaś chodzi o
      proszenie o rękę, to myślę, że narzeczony może po prostu powiedzieć: Aby
      tradycji stało się zadość mam nadzieję, że Pan nie ma nic przeciwko naszemu
      szczęściu i możemy liczyć na Państwa błogosławieństwo". Wszystko oczywiście z
      humorem, bez klękania i pompy. Wiele rzeczy da się powiedzieć obracając w żart.
      Jeśli zaś chodzi o spotkanie obu rodzin, to tu raczej nie chodzi o pertraktacje
      w sprawie posagu, ale raczej o poznanie się rodziców. Wcale nie musi to mieć
      miejsca natychmiast po zaręczynach, ale później i też może sie odbyć w
      restauracji (tyle, że w końcu trochę drogo to może wypaść). Raczej namawiam do
      spotkania rodziców, bo zawsze to co znane budzi mniej niepokoju.
      A tak w ogóle to w temacie rodzice - dzieci i ich małżeństwo to zapewniam Cię,
      że z perspektywy czasu takie spotkanie to najmniejsze piwo, z którym musicie
      się zmierzyć, potem będzie wiele jeszce sytuacji kiedy rodzice będą mieli inne
      zdanie niż wy. Dlatego zachęcam do dorośnięcia.
    • Gość: Sylwia Re: jak TO powiedzieć IP: *.polkomtel.com.pl 14.12.04, 16:30
      Moi rodzice też oczekiwali tradycyjnych zaręczyn, więc żeby nie było
      nieporozumień dużo wcześniej uprzedziałm ich, że nic z tej szopki nie będzie.
      Nie żyjemy w średniowieczu, to nie ojciec dedyduje o mężu córki (złaszcza, że
      jesteśmy dorosłe i samem na siebie zarabiamy!)...

      Zeręczyliśmy się sami, ale żeby trafycji było zadość zostało zorganizowane
      spotaknie obu rodzin w domu moich rodziców, na którym oświadczyliśmy, że
      zaręczyliśmy się, jesteśmy szczęśliwi, mamy nadzieję, że rodzice się nie
      sprzeciwiają, a będą nas we wszystkim wspierać. Myślę, że zamiast padania na
      kolano możecie odwołać się do podobnej formuły.

      Uważam natomiast, że ważne jest, aby Wasi rodzice poznali się- nawet jeśli
      organizacja ślubu pozostanie wyłącznie w Waszych rękach. nie możecie przecież
      odkładac ich spotkania aż do ślubu...(poza tym nie wyobrażam sobie,aby przy
      pierwszym spotakniu poruszać kwestie finansowe)

      p.s. myślę, że totalna niespodzianka w święta nie jest dobrym pomysłem. Jeśli
      rodzice są konserwatywni, mogą poczuć się urażeni, że w taki sposób ich
      informujecie. Poza tym rodzice różnie reagują na zaręczyny dzieci (płacz,
      histeryczny śmiech), nawet jeśli się ich spodziewają. Lepiej nie zostawiać tego
      zaskoczeniu

      powodzenia!
      • anna.agnieszka dalej nie wiem, jak to zrobić :( 14.12.04, 21:58
        Dzięki Sylwiu! Poruszyłaś jedną z bardzo nurtujących mnei kwestii - czy
        zaskoczyć ich w Święta. Niestety, zgodnie z moimi domysłami, zareagowałaś
        negatywnie. W sensie - odradzasz. A to była nasz jedyna jak dotad opcja. Jako
        osoba o analitycznym umysle dostrzegłam jednak pewne słabe strony tego pomysłu,
        i poddałąm go ocenie i opiniom innych. Niestety - moje obawy nei były
        bezzasadne.

        Kolejne niestety - nie jestem w stanie samodzielnie stanąć oko w oko z
        Rodzicami i uprzedzić, że "On" przyjdzie i zakopmunikujemy im to razem
        oficjalnie. Nawet samej mamie nie mogę tego powiedzieć - za bardzo się boję jej
        reakcji. O Tacie nie wspomnę. potrzebuję wsparcia, choćby tylko fizycznego
        przez trzymanie ręki, u mego boku, kiedy przyjdzie mi się pierwszy raz zmierzyć
        ze wzrokiem mówiącym "alez nas rozczarowaliście, wszystko nie tak, jak
        oczekiwaliśmy".

        Ciarki mnie przechodza na samą myśl, ze musiałabym to oznajmiać nawet przy
        asekuracji innych członków rodziny. A oko w oko z "oponentem"? NIgdy w życiu!

        Po raz kolejny bolesny staje się dla mnie fakt, że nigdy nie mogłam porozmawiać
        z moimi rodzicami o własnym życiu uczuciowym i najróżniejszych emocjach,
        wyobrażeniach, planach. Im dalej, tym gorzej. Jakbym rozmawiała z obcymi
        ludzmi. Stąd ten mój paniczny lęk przed ich reakcją na moje/nasze różne od ich
        wyobrażeń zachowanie w tej konkretnej sytuacji.
        • raszelika Re: dalej nie wiem, jak to zrobić :( 15.12.04, 01:01
          Moja droga, z Twojego listu wynika że bez względu na reakcję rodziców i tak się
          pobierzecie, ale musicie im to zakomunikować...i ta konfrontacja : TY i ON
          kontra Twoi rodzice sprawia najwiecej klopotów. Pomyślalam sobie ze moze
          rodzice nie zareagują tak surowo jesli zdarzy sie to na "obcym" gruncie...a Ty
          poczujesz się pewnie jesli będziesz na swoim. Moze zapros ich do siebie na
          jakąs kolację, czy uroczysty obiad (w drugi dzien swiat albo po prostu w jakąs
          niedzielę)..napomknij, ze zapraszasz ich bo masz dla nich niespodziankę, albo
          ze chcesz cos uczcic itd....na spotkanie przyjdzie tez ON i wtedy przedstawisz
          ( Oni go jeszcze nie znają???) go rodzicom, wzglednie zakomunikujecie im razem
          o Waszej decyzji...i uspokoicie ze Wasza decyzja nie pociaga za sobą zadnych
          koztow z ich strony...Bedąc u siebie zaaranzujesz atmosferę ..poczujesz sie
          pewnie i bedziesz miec wsparcie z JEGO strony...Ewentualnie zapros ich gdzies
          na inny "obcy" grunt - kawiarnia, restauracja... To Twoje zycie i Twoja
          decyzja...wiedziec muszą, ale cokolwiek bys nie zrobila zawsze znajdzie się
          ktos, kto nie bedzie zadowolony....No chyba ze dla swietego spokoju zrobicie
          to, co Twoim zdaniem oczekiwaliby od Was rodzice....

          Co do pierscionka, o ktory zapyta mama - moze jednak nadrobicie ten drobiazg?smile
          To tylko symbol, nie musi byc kosztowny, zloty i z brylantem...po prostu ladny
          i OD NIEGO DLA CIEBIE...w dowód miłości - mama będzie szczęsliwa a Ty pewnie
          też spojrzysz czasem na palec z sentymentemwink
          • anna.agnieszka Do Raszeliki (i innych serdecznych komentatorów) 15.12.04, 07:03
            1. Całe święta spędzam u Rodziców, więc organizowanie czegokolwiek w tym czasie
            u mnie odpada.
            2. Owszem, znają się i akurat "Onego" poznawac nie muszą.
            3. Pierścionek jest do niedonadrobienia. "On" nie chce już nikomu dawać takich
            symboli- miał problemy z ex-narzeczoną w tej materii i teraz ma na tym punkcie
            niezłą traumę.

            4. Najważniejsze - wczoraj się tak pożarliśmy w tym temacie, że nie tylko
            prędko nie dojdzie do oznajmiania komukolwiek, ale też poważnie się zastanawiam
            nad definitywnym rozstaniem. A raczej zastanawiam się, czy to aby "On" wczoraj
            już wszystkiego nie skreślił.

            Chyba cały wątek jest już nieaktualny.
            • amalita Re: Do Raszeliki (i innych serdecznych komentator 15.12.04, 09:24
              Ania,

              Nie wiem, o co sie poklociliscie, mam nadzieje, ze szybko dojdziecie do
              porozumienia. Odnosze tylko wrazenie, moze bledne, ze Twoi Rodzie nie akceptuja
              Twego chlopaka i dlatego boisz sie im powiedziec o czyms, co jest naturalna
              koleja losu powaznego zwiazku.
              Kochajacy mezczyzna nie powienien miec oporow przed kupieniem Tobie tego
              symbolicznego pierscionka - tlumaczenie tego jakas fobia jest niedojrzale i nie
              rokuje za dobrze na przyszlosc. Zwlaszcza, gdy jest to cos, co moze stanowic
              przeszkodw w przyszlych dobrych kontaktach z tesciami.
              Tak samo Twoja prosba o rozmowe z ojcem w celu "poproszenia" o Twa reke nie
              powinna byc kwestia sporna, bo to jest po prostu dowodem dobrego wychowania i
              obycia.
              Tu musi byc jakis glebszy problem - bo nie rozumiem, czemu rodzice maja byc zli
              na dorosla, pracujaca corke, ktora chce ulozyc sobie zycie.
              • anna.agnieszka Do Amality 15.12.04, 09:38
                Masz rację, jest to problem tak wielowarstwowy, nabrzmiewający przez lata nie
                tylko w moim domu, ze się go nie da pokonać. A raczej wierzchołek góry lodowej
                problemów zkomunikacją i porozumieniem.

                Ja mam wolę stawienia czoła tym wszystkim niedogodnościom i trudnościom, ale
                skoro dla "Onego" w tych dniach przed Swietami najwazniejsze miało być kupienie
                do siebie do domu dywanu, a nie spokojne i rozsądne zaplanowanie
                rozpoczecia "batali o nasze przyszle zycie" - to nie ma o co walczyc, o co sie
                starac i o co zabiegać. Jemu najzwyczajniej w świecie nie zalezało na tym, czy
                i kogo jego upór urazi, skrzywdzi rozczaruje i jak to wpłynie na nasze przyszłe
                relacje.

                ja to pal licho - kocham go, i mimo, ze niejedną noc przepłakałam z powodu
                braku oświadczyn, jakoś się pogodziłam z tym całkowitym brakiem romantyzmu w
                naszym życiu. Ale nie chcę być ciagle między młotem a kowadłem, przeciągana jak
                lina ze strony Rodziców i Onego. Zalezało mi przede wszysstkim na Jego dobrym
                odbirze i akceptacji, i na Ich zadowoleniu i dumie, ze w końcu w moim życiu
                jest prawdziwy Facet, a nie jakiś krętacz.

                Wyszło szydło z worka - najzwyczajniej w świecie - nie warto się dla mnie
                poświecać i starać sad Poczułam się jak towar III kategorii.
                • amalita Glowa do gory 15.12.04, 09:55
                  Ania,

                  Po pierwsze glowa do gory, nie wiem, ile masz lat, ale po burzy zawsze wychodzi
                  slonce i jak nie ten, to bedzie inny. Twoj chlopak zachowuje sie jak smarkacz i
                  postapilas slusznie, chociaz na pewno rozstanie boli. Moze to mu da cos do
                  myslenia? Ale w pewnym wieku u mezczyzn ciezko jest wyplenic egocnetryczne
                  zapedy.

                  Zycze Ci, abys trafila na odpowiedzialnego faceta, dla ktorego tradycyjne mile
                  gesty nie beda czyms wynaturzonym i obdarzy Cie on cieplem, na jakie
                  zaslugujesz.

                  Radze tez popracowac nad poprawa stosunkow z Rodzicami, bo na pewno mocno Cie
                  kochaja i chca twego dobra. Szczera rozmowa naprawde duzo da, pod warunkiem, ze
                  nie bedziesz oskarzac, a mowic, co czujesz, co Cie boli w ich podejsciu itd.
                  Moze fakt, ze sie rozstaliscie, bedzie pretekstem, ze potrzebujesz ich pomocy i
                  wsparcia?

                  Pozdrawiam,
                  • kasia191273 Re: Glowa do gory 15.12.04, 10:36
                    ja wychodze z zalozenia,ze forma jest bez znaczenia,jesli rodzice potrafia
                    zaakceptowac wybor dziecka.Innymi slowy-jesli sa na tyle dojrzali,ze potrafia
                    przelamac rodzicielskie wyobrazenia o 'idealnej synowej',zobaczyc w dziecku
                    osobe dorosla- uciesza sie bez wzgledu na forme informacji o slubie.Niestety-
                    wiekszosc nie akceptuje wyboru,dlatego boimy sie komunikowac o slubie.Problem
                    lezy wiec gdzie indziej,a boimy sie dlatego,ze tacy rodzice wykorzystaja kazda
                    okolicznosc,by z niej wyluskac argumenty 'przeciw'.Pisze z wlasnego
                    doswiadczenia.Moi przyszli tesciowie mnie nie cierpia.Nie jest to watek
                    odpowiedni na to,by wyjasniac,dlaczego.Jestesmy dorosli,od kilku lat na wlasnym
                    utrzymaniu za granica,slub i przyjecie finansujemy sami.Postanowilismy sie
                    pobrac po 6 latach znajomosci.Zeby uniknac tych reakcji typu nerwowy smiech czy
                    inne takie,postanowilismy nie czekac z wiadomoscia na swieta,tylko napisalismy
                    uroczysty list.I sie zaczelo.Choc to ludzie absolutnie nie tradycyjni,wywlekli
                    nagle -bo rozpaczliwie szukaja argumentow przeciwko nam- 'o tempora,o mores',ze
                    niby tacy jestesmy bez kultury,ze o tym napisalismy (mieskamy 1000 km od
                    nich).Nastepnie cala seria,ze to byl 'grom z jasnego nieba' i tego typu,ze
                    marzyli o innej synowej (bogatszej,z kraju,gdzie mieszkamy,bo to by synkowi
                    ulatwilo zycie)itd.To matka narzeczonego.Pisze,co jej slina na jezyk
                    przyniesie,rani,a potem przeprasza,jesli sie ja zruga.Ojciec jeszcze lepiej-
                    obrazil sie,ze syn nie skonsultowal z nim swojej decyzji (syn ma 26 lat i nigdy
                    nie mial z ojcem kontaktu,co do jego 'konsultacji'-wiadomo,o co by w niej
                    chodzilo,to ojciec jest motorem nienawisci wobec mnie,wiec wiadomo,jakie bylyby
                    jego rady).Do dzis -minely prawie 4 tygodnie,sie nie odezwal,choc wczesniej
                    pisal kilka razy na tydzien.Jest wiec wesolo;-/ W takich klimatach jedziemy na
                    swieta...Oczywiscie nauczylismy sie juz zyc mimo ich nienawisci,choc to
                    nielatwe,w glowie mi sie nie miesci,ze rodzic nie potrafi wydusic z siebie
                    slowa 'gratuluje',chocby tylko z kultury osobistej,tylko milczy grobowo albo
                    zalewa kolejna porcja wyrzutow.Zazdroszcze tesciow takich,jacy sie ujawnili w
                    tym watku.A zarazem uwazam-choc moge sie myslic-ze zastanawianie sie nad forma
                    oznajmienia o planach to obawa o sprawy wieksze-o akceptacje w ogole,o prawo do
                    doroslych decyzji,o zamanisfestowanie swojej wolnosci.Wszystkim parom,co sie z
                    tym borykaja,zycze szczescia,sobie jednoczesnie tez.Bedzie dobrze,natura jest
                    po naszej stroniewink
                • twoj_aniol_stroz Re: Do Amality 15.12.04, 15:16
                  > ja to pal licho - kocham go, i mimo, ze niejedną noc przepłakałam z powodu
                  > braku oświadczyn, jakoś się pogodziłam z tym całkowitym brakiem romantyzmu w
                  > naszym życiu. Ale nie chcę być ciagle między młotem a kowadłem, przeciągana
                  jak
                  >
                  > lina ze strony Rodziców i Onego. Zalezało mi przede wszysstkim na Jego dobrym
                  > odbirze i akceptacji, i na Ich zadowoleniu i dumie, ze w końcu w moim życiu
                  > jest prawdziwy Facet, a nie jakiś krętacz.
                  >

                  TO TAK NIE MOŻE BYĆ !!!! Nie możesz myśleć o sobie jak o kimś kto się nie
                  liczy. Miłość dwojga ludzi nie polega na dawaniu jednej strony i wyłącznie
                  braniu drugiej. Ty nie żyjesz po to aby Twój narzeczony był szczęśliwy, tylko
                  Ty też masz czerpać z tego związku i on musi to przyjąć do wiadomości. Kochanie
                  drugiego człowieka polaga na szacunku, pomocy, ustępliwości, ale także na
                  przyjęciu pomocnej dłoni, na zrozumieniu racji drugiej strony i wymaganiu tego
                  zrozumienia. To samo tyczy rodziców. Oprócz prawa do szacunku i opieki mają
                  także swoje OBOWIĄZKI wobec dziecka, a do nich należą: respektowanie decyzji
                  dorosłego dziecka, zapewnienie dziecku poczucia bezwarunkowej miłości, liczenie
                  się z uczuciami dziecka itp. Bardzo ważne jest żebyś miała świadomość tego.
                  Jest Ci trudno, bo wygląda na to, że nie masz oparcia w nikim, rodziców się
                  boisz, a narzeczony okazuje się człowiekiem patrzącym tylko na swój czubek
                  nosa. Jak chcesz to pisz na priv to pogadamy i może wspólnie coś uradzimy.
              • a_weasley A co to, z teściem się bedzie chłopak żenił? 28.12.04, 21:46
                amalita napisała:

                > Kochajacy mezczyzna nie powienien miec oporow przed kupieniem Tobie tego
                > symbolicznego pierscionka - tlumaczenie tego jakas fobia jest niedojrzale

                Różne ludzie miewają urazy. WIemy od autorki wątku, że wynika to z jakichs
                urazów z poprzedniego związku. Jakich - nie wiemy. Może np. został źle
                potraktowany, bo pierścionek był za skromny? Różne mają różnie.

                > Zwlaszcza, gdy jest to cos, co moze stanowic
                > przeszkodw w przyszlych dobrych kontaktach z tesciami.

                Jeżeli taka sprawa ma rzutować na stosunki z teściami, to jest to problem
                teściów.

                > Tak samo Twoja prosba o rozmowe z ojcem

                OIR nie prośba panny młodej, tylko żądanie ojca. AUtorce najwyraźniej do
                niczego taka rozmowa nie jest potrzebna.

                > w celu "poproszenia" o Twa reke nie
                > powinna byc kwestia sporna, bo to jest po prostu dowodem dobrego wychowania

                Jest kwestią pewnej formy, będącej echem czasów, kiedy dziewczyny nie tyle
                wychodziły za mąż, ile bywały za mąż wydawane. a ona jeszcze jakieś resztki
                sensu, gdy panna młoda mieszka u rodziców i jest na ich utrzymaniu, natomiast w
                przypadku kobiety niezależnej robi się z tego pusta forma.
                Prawdę mówiąc, jedną znam parę, gdzie on przyszedł oficjalnie poprosić ojca o
                jej rękę.
                Sporna być istotnie nie powinna. Pan młody sobie nie życzy, pannie młodej
                również do szczęścia niepotrzebne.

                > Tu musi byc jakis glebszy problem - bo nie rozumiem, czemu rodzice maja byc
                zli
                > na dorosla, pracujaca corke, ktora chce ulozyc sobie zycie.

                No są tacy. Ułożyli sobie bardzo dokładnie, jak co ma się odbyć. I nie widzą,
                że to jest w pierwszym rzędzie sprawa młodych, a dopiero wtórnie rodziców.
                Ciągle możemy tu czytać żale ludzi, których rodzice czy teściowie mają np.
                wesele obmyślone do trzeciego miejsca po przecinku i ciężko się obrażają, kiedy
                młodzi nie życzą sobie realizować ich wypieszczonego scenariusza. No to tutaj
                masz ten sam mechanizm w przypadku oświadczyn. Co tu jest do rozumienia?
      • Gość: aaa Re: jak TO powiedzieć IP: *.ols.vectranet.pl / 62.29.133.* 19.01.05, 14:15
        heh
        • anna.agnieszka "heh" 22.01.05, 14:11
          moze coś więcej? To był śmiech, westchnienie czy jaki rodzaj komentarza?
    • anna.agnieszka jak bumerang - wracam z moim problemem 17.12.04, 22:30
      A jednak temat wciaż aktualny - mimo karczemnej kłótni i odwołania chęci
      zawarcia małżeństwa (zresztą już nie pierwszy raz się rozstaliśmy nie z powodu
      braku miłości, lecz różnic w wyobrażeniach co do slubu) - po 4 dniach
      zdecydowaliśmy, że razem źle, ale osobno jeszcze gorzej wink

      I to nie - jak do tej pory - że bedziemy razem tak po prostu, ale i że będziemy
      brali slub. Wobec tego ponawiam prośbę do tych, którzy już mają oznajmianie ich
      decyzji najbliższym - poradźcie, jak poradzic sobie z przekazaniem "radosnej
      nowiny" najbliższym.

      P.S. Od kiedy padła wstępna propozycja świateczna lub noworoczna schudłam
      prawie 3 kilo - zżera mnie stres na samą myśl. Sprawa jest poważna ... bo
      zaczyna się co najmniej 7 miesięcy życia pod taką presją. A od momentu
      powiedzenia - będzie tylko gorzej. Ojjj....
      • Gość: agnieszka Re: jak bumerang - wracam z moim problemem IP: *.bochnia.pl / *.bochnia.pl 17.12.04, 23:20
        ja i mój mąż jesteśmy trochę tradycjonalistami wink dlatego też, mimo
        wcześniejszych zaręczyn, mój ukochany prosił moich rodziców o moją rękę.

        Ale ponieważ z tego co piszesz Twoja sytuacja jest jaka jest powiem Ci jak
        wyglądały zaręczyny u mojej siostry.
        Ona też mieszkała sama (jej rodzice są rozwiedzeni - mamy wspólnego ojca smile ).
        Któregoś dnia zaprosiła na uroczystą kolację swoich rodziców i przyszłych
        teściów(bez rodzeństwa), na której on oświadczył wszystkim, że się bardzo
        kochają, że poprosił ją o rękę i że ona się zgodziła - bez kwiatów, klękania
        itd.

        Mnie osobiście wydaje się, że podobny scenariusz byłby w twojej sytuacji dobrym
        rozwiązaniem (przy rodzicach Twojego narzeczonego, Twój tato na pewno nieco
        spuści z kategorycznego tonu smile )
        A poza tym, mimo że Wasi rodzice nie będą mieli przy organizacji ślubu wiele
        wspólnego, to dobrze by było żeby poznali się wcześniej niż np. na weselu wink
        No i przecież pewnie kiedyś zostaną wspólnymi dziadkami smile

        powodzenia i uszy do góry smile

        A.
      • rootka Re: jak bumerang - wracam z moim problemem 18.12.04, 00:09
        witam,

        moje swieze doswiadczenia w tej dziedzinie:
        stresowalam sie jak diabli bo narzeczony jest Niemcem i trudno mu te polskie
        tradycje traktowac powaznie, twierdzil ze to dla niego po prostu szopka. Moi
        rodzice chyba by sie cieszyli gdyby bylo z bukietem i klekaniem, ale.. co bylo
        robic, przyjechali do nas w odwiedziny, siedzielismy przy stole, bylo wesolo,
        wznosilismy toasty za to i owo, az w koncu wzieslismy toast za nasze plany na
        nastepny rok. Troche byli zaskoczeni, ale po chwili im przeszlo bo w koncu po
        tych kilku latach spodziewali sie takiej decyzji. Dwa dni pozniej spotkali sie
        tez z tesciami i bylo jeszcze weselej bo zadna ze stron nie mowi w jezyku tej
        drugiej smile Bylo duzo stresu ale zupelnie niepotrzebnie.

        jesli spedzacie swieta z rodzicami -ale bez zbyt licznej rodziny- to radze w
        swieta. w koncu Boze Narodzenie rodzinne a sprawa tez rodzinna. no i kazdy na
        swieta lagodnieje, nawet rodzice smile Odwagi i powodzenia! trzymam kciuki
        • anna.agnieszka Re: jak bumerang - wracam z moim problemem 21.12.04, 14:05
          Odliczam godziny już ... moim w 1-szy Dzień, kiedy "On" odwiedzi nas w porze
          deserowej, Jego - w 2-gi, kiedy ja przyjdę z rewizytą do jego Rodziców.

          Pisze "przemówienia" (wersje alternatywne są już 3 - z podziałem na role),
          robię listę "zakupów" (a moze szmapana, a moze jednak "Gwiazde betlejemską"),
          szykuję odpowiedzi na pytania, jakie mogą paść.

          Straszliwie się denerwuję. Nawet nie samym powiedzeniem (bo może w
          obecności "Onego" nie okażą aż tak ewidentnie niezadowolenia ze sposobu), ale
          tym, że "On" w końcu pójdzie do swojego domu, a ja zostanę sama oko w oko
          z "wrogiem". Niestety - nocuję u Rodziców przez te 3 świąteczne dni i nie będe
          miała dokąd/jak uciec przed "przesłuchaniem".
          • an_ni Re: jak bumerang - wracam z moim problemem 21.12.04, 14:57
            bedzie dobrze smile trzymam kciuki, rodzice sie rozklejaja w takich sytuacjach a
            jeszcze swieta!
            podejrzewam ze moj obecny juz maz tez mial ten emocjonalny problem ze swoimi
            rodzicami (sa daleko i nie spotykalismy sie z okazji zareczyn) poniewaz tylko
            zadzownil do nich w tej kwestii, w ogole ich nie uprzedzal
            fakt ze bylismy juz ladnych pare lat jakos go wcale nie osmielal
            powinniscie jak najszybiej zaplanowac date slubu tzn zeby byla jak najblizej -
            bo nerwy was zjedza, oby rodzice i tesciowie sie nie wtracali!
            napisz po swietach ja bylo, duzo milosci ci zycze!
            ja tez mialam gorace spiecia i wiele klotni (i stracilam 6 kg w 4 m-ce) przed
            slubem ale wszystko bylo ok i nadal jest super!
            • madeleine7 Re: jak bumerang - wracam z moim problemem 21.12.04, 15:39
              Coś ku pokrzepiebniu serca:
              Mam znajomego, który poszedł do rodziców narzeczonej prosić o jej rekę. W
              odpowiedzi usłyszał od teścia " a jak zamierzasz moją córkę utrzymac?".Było to
              tym boleśniejsze, że kolega zaraz po studiach był, z głową pełną pomysłów i
              ideałów a bez pracy.Kochał ja bardzo i chciał się ożenić.
              Ślub się odbył ale kolega nie zapomninał o tej uszczypliwości, trochę go to
              nawet motywowało, na zasadzie" ja mu jeszcze pokaże".
              Minęło 7 lat. Dziś jest na baaardzo wysokim stanowisku, zarabia ogromne
              pieniądze, jeździ z żona na wakacje - niczego im nie brakuje. Teraz to teściowi
              jest głupio i na pewno żałuje tego co powiedział.
              Konkluzja: nawet jeśli rodzice nie przyjmą tego dobrze, przyjdzie czas, że będą
              żałowac swego zachowania.
              Te wszystkie nieprzyjemności wynikaja z troski o dziecko, żeby mu nikt krzywdy
              nie zrobił, bo znają powiedzenie, że miłość jest ślepa...
              Pomijam toksycznych rodziców i inne patologie.
          • sol_bianca Re: jak bumerang - wracam z moim problemem 23.12.04, 16:41
            Będę brutalna.
            Widać z powyższych postów, ze Twoi Rodzice nie akceptują Twojego chłopaka. Ale
            widać jeszcze coś: wasz związek nie jest chyba taki idealny. Skoro już się
            kłócicie o zaręczyny, dochodzi do gróźb zerwania itp., to nie najlepiej wróży na
            przyszłość. A jak będą kolejne kłotnie: o organizację ślubu itp.? Dziwi mnie
            jego niechęc do pierścionków. Dziwi mnie to, co napisałaś o kupowaniu dywanu i
            Jego braku zainteresowania "batalią o przyszłe życie". Mam wrażenie, że jest
            egoistą. Może twoi rodzice mają trochę racji? Może widzą coś, czego ty,
            zakochana, nie widzisz? Uważają, że nie jesteś/ nie będziesz z nim szczęśliwa?
    • veninde Re: jak TO powiedzieć 22.12.04, 15:16
      Aniu,
      Śledziłam od jakiegoś czasu Twój wątek. Dużo podobieństw: wiek, niezależność,
      czas trwania związku, dywan (jako symbol priorytetów), sytuacja, skromna dawka
      romantyzmu z którą często się godzę (tłumacząc to wiekiem ukochanego), nawet
      pomysł na sukienkę ślubną-nieślubną, etc. Domyślam się jak musi być Ci przykro
      z powodu braku oświadczyn. Ja na swoje czekam. Na razie tylko mam nadzieję, że
      będą. Takiego braku bym chyba nie przebolała.
      A rodzice? Myślę, że proszenie ich o moją rękę byłoby nawet trochę śmieszne. Tu
      potrzebny jest raczej komunikat w stylu: „poprosiłem Państwa córkę o rękę i ona
      się zgodziła, itd.” Kwiaty i wino oczywiście wskazane.
      Pozdrawiam i życzę byś nie musiała rezygnować z marzeń,
      a.

    • sinceramente Re: jak TO powiedzieć 22.12.04, 17:03
      Zamierzałam właśnie napisać to samo co veninde. Bo my też w podobnym wieku i w
      podobnej sytuacji (choć mój "przyszły" jest trochę bardziej romantyczny) tyle,
      że mieszkamy razem ponad trzy lata. Nie da się ukryć, że proszenie rodziców o
      rękę ich córki w sytuacji, kiedy "dziecko" jest samodzielne i same za siebie
      decyduje i płaci (również za ślub) jest paranoiczną szopką. My postawiliśmy na
      kompromis, w Święta odwiedzimy moich rodziców ze zwyczajową butelką (niestety
      dla mojego ojca, to na pewno będzie wyznacznik męskości mojego wybranka) oraz
      bukietem i czekoladkami dla mamy, i oznajmimy im po prostu, że chcemy w ten
      sposób uczcić z nimi nasze plany na przyszłość. Mój "przyszły" rozważa jeszcze
      wersję "dowcipną", w której podziękuje moim rodzicom, że wychowali tak
      samodzielną córę, która tak ważne decyzje podejmuje sama wink.
      • anna.agnieszka życzenia 24.12.04, 15:57
        Dziękuję Wam wszystkim za wartościowe posty i cenne wskazówki.

        Życzę Wam pięknych świąt - dla mnie jak zwykle to będzie czas trudny, pełen
        rozczarowania i tęsknoty. W tym roku - znów.

        Wiele miłości i pokoju, niech Wam przyniesie Nowonarodzony!
        • rootka Re: życzenia 27.12.04, 17:54
          Anno Agnieszko, nie trzymaj nas juz w niepewnosci i powiedz jak poszlo!!!!!!!
          • veninde Re: życzenia 28.12.04, 10:36
            Dołączam do prośby Rootki. Napisz, jak było.
            Pozdrowienia,
            a.
    • joanna.merkun_pieta Re: jak TO powiedzieć 28.12.04, 13:39
      Śledziłam od jakiegos czasu ten wątek i szczerze mówiąc ciekawa jestem czy już
      jesteś po rozmowie?...
      Poza tym ja na Twoim miejscu jeszcze raz przemyślałabym sprawę Twojego związku,
      bo tak obiektywnie patrząc nie wygląda on za szczególnie; żebyś kiedyś nie
      musiała żałować... Byłam w podobnej sytuacji, jednak odważyłam sie po ponad 4
      latach rozstać z pewnym Onym i życie samo nadrobiło te lata łez... obecnie od 8
      miesięcy jestem szczęśliwą mężatką i mam wspaniałego męża, choć kiedyś wydawało
      mi się, że już nikogo takiego nie spotkam.
      Powodzenia!
      • anna.agnieszka finał ... a może jeszcze nie 28.12.04, 21:51
        Kochane Dziewczeta i Panie,
        dzięki za "kibicowanie", ciepłe słowa i wiele życzliwości!
        Niestety - nie poszło. W sensie - nie powiedzieliśmy. Chyba już nie ma o czym
        zresztą.

        Jestem "materialistką", "przywiązuję wagę tylko do pierścionka", "za bardzo
        licze się z cudzymi uczuciami". On mi nie ufa, nie wierzy, ze chcę z nim być,
        czuje, ze mam zamair go porzucić (wszystko przez te cholerne oświadczyny i
        pierścionek, których nie było). A ja tylko chciałam ustalic taką wersję
        wydarzeń, z której moi rodzice by byli usatysfakcjonowani. Żeby nie myśleli, ze
        to On jest prostak i sknera. Sama go chciałam sobie zafundować i wymyślić
        jakies romantyczne okoliczności oświadczyn - zeby rodzice też myśleli, ze teraz
        dla Niego będe "królewną" i teraz to On bedzie mnie nosił na rękach.

        Wiele gorzkich słów padło na 3 dni przed świętami, jednak jeszcze w Wigilię,
        kiedy wracaliśmy wspólnie z pasterki (spotkalismy się przed kościołem, a potem
        mnei odprowadził pod blok rodziców) miałam nadzieję, że będzie wszystko OK.
        Niestety - spotkanie w święta było normalne i sztywne jak co roku. I
        bez "informacji". W sumie - skoro już się nie ma zamiaru ze mną żenić, to i nei
        było o czym informować.

        W drugi dzień, kiedy odwoził mnie do domu usłyszałam, ze jak mi znowu zaufa,
        jak uwierzy, ze chce z nim być, to spróbuje wszystko naprawić. Ale jak jego
        znam, to z 6 sierpnia nici. Pewnie do tego czasu nadal nie będzie pewny, czy ja
        rzeczywiście go kocham.

        Ale poczekam .. właśnie dlatego, ze kocham. I bez niego sobie nie wyobrażam
        życia. Choćbym miała kolejny rok przeżyć w samotności i tęsknocie za własnym
        domem i własną rodziną.
        • amalita Re: finał ... a może jeszcze nie 29.12.04, 09:07
          Facet jest lekko toksyczny i nie dalabym sobie glowy uciac, ze bedzie z niego
          dobry material na meza. Sknerstwo, brak zaufania, jakies frustracje bardzo zle
          rokuja. Po slubie te fakty moga szybko zniszczyc Wasze uczucie, kiedy zdeza sie
          z szara rzeczywistoscia.
          Ale masz racje, nic na sile. Zyj sobie spokojnie, i zobaczysz, jak sie
          wydarzenia potocza. Tylko nie zamykaj sie na ludzi - moze spotkasz kogos, kto
          Cie oczaruje?

          Pozdrawiam
        • a_weasley Zdecyduj się na jednego lub drugiego 29.12.04, 10:25
          Może niekoniecznie

          > Jestem "materialistką", "przywiązuję wagę tylko do pierścionka",

          W każdym razie przywiązujesz MSZ większą wagę niż ten artefakt zasługuje.
          Owszem, to jest bardzo ważny element i ładny zwyczaj, ale bez przesady.

          > "za bardzo licze się z cudzymi uczuciami".

          Konkretnie za bardzo liczysz się z życzeniami, by nie powiedzieć zachciankami,
          rodziców. Powiem wiecej, tego samego żądasz od narzeczonego.
          To fatalnie wróży relacjom zięć-teściowie - można obawiać się, że nie będziesz
          potrafiła wyznaczyć i uszczelnić granic Waszej rodziny tak samo jak nie
          potrafisz tego zrobić z wlasnymi. Inaczej mówiąc, że jeśli Twoim rodzicom
          przyjdzie ochota ingerować w życie Waszej rodziny (co u ludzi tak
          apodyktycznych, jak to przedstawiasz, jest niemal pewne), również nie będziesz
          potrafiła im się przeciwstawić.

          > A ja tylko chciałam ustalic taką wersję
          > wydarzeń, z której moi rodzice by byli usatysfakcjonowani.

          Rodzice, rodzice, rodzice, tatuś, mamusia. A gdzie On? Gdzie, przede wszystkim,
          Wy?

          > Sama go chciałam sobie zafundować i wymyślić
          > jakies romantyczne okoliczności oświadczyn - zeby rodzice też myśleli,

          Podziwiam faceta, że w ogóle jeszcze bierze pod uwagę poślubienie Cię. Ja po
          propozycji urządzenia takiej szopki na użytek moich in spe teściów
          powiedziałbym: pa, maleńka dziewczynko, miło było, wyjdź za tatusia, a ja się
          rozejrzę za kimś dorosłym.
          Co Ty właściwie myślałaś? Że zgodzi się grać w jakimś zakłamanym teatrzyku,
          żeby tatuś miał satysfakcję? Jakie jeszcze przedstawienia planujesz w
          przyszłości na użytek rodziców?
          Dzieci też będziesz tak tresować?

          > ze teraz dla Niego będe "królewną" i teraz to On bedzie mnie nosił na rękach.

          Jasne. Jeszcze pewnie oni mają decydować, czy Cię nosi dostatecznie czule.

          Droga AA, czas ustalić priorytety. Kto jest mężczyzną Twojego życia, a kto
          numerem 2? Ja bym się na rolę numeru 2 w życiu mojej ukochanej nie zgodził za
          żadne ciastka.
          Czas dorosnąć. Choćby z krzykiem i płaczem. Usłyszysz od rodziców mnóstwo
          przykrych słów. Łącznie z tekstami o grobie, do którego ich wpędzisz i będziesz
          nad nim płakać krwawymi łzami.
          Czeka Cię pasmo szantaży emocjonalnych. Musisz nauczyć się jednego prostego
          zdania: to ich problem.

          Życzę wytrwałości -
          A.Weasley
          • veninde Re: Zdecyduj się na jednego lub drugiego 29.12.04, 11:35
            Drogi panie Weasley'u,
            Bardzo zgrabna manipulacja Ci wyszła. Prawie dałam się na to złapać. Jednak to
            co Ty nazywasz "dorastaniem", jest niczym innym jak ustawianiem się w pozycji
            konfrontacyjnej. Poczytaj inne wypowiedzi Anny Agnieszki i zrozumiesz, że nie
            chodzi jej o usatysfakcjonowanie tylko i wyłącznie rodziców.

            Aniu Agnieszko,
            Wszystko to rzeczywiście nie wygląda obiecująco. Miejmy nadzieję jednak, że
            wszystko będzie dobrze. Tego Ci życzę i pozdrawiam,
            a.
            • a_weasley Konfrontacja. No i co z tego? 29.12.04, 15:08
              veninde napisała:

              > co Ty nazywasz "dorastaniem", jest niczym innym jak ustawianiem się w pozycji
              > konfrontacyjnej.

              A to, co tutaj bywa nazywane kompromisem, jest klasycznym uszeniem po sobie. I
              próbą namówienia na to narzeczonego. W finale otrzymujemy pozycję
              konfrontacyjną wobec narzeczonego, zagrażającą przyszłości związku.
              Pomijając wszystko inne, z takimi rodzicami-teściami, jak tutaj AA opisuje,
              konfrontacja w różnych sprawach jest nieunikniona. Im wcześniej im powiedzą "to
              jest nasze życie, zapraszamy Was do niego jako gości, ale gospodarzami tam
              jesteśmy li i jedynie my dwoje", tym lepiej.

              > Poczytaj inne wypowiedzi Anny Agnieszki i zrozumiesz, że nie
              > chodzi jej o usatysfakcjonowanie tylko i wyłącznie rodziców.

              W konkretnej sprawie głównym problemem dorosłej, a przynajmniej od dziesięciu
              lat pełnoletniej, kobiety będącej na swoim jest to, jak powiedzieć rodzicom o
              czymś, co jest normalnym posunięciem w jej wieku i sytuacji. Komentarz zbędny.

              > Wszystko to rzeczywiście nie wygląda obiecująco. Miejmy nadzieję jednak, że
              > wszystko będzie dobrze.

              Będzie. Ale nie przy aktualnym układzie priorytetów.
          • amalita Do Pana Weasley'a 29.12.04, 11:51
            Drogi Panie,

            Jesli Pan przesledzi historie Ani, zobaczy pan, ze stara sie ona
            usatysfakcjonowac obydwie strony: i narzeczonego i rodzicow. Odwraca Pan kota
            ogonem twierdzac niemalze, ze tylko narzeczony ma racje nie godzac sie na zaden
            kompromis. A to nie tak.
            Przede wszystkim w dobrym tonie jest poproszenie rodzicow dziewczyny o jej
            reke. Tu nie jest potrzebna zadna szopka. Wystarczy przyjsc do domu z kwiatami
            dla matki, butelka dla ojca i powiedziec, ze "postanowilismy sie pobrac, i aby
            tradycji stalo sie zadosc, prosze Panstwa o reke corki". Tu naprawqde nie
            trzeba padac na kolana!!!!
            Moj narzeczony (jestem przed 30-tka), poprosil o moja reke w zartobliwy
            sposob "w zamian za te czekoladki, prosze o reke corki".
            To jest normalny gest, niczym nie uwlaczajacy, a ukazujacy szacunek rodzinie
            dziewczyny.
            Jesli chodzi o pierscionek, to jest to rowniez mily gest, i nie rozumiem, czemu
            chlopak tak sie przed tym broni. Mnie by bylo przykro gdybym nie dostala
            pierscionka - jest to wszak pewien symbol i tradycja. Blyskotka na cale zycie.

            Ania ma racje, wymagajac tego minimum szacunku - to, ze on sie tak
            kategorycznie nie zgadza tylko pokazuje jak jest niedojrzaly. A i Pan Panie
            Weseay, gdyby Pan tak postapil, jak Pan opisuje - to prosze wybaczyc, ale nie
            stawia to Pana w dobrym swietle.
            • minerwamcg Re: Do Pana Weasley'a 29.12.04, 15:01
              > Przede wszystkim w dobrym tonie jest poproszenie rodzicow dziewczyny o jej
              > reke.

              Kiedy dziewczyna liczy sobie latek 30 i od dawna jest samodzielna, proszenie
              rodziców o zgodę na małżeństwo z nią (bo tym wszak jest proszenie o rekę)
              stawia ją w pozycji upośledzonego dziecka. O wiele ładniej i wobec rodziców i
              wobec kobiety jest przyjście z kwiatami i oznajmienie wspólne z nią "mamo,
              tato, postanowiliśmy się pobrać i jesteśmy bardzo szczęśliwi. Chcielibyśmy,
              żebyście dzielili z nami tę radość". Słowa tylko trochę inne niż u Ciebie, a o
              wiele bardziej normalne.

              > Moj narzeczony (jestem przed 30-tka), poprosil o moja reke w zartobliwy
              > sposob "w zamian za te czekoladki, prosze o reke corki".

              Czyli, kontynuując żart, rodzice przehandlowali Cię za pudełko czekoladek. No
              cóż, jesli chodzi o żarty każdy ma inny gust.

              > To jest normalny gest, niczym nie uwlaczajacy, a ukazujacy szacunek rodzinie
              > dziewczyny.

              A to, co opisałam powyżej, nie jest okazaniem szacunku? Jeszcze jak jest. Z
              tym, że w ten sposób okazuje sie szacunek nie tylko rodzicom, ale i
              narzeczonej, nie robiąc z niej na siłę niedojrzałej smarkuli ani przedmiotu
              handlu.

              >Mnie by bylo przykro gdybym nie dostala
              > pierscionka - jest to wszak pewien symbol i tradycja.

              Mnie też by było. Ale gdybym zamiast niego dostała wisiorek z moim ukochanym
              koralem albo kolczyki (gdybym oczywiście nosiła takowe, bo nie noszę) nie
              robiłabym tragedii, przeciwnie. Mąż mojej przyjaciółki podarował jej na
              zaręczyny złoty łańcuszek i też było dobrze.

              > Ania ma racje, wymagajac tego minimum szacunku - to, ze on sie tak
              > kategorycznie nie zgadza tylko pokazuje jak jest niedojrzaly.

              Jeżeli "minimum szacunku" ma się wyrażać w spełnianiu każdej zachcianki
              rodziców ze wszystkimi szczegółami, to Weasley ma rację. Mnie by się
              takie "minimum szacunku" nie podobało - a i mojej mamie też.






              • amalita Do Minewarcing 29.12.04, 15:17
                Gdybys czytala uwaznie, co pisalam, to zobaczylabys, ze napisalam, ze w takim
                przypadku bardziej sie inforuje rodzicow o fakcie niz prosi. A wypowiedzenie
                formulki " postanowilismy sie pobrac i aby tradycji stalo sie zadosc, prosze o
                reke corki" nie stawia nikogo w roli niedorobionego dzieciaka.
                Nota bene, nie kpij sobie z uposledzonych ludzi - to jest troche nie na miejscu.

                Masz racje, rodzice przehandlowali mniesmile), nie wiesz, jak wygladala rozmowa,
                nie wiesz, w jakim to bylo kontekscie - wiec nie wyciagaj wnioskow. Podalam to
                jako przyklad, aby pokazac, ze nie taki diabel straszny.

                Nie wiem, czy rzeczywiscie taka "kazda" zachcianka rodzicow jest oficjalne
                poinformowanie/prosba o slubie przez narzeczonego. To jest kwestia savoir
                vivre'u, a tu jak widac, nie kazdy sie z nim zapoznal.

                I tylko o mlodym mezczyznie i kobiecie swiadczy podejscie: "zarabiam sam na
                siebie, mam w nosie was i wasze tradycje, mozecie mi naskoczyc, nie musze was o
                niczym informowac".

                Ciesze sie, ze moj narzeczony zdobyl sie na to jakze straszne przedsiewziecie i
                kupil mojej mamie ten bukiet a ojcu czekoladki. Pomimo, ze juz od dawna sami na
                sioebie zarabiamy i mamy pokonczone szkoly....
                • minerwamcg Re: Do Minewarcing 29.12.04, 15:39
                  amalita napisała:

                  > Gdybys czytala uwaznie, co pisalam,

                  ... to może byś potrafiła bez błędów powtórzyć mojego nicka.

                  > A wypowiedzenie
                  > formulki " postanowilismy sie pobrac i aby tradycji stalo sie zadosc, prosze
                  o
                  > reke corki" nie stawia nikogo w roli niedorobionego dzieciaka.
                  > Nota bene, nie kpij sobie z uposledzonych ludzi - to jest troche nie na
                  miejscu

                  Nigdy nie nazwałabym człowieka upośledzonego "niedorobionym dzieciakiem" - tak
                  jak Ty to w tym momencie robisz.

                  > Masz racje, rodzice przehandlowali mniesmile), nie wiesz, jak wygladala rozmowa,
                  > nie wiesz, w jakim to bylo kontekscie - wiec nie wyciagaj wnioskow.

                  A co mnie obchodzi, co było w kontekście? Przytoczony przez Ciebie żart uważam
                  za delikatnie mówiąc taki sobie, ale jak powiadam, kazdy ma inny gust.

                  > Nie wiem, czy rzeczywiscie taka "kazda" zachcianka rodzicow jest oficjalne
                  > poinformowanie/prosba o slubie przez narzeczonego. To jest kwestia savoir
                  > vivre'u, a tu jak widac, nie kazdy sie z nim zapoznal.

                  Poinformowanie o ślubie to nie "prośba o rekę". Ja to wyraźnie rozgraniczam.
                  Przypisywanie rozmówcy czegos, czego on nie powiedział również kłóci się z
                  zasadami savoir vivre'u. A żądanie rodziców, aby wszystko odbyło się jeden do
                  jednego według zaplanowanego przez nich scenariusza uważam za wydumaną
                  zachciankę, również ze wspomnianymi zasadami sprzeczną. Albowiem jedną z
                  pierwszych zasad savoir vivre'u jest nieingerowanie w cudze życie.

                  > I tylko o mlodym mezczyznie i kobiecie swiadczy podejscie: "zarabiam sam na
                  > siebie, mam w nosie was i wasze tradycje, mozecie mi naskoczyc, nie musze was
                  o niczym informowac".

                  Równie źle świadczyłoby podejście "nie mam na to ochoty, ale zrobię wszystko
                  dokładnie tak, jak sobie życzycie, bo jesteście dla mnie najważniejsi na
                  świecie, a juz zwłaszcza ważniejsi od mego życiowego partnera".

                  > Ciesze sie, ze moj narzeczony zdobyl sie na to jakze straszne przedsiewziecie
                  i kupil mojej mamie ten bukiet a ojcu czekoladki. Pomimo, ze juz od dawna sami
                  na sioebie zarabiamy i mamy pokonczone szkoly....

                  Pewnie, że dobrze. Tylko nie wiem czemu odnoszę wrażenie, że gdyby zamiast
                  bukietu był pojedynczy egzotyczny kwiat, a tata w ogóle nie dostał nic,
                  uznałabyś, że Twojemu małżeństwu czegoś brakuje. Ale to tylko takie moje
                  wrażenie, nie przejmuj się.
                  • amalita Re: Do Minewarcing 29.12.04, 17:06
                    Zle napisanie Twego nicka wynikalo z tego, ze szybko pisze.

                    Dla mnie "niedorobiony dzieciak", to zdrowy czlowiek, ktory nie ma wlasnej
                    woli. Ty piszesz o uposledzonym dzieciaku, co chyba jest jednoznaczne. Skad w
                    Twych wypowiedziach tyle jadu?

                    Mozesz zart "o czekoladkach" uznac za w zlym guscie. Mnie chodzilo o pokazanie,
                    ze tu nie chodzilo o prosbe o reke, ale wlasnie o poinformowanie. Wazne, ze
                    nikt sposrod naszej rodziny nie poczul sie z nim zle.

                    Tu sie robi dyskusja o potyczkach slownych. Dla mnie prosba o reke jest wlasnie
                    de facto informowaniem o swych zamiarach, bo po prstu tak sie dzisiaj robi. My
                    tez przed slubem razem mieszkalismy, zarabialismy itd. A jak wezmiesz
                    podrecznik savoir - vivre-u, to zobaczysz, ze zanim czlowiek poprosi dziewczyne
                    o reke, rozmawia z jej ojcem. Tyle ze w naszych czasach tak sie juz nie robi.
                    A "poproszenie" rodzicow, tak jak pisalam, jest po prostu uklonem w ich strone.
                    Tym bardziej, ze raczej rodzice dziewczyny znaja chlopaka wczesniej, i wiedza,
                    co bedzie tematem wizytysmile)

                    Co sie tyczy tekstu "Pewnie, że dobrze. Tylko nie wiem czemu odnoszę wrażenie,
                    że gdyby zamiast
                    > bukietu był pojedynczy egzotyczny kwiat, a tata w ogóle nie dostał nic,
                    > uznałabyś, że Twojemu małżeństwu czegoś brakuje. Ale to tylko takie moje
                    > wrażenie, nie przejmuj się."
                    tego nie zamierzam komentowac - bo tekst jest nie na miejscu i chyba nie chce
                    mi sie o tym dyskutowac. Swiadczy on tylko o Tobie.
                    • minerwamcg Re: Do Minewarcing 29.12.04, 18:47
                      A jak wezmiesz
                      > podrecznik savoir - vivre-u, to zobaczysz, ze zanim czlowiek poprosi
                      dziewczyne
                      >
                      > o reke, rozmawia z jej ojcem. Tyle ze w naszych czasach tak sie juz nie robi.

                      A z którego roku ten podręcznik? Bo mam wrażenie, że używasz jakiegoś reprintu
                      z lat dwudziestych.
                      • amalita Re: Do Minewarcing 30.12.04, 09:21
                        Minewarcing,

                        Wyluzuj troche. To naprawde zadna obraza, jesli mezczyzna przepusci Cie w
                        drzwiach lub poprosi ojca o twa reke. Podreczniki savoir - vivre'u sa zapewnie
                        stare, ale pewne zasady nie zmieniaja sie na przestrzeni lat...To naprawde nie
                        wstyd byc kobieta. Czy tak Cie dowartosciowuje, jako kobiete, fakt, ze ktos Cie
                        traktuje jak mezczyzne?? Mysle, ze to mile, kiedy w mezczyznie zostaje cos z
                        rycerza, a w kobiecie cos z damy. Rownosc wobec prawa - owszem. Rowne dzielenie
                        obowiazkow - owszem. Rownosc w pracy - jak najbardziej. Ale to naprawde nie
                        obraza, jesli facet przepusci mnie w drzwiach, poda mi plaszcz lub zachowa
                        sie "po starodawnemu" przy moich rodzicachsmile))
            • a_weasley Szopka i inne 29.12.04, 15:13
              > Tu nie jest potrzebna zadna szopka.

              Widocznie in concreto jest, skoro AA uważała za wskazane sfabrykować na użytek
              rodziców kłamstwo o romantycznych oświadczynach.

              > Jesli chodzi o pierscionek, to jest to rowniez mily gest, i nie
              rozumiem,czemu
              > chlopak tak sie przed tym broni.

              Ja też nie, ale to, że ja nie rozumiem i ja pierścionek z radością kupiłem, nie
              znaczy, że inni nie mogą mieć inaczej. Znam ludzi, którzy za Chiny Ludowe nie
              wejdą po zmroku na cmentarz. Miałem dziewczynę, która była chora ze strachu,
              jeśli trzeba było wejść na jakiekolwiek zgromadzenie większe od przeciętnej
              klasy. No i co? Różni mają różnie."Ja nie rozumiem" to jeszcze nie znaczy "on
              nie ma racji".

              > gdyby Pan tak postapil, jak Pan opisuje - to prosze wybaczyc, ale nie
              > stawia to Pana w dobrym swietle.

              Ja przede wszystkim nigdy nie miałem okazji się w takiej sytuacji znaleźć - z
              dziewczyną tak zależną od rodziców rozstałbym się dużo wcześniej.
              • amalita Re: Szopka i inne 29.12.04, 15:25
                Przeciez ona nic nie chce sfabrykowac!!!!
                Ona tylko chce, aby razem udali sie do jej rodzicow i poinformowali ich o
                planowanym slubie! Czy to tak ciezko zrozumiec. Moze ON dodac forulke, ze prosi
                o jej reke, ale nie musi, litosci!!!!
                Facet nie dorosl niestety do roli meza (patrz maile Ani) i tyle.

                I spelnienie JEDNEJ prosby dziewczyny, aby "podlizac" sie rodzicom nie jest
                jakims uzaleznieniem. Trzeba byc czasem dyplomatycznym.
                • a_weasley Co AA napisała, napisała 29.12.04, 16:04
                  Kiedy skrytykowałem pomysł wciskania rodzicom kitu o romantycznych zaręczynach
                  i kupowania sobie samej pierścionka w celu odwrócenia uwagi, Amalita napisała:

                  > Przeciez ona nic nie chce sfabrykowac!!!!
                  > Ona tylko chce, aby razem udali sie do jej rodzicow i poinformowali ich o
                  > planowanym slubie!

                  Niestety (dla Amality, a przede wszystkim dla swego chłopaka) AA napisała:

                  > A ja tylko chciałam ustalic taką wersję
                  > wydarzeń, z której moi rodzice by byli usatysfakcjonowani. Żeby nie myśleli,
                  > że to On jest prostak i sknera. Sama go chciałam sobie zafundować
                  > i wymyślić jakies romantyczne okoliczności oświadczyn - zeby rodzice
                  > też myśleli, ze teraz dla Niego będe "królewną" i teraz to On bedzie
                  > mnie nosił na rękach.

                  Inaczej mówiąc z rzekomego szacunku dla rodziców, którego objawy dziwnie
                  przypominają strach przed powiedzeniem o uwadze w dzienniczku, chciała:
                  ich - okłamać
                  narzeczonego - skłonić do udziału w owym kłamstwie.
            • Gość: Kasia Re: Do Pana Weasley'a IP: *.aster.pl / *.aster.pl 04.01.05, 17:03
              A ja się z p. Weasley'em zgadzam w pełni!!! Sorry, ale cała historia AA kręci
              się wokół co powiedzą jej rodzice, jak im to powiedzieć żeby się zgodzili, jak
              pokazać że przyszły mąż jest odpowiedni, itp. Nie o to chodzi w małżeństwie!!
              To nie życie jej rodziców, ale jej i "męża". Co do satysfakcjonowania obu
              stron: chała!!! Z mojego punktu widzenia AA robi wszystko aby usatysfakcjonować
              rodziców, nie zważając w ogóle na uczucia przyszłego męża. U nas też nie było
              tradycyjnych zaręczyn, rodzicom powiedzieliśmy każde z osobna, bez żadnej
              otoczki. Bo to było i jest dla nas, a nie dla całej reszty!
              • Gość: Patrycja Re: Do Pana Weasley'a IP: *.sgib.com 04.01.05, 17:06
                Nawet bym sie zgodzila, ale z pozostalych postow wynika, ze i "narzeczony" ma
                gdzies cale przedsiewziecie...
        • Gość: anni Re: finał ... a może jeszcze nie IP: 217.11.141.* 29.12.04, 10:32
          przykro mi ze sie nie udalo, facet ma klopoty emocjonalne a w takiej sytuacji
          mysle ze lepiej zeby oznajmic rodzicom o slubie a nie urzadzac szopke
          zareczynowa
          trzymam kciuki
          • Gość: Jary Re: męski głos w dyskusji IP: *.c151.petrotel.pl 29.12.04, 13:00
            Czytając ten wątek nasuwa mi się tylko jedna rzecz "Toksyczni rodzice" - to
            także tytuł książki. Historia modelki, która nie wierzy w swoją urodę, bo tata
            jej mówił, że jest nieładna, milionera, który mieszkał w ruderze, bo tata
            mówił, że przyjdzie kryzys i trzeba oszczędzać. "Wybór własnej drogi jest
            niazaprzeczalnym faktem każdego strumienia życia" Myśle, że problem tkwi w
            relacjach z rodzicami- wide "drętwe święta". Jak napisała tu któraś z Pań, dla
            swoich rodziców zawsze będziesz dzieckiem, ale chyba jednak musisz zdecydować
            się na samodzielność, choćby bardzo bolało. Z tego bowiem co zrozumiałem jest
            to problem nie tego "Onego", ale "Onego" w ogóle. A co do "Onego" czy jego
            wcześniejsze oświadczenia nie były podbnej natury?
            Pozdrawia
            Jarek

            • amalita Damski glos w dyskusji...:) 29.12.04, 13:47
              Jeszcze cos dodam, bo pojawiaja sie glosy o toksycznych rodzicach, itd.
              Oczywiscie rodzice bywaja toksyczni, biora slub dzieci za niemal wlasny itd.
              Zreszta Ania nie kryla, ze jej stosunki z rodzicami nie sa krysztalowe (i tu
              rada Aniu, popracuj nad tym). Ale malzenstwo dwoja ludzi to umiejetnosc
              kompromisow. I niestety, trzeba sobie na niektorych polach ustepowac,
              zwlaszcza, jesli ustepstwo nie jest tu kwestia smierci lub zycia:
              dodam przyklad z zycia wziety: ja nie jestem praktykujaca, moj maz - owszem.
              Dla mnie "blogoslawienstwo" przed slubem bylo niepotrzebna szopka, ale dla
              mojej tesciowej to byl niemal punkt wieczoru. Wiedzac, jakie to wazne dla nich,
              ustapilam (zastrzegajac, aby mi nie zniszczyli fryzurysmile). No i szopka sie
              odbyla,szast - prast. I juz nawet o tym nie pamietam.
              To samo poproszenie o reke corki: to nie jest nic takiego, o co normalny
              czlowiek by kruszyl kopie. Nie trzeba klekac, blagac, to jest w dzisiejszych
              czasach bardziej "poinformowanie" ojca dziewczyny o fakcie. I tyle.

              Ania,
              Ty sie nic nie martw. To Twoj chlopak powienien stanac na wysokosci zadania. Ja
              proponuje zaczac rozmawiac z mama: pogadaj jak kobieta z kobieta, o tym, co Cie
              dreczy. Moze to, ze obdarzysz ja zaufaniem zaprocentyuje na przyszlosc i Wasze
              relacje sie ociepla. Zycze Ci tego z calego serca.

              Amalita
    • amalita Re: jak TO powiedzieć 29.12.04, 14:40
      Zastanawia mnie podejscie niektorych ludzi do kwestii informowania rodzicow:

      "zarabiam, jestem niezalezny, nie mieszkam z nimi, nie musze ich o nic pytac
      ani prosic".

      No coz, niby racja, ale mam wrazenie, ze takich ludzi wychowali rodzice,
      ktorych "wychowanie" ograniczalo sie do "utrzymywania" i nic poza tym. Przeciez
      to sa RODZICE i nalezy z nimi od poczatku budowac poprawne stosunki, wlasnie
      poprzez rozne drobnme gesty. nalezy pokazac, ze znamy zasady dobrego wychowania
      i szanujemy ich tradycje i zwyczaje. Jesli od poczatku mowi im sie "nie placice
      za nic i mamy was gdzies" - to niestety, taki uklad nigdy nie bedzie zdrowy.
      • minerwamcg Re: jak TO powiedzieć 29.12.04, 15:11
        Oczywiście. Zdrową postawę w takim przypadku można streścić w słowach "jestem
        już dorosła/y i niezależna/y, ale kocham was tak samo. Dlatego oboje
        przychodzimy się podzielić z wami swoim szczęściem. Mam nadzieję, że polubicie
        moją drugą połówkę i będziecie chętnie w niej/nim widzieli mamę/tatę waszych
        wnuków".

        >nalezy pokazac, ze znamy zasady dobrego wychowania

        O wiele ważniejsze niż pokazywanie, że "znamy zasady dobrego wychowania" jest
        pokazanie, że rodziców kochamy, szanujemy i traktujemy serio. To jest
        trudniejsze od popisywania się jakimikolwiek zasadami, ale własnie niezbędne
        dla zdrowego układu.
        • amalita Re: jak TO powiedzieć 29.12.04, 15:21
          Zastanawia mnie, czemu powtarzasz, to co juz zostalo miedzy innymi przez mnie
          napisane, tyle ze w innych slowach....
          • minerwamcg Re: jak TO powiedzieć 29.12.04, 15:49
            Kiedy widzisz, to nie jest to samo. Ty kładziesz nacisk na zasady i ich
            przestrzeganie, ja na to, co się za tymi zasadami kryć powinno. Ty piszesz, że
            należy rodziców prosić o rękę dziewczyny, ja piszę, że należy rodziców
            poinformować, że się dziewczynę o rekę poprosiło i zostało przyjętym. Albowiem
            szacunek należy się nie tylko rodzicom, ale przede wszystkim dziewczynie - żeby
            nie robić z niej przedmiotu umowy ani kogoś, kto nie może decydować o własnym
            losie.
            Tak, napisałam "przede wszystkim dziewczynie". Bo to z nią zakłada się rodzinę
            i jej zdanie - nie rodziców!!! - powinno być w tym wypadku najważniejsze.
            Podobnie, jak dla dziewczyny zdanie jej przyszłego powinno być ważniejsze niż
            zdanie rodziców.
            • amalita Re: jak TO powiedzieć 29.12.04, 16:51
              "To samo poproszenie o reke corki: to nie jest nic takiego, o co normalny
              czlowiek by kruszyl kopie. Nie trzeba klekac, blagac, to jest w dzisiejszych
              czasach bardziej "poinformowanie" ojca dziewczyny o fakcie. I tyle."

              Oto cytat z tego co pisalam. Poczytak dokladnie, a potem pisz.
              • amalita Re: jak TO powiedzieć 29.12.04, 16:52
                I kolejny cytat: "Przede wszystkim w dobrym tonie jest poproszenie rodzicow
                dziewczyny o jej
                reke. Tu nie jest potrzebna zadna szopka. Wystarczy przyjsc do domu z kwiatami
                dla matki, butelka dla ojca i powiedziec, ze "postanowilismy sie pobrac, i aby
                tradycji stalo sie zadosc, prosze Panstwa o reke corki". Tu naprawqde nie
                trzeba padac na kolana!!!!"

                No i co Minewarcing, pisalam? pisalam!!! tyle ze nazywam to "poproszeniem o
                reke" a de facto, inforuje sie.
                • minerwamcg Mój nick brzmi "minerwamcg" 29.12.04, 18:52
                  I bądź łaskawa mnie tak nazywać. Poszukaj w podręczniku savoir-vivre'u miejsca,
                  gdzie jest napisane o tym, że przekręcanie cudzych nazwisk (nawet w pośpiechu)
                  jest niedopuszczalne.
                  • amalita Re: Mój nick brzmi "minerwamcg" 30.12.04, 09:23
                    Wyluzuj troche. Przykro mi, ze przekrecilam Twego nick'a, pewnie nie po raz
                    ostatni, ale Ty rzucasz sie i plujesz jadem, jakbym Ci wymordowala pol
                    rodzinysmile))
                    • minerwamcg Re: Mój nick brzmi "minerwamcg" 30.12.04, 09:34
                      > Wyluzuj troche. Przykro mi, ze przekrecilam Twego nick'a, pewnie nie po raz
                      > ostatni, ale Ty rzucasz sie i plujesz jadem, jakbym Ci wymordowala pol
                      > rodzinysmile))

                      Nie mam zwyczaju niczym pluć, po prostu dziwię się, że osoba, która na każdym
                      kroku powołuje się na zasady dobrego wychowania nie przestrzega jednej tak
                      elementarnej. I jeszcze obiecuje, że to "nie po raz ostatni"!
                      • amalita Re: Mój nick brzmi "minerwamcg" 30.12.04, 09:54
                        Jestem dyslektyczka - dlatego robie bledy. Widze literki nie takie, jakie sa.
                        Co innego "zwykle" slowa, co innego wymyslony. Twoj Nick jest bardzo oryginalny
                        i troche trudny do wymowienia. Ale widze, ze zamiast kontynuowac merytoryczna
                        dyskusje, sprowadzasz sprawe do w sumie nieistotnej w temacie kwestii. I jestes
                        agresywna.
                        • minerwamcg Re: Mój nick brzmi "minerwamcg" 30.12.04, 10:42
                          Ale widze, ze zamiast kontynuowac merytoryczna
                          > dyskusje, sprowadzasz sprawe do w sumie nieistotnej w temacie kwestii. I
                          jestes
                          >
                          > agresywna.

                          Niezwykle wprost smile)) Czy zawsze kiedy ktoś udowadnia Ci, że nie masz racji,
                          nazywasz go agresywnym? Choćby robił to spokojnie, metodycznie i z anielską
                          cierpliwością jak ja?
                          • minerwamcg Re: Mój nick brzmi "minerwamcg" 30.12.04, 10:43
                            A w ogóle to nudzi mnie to bicie piany. Z mojej strony EOT.
                            • amalita Re: Mój nick brzmi "minerwamcg" 30.12.04, 11:15
                              Jakos mnie to nie dziwi, bo nie odpowiedzialas na moj post, gdzie zamiescilam
                              odpowiedzi na Twe stwierdzenia, tylko skupilas sie na tym, co Ci pozostalo:
                              moja wpadka z przekreceniem Twego nickasmile))

                              I wybacz, ale to nie ja Cie bezposrednio atakowalam, robiac pseudodomysly na
                              Twoj temat i twego pozycia z mezem...
                              Wiec nie pisz o anielskiej cierpliwosci, bo co jak co, ale tego nie masz.
                              Zamiast tego bawisz sie zlosliwymi docinkami. I na pewno zrobi sie na tym
                              temacie lzej, jak skoncza sie Twe posty ziejace agresja. Ja ani razu nic zlego
                              na twoj temat nie napisalam, a Ty i owszem. Bardzo lubisz jak widac krytykowac
                              ludzi, zamiast im dac odrobiny ciepla i troche wesprzec.
                              • minerwamcg Re: Mój nick brzmi "minerwamcg" 30.12.04, 12:45
                                Ostatni raz Ci odpowiadam:

                                >skupilas sie na tym, co Ci pozostalo:
                                > moja wpadka z przekreceniem Twego nickasmile))

                                Powtórna, musze dodać. Raz bym darowała. I obietnice dalszych smile))

                                > I wybacz, ale to nie ja Cie bezposrednio atakowalam, robiac pseudodomysly na
                                > Twoj temat i twego pozycia z mezem...

                                Żadnych domysłów nie robiłam, albowiem Twoje pozycie z mężem obchodzi mnie
                                tyle, co zeszłoroczny śnieg. Komentowałam wyłącznie to, co sama napisałaś.

                                >Ja ani razu nic zlego
                                > na twoj temat nie napisalam,

                                A wiekszość Twoich postów na mój temat? Nic? Naprawdę?

                                >Bardzo lubisz jak widac krytykowac
                                > ludzi, zamiast im dac odrobiny ciepla i troche wesprzec.

                                Nie widzę powodu do okazywania ciepła i wsparcia osobom, które wszystko i tak
                                wiedzą lepiej, oskarżają innych o własne błędy i w ocenie swojego postępowania
                                wykazują totalny daltonizm. Udzielanie takim osobom wsparcia jest w najwyższym
                                stopniu niepożądane, ponieważ utwierdza je w przekonaniu o własnej
                                doskonałości.
                                • amalita Re: Mój nick brzmi "minerwamcg" 03.01.05, 10:15
                                  oooo tych ostatnich razow jest widze wiecejsmile))
                                  No wiec nie pisz, ze nie komentowalas mego malzenstwa, bo jak napisalam, jak
                                  oswiadczyl sie moj maz, to po pierwsze uznalas, ze bylo to w zlym stylu (tu
                                  moglas cos komentowac), ale po tym, ni z gruchy, ni z pietruchy napisalas, ze
                                  gdyby oswiadczyl sie inaczej, to moje malzenstwo nie byloby pelne, czy cos w
                                  tym stylu...(jak trzeba, przy tocze konkretna tresc).

                                  Ciekawe, co Toba kieruje. Moze zazdrosc. Moze jestes jedna z tych, co to siedza
                                  na forum, aby dobijac ludzi. Bo mnie sie wydaje, ze wlsnie im wiecej dasz
                                  ludziom ciepla i wsparcia, tyle samo go otrzymasz. I jako osoba cytujaca
                                  Biblie, powinnas to wiedziec. I nie wydaje mi sie, aby wspierani Ani mialo ja
                                  upewnic w jej doskonalosci. Wszak kazda z nas jest niepowtarzalna i w tym
                                  wlasnie tkwi nasza doskonaloscsmile)
    • a_weasley To przesądza sprawę 29.12.04, 16:30
      Tej notki wcześniej nie zauważyłem. A ona przecina MSZ wszelkie wątpliwości.

      > Mój Ojciec wielokrotnie sygnalizował a wręcz otwartym tekstem mówił, że
      > jeśli "On" nie przyjdzie z nim porozmawaić, to Tat nie wyrazi zgody.

      Znakiem czego tatusiowi się roi, że on tu ma coś do wyrażania. I co mu się
      zdaje, że jak nie wyrazi, to co, wyjdziesz za innego?
      W tej sytuacji sprawa jest ewidentna, tatę trzeba przywołać do porządku, zanim
      zostanie teściem i będzie nim, aż padnie na zawał lub aż Wy się rozwiedziecie,
      który wcześniej nie wytrzyma.
      Nie zamierza wyrażać zgody? To mu powiedz, że nie musi. Odpowiedź na pytanie
      postawione w tytule brzmi:
      "Cześć tato, ustaliliśmy datę ślubu, na który niniejszym zapraszamy".
      Szok? Niewątpliwie. Ale kiedyś trzeba go usadzić. Im szybciej, tym lepiej. Już
      i tak jest bardzo późno.
      Dopóki nie ustawisz właściwie relacji z rodzicami, dopóty nie masz szans na
      normalne małżeństwo ani z Onym, ani z żadnym innym. Poczytaj sobie wątki o
      teściach.
    • anna.agnieszka może teraz w końcu ja 29.12.04, 16:50
      Z wielkim zainteresowaniem (i zdziwieniem liczbą, a następnie stanowczością)
      przeczytałam wszystkie Wasze posty. Dziekuje za wszelkie konstruktywne uwagi.
      Na pewno pozwoliły mi conieco ponownie przemyśleć.

      Jak większośc 'krótkich' wypowiedzi, moja opowieść odnosi się tylko do jednego
      wątku długiej, wieplopłaszczyznowej i skomplikowanej historii pt "związek". Z
      premedytacja pominęłam pewne "elementy", które również wpływają na moją
      percepcję całej sytuacji. Np. nie wspomniałam o stosunku rodziców Onego do
      mnie. Stosunku, który jest dość specyficzny (w czasie wizyty w święta niedoszły
      Teść zwracał się do Onego "poczestuj tą panią/twoją znajomą czymś"). Ale to na
      marginesie.

      Celowo też nie skupiałam się na Jego zachowaniach i słowach - bo wydawało mi
      sie rozpczynając wątek, ze udzielicie mi obiektywnych wskazówek i podzielicie
      się pomysłami. Jednak skoro w rozważaniach poszliśmy w tak dalece indywidualne
      rozważania, zdałam sobie sprawę, że już pierwszego posta powinnam napisać
      zupełnie inaczej.

      Wymyśliłam (tak, sama, Panie Wesley, bo On nie miał czasu myśleć o tym przed
      świętami), że moze mojej Mamie przynieść zamaist bukeitu - gwiazdę betlejemską
      w doniczce - jako prezent świateczny, a Ojcu - szampana, którego moglibysmy
      wspólnie wypić z okazji zbliżającego się Nowego Roku za pomyślność wszystkich
      obecnych. I nawet tramowy tekst "oświadczenia" (nie - oświadczenia się!)
      wyszedł mi dość ładny i miły dla ucha wszystkich stron. Wszystko było do
      zaakceptowania. Poza ostatnim - 12 punktem mojej "listy przygotowań" - co mam
      powiedzieć, kiedy On wyjdzie a Oni spytają - jak to było. Usłyszałam "powiedz
      co chesz. A najlepiej prawdę - że się nie spytałem i nie dostałaś pierścionka".
      A ja wiedziałam, że to będzie początek drogi przez mękę. A ponieważ nie mogę
      sobie wyobrazić, że słuchałabym ostrej i miażdzącej krytyki pod adresem osoby,
      która kocham i na której dobrym imieniu mi zależy - chciałąm skłamać. Nie dla
      mojego dobra - dla tego, żeby Jemu oszczędzić uprzedzeń i pretensji ze strony
      moich Rodziców. A Im - troski o to, czy wybrałam właściwą, szanujacą mnie i
      potrafiącą cenić osobę.

      Może faktycznie - za bardzo mi zależy żeby innych zadowolic. Ale to nie kwestia
      uzależnienia - to kwestia miłości do tych osób i pragnienia, zeby szanowali
      siebie wzajemnie.

      Gdybym więcej myslałą o sobie i umiała postawić twarde warunki - może bym
      wyegzekwowała, to, czego bym pragnęła. Ale czy naprawde byłabym szczęśliwa
      zmuszając Ich wszystkich do postępowania wbrew sobie?
      • amalita Re: może teraz w końcu ja 29.12.04, 17:18
        Ania,

        Posmutnialam czytajac Twoja wypowiedz. Widac, ze kochasz mocno Rodzicow i
        chlopaka i jestes troche miedzy mlotem a kowadlem. A oni, zamiast odplacac Ci
        tym samym, ciosaja Ci kolki na glowie....Zgadzam sie z innymi, ze musisz byc
        stanowcza rowniez wobec rodzicow, bo to Twoje zycie. Ale poniewaz to z mezem
        bedziesz zyla, mozesz go poprosic o pomoc w "przeprwie" z rodzicami. On
        powinien Cie wspierac. Powinien Ci pomoc jak moze najlepiej - a w tym
        przypadku, jesli rodzice sa tak uparci, ze nei da rady ich przekonac, dla
        zachowania dobrych stosunkow, ON powinien sie przelamac.

        Takie zycie. Czasem ustapienie w tak trywialnej sprawie moze zaprocentowac na
        przyszlosc. To czysta dyplomacja.

        A moze, jesli on tak naprawde sie nie oswiadczyl i to Ty jestes motorem
        napedowym wszystkiego, odpusc sobie i zobaczysz, jak sie wydarzenia potocza?.

        Wykorzystaj ten czas na poprawe stosunkow w Twej rodzinie - a pretekstem, jak
        pisalam, moze byc potrzebna "ich pomoc" w "poradzie sercowej". Moze to naiwne,
        ale moze zadziala?

        Powodzenia
        • a_weasley Tym razem się (częściowo) zgadzam 29.12.04, 17:42
          amalita napisała:

          > Widac, ze kochasz mocno Rodzicow i
          > chlopaka i jestes troche miedzy mlotem a kowadlem. A oni, zamiast odplacac Ci
          > tym samym, ciosaja Ci kolki na glowie...

          No pewnie, skoro na to pozwalasz (wiem, że to cholernie trudno nie pozwolić).

          > Zgadzam sie z innymi, ze musisz byc
          > stanowcza rowniez wobec rodzicow, bo to Twoje zycie. Ale poniewaz to z mezem
          > bedziesz zyla, mozesz go poprosic o pomoc w "przeprwie" z rodzicami.

          Ależ oczywiście! Wobec rodziców obu stron. Po to masz przy sobie Swojego
          Mężczyznę.

          > powinien Cie wspierac. Powinien Ci pomoc jak moze najlepiej - a w tym
          > przypadku, jesli rodzice sa tak uparci, ze nei da rady ich przekonac, dla
          > zachowania dobrych stosunkow, ON powinien sie przelamac.

          Tu się już nie zgodzę. Powyżej pewnego stopnia determinacji drugiej strony
          wychodzi na to, że żadne ustępstwa poza bezwarunkową kapitulacją owej drugiej
          strony nie zadowolą. Dobre stosunki - tak, ale nie za wszelką cenę. Tutaj cena
          byłaby zbyt wysoka. Ale jeżeli będziecie dostatecznie stanowczy, to z czasem
          mogą się ułożyć jako poprawne (gwarancji nie daję, ale mojemu ojcu i bratu
          zadziałało).

          > Takie zycie. Czasem ustapienie w tak trywialnej sprawie moze zaprocentowac na
          > przyszlosc. To czysta dyplomacja.

          Sprawa nie jest trywialna. Dotyczy granic Waszego terytorium jako rodziny.
          Ostatnia chwila, żeby je wyznaczyć.

          > A moze, jesli on tak naprawde sie nie oswiadczyl

          OIR, ustaliliście, ze się pobierzecie? Wyznaczcie datę. I wtedy ewentualnie
          zaproście rodziców obu stron na kolację zaręczynową. Va banque, żadnych
          warunków wstępnych. Ja, Wasza dorosła córka, zamierzam wtedy i wtedy poślubić
          znanego Wam dorosłego czlowieka i z tej okazji mamy życzenie postawić wam obiad
          czy kolację w knajpie.
          Przyjdą - to znakomicie. Nie przyjdą - trudno.

          > Wykorzystaj ten czas na poprawe stosunkow w Twej rodzinie - a pretekstem, jak
          > pisalam, moze byc potrzebna "ich pomoc" w "poradzie sercowej". Moze to
          naiwne,

          Skrajnie naiwne, zważywszy, że:
          1) jak wyraźnie wspomniałaś, dobrej komunikacji z rodzicami nie miałaś nigdy,
          czy też od dawna
          2) sprawa jest do bólu konkretna, dotyczy kandydata nie akceptowanego przez
          rodziców. Ostatnią rzeczą, jaką by Ci można doradzić, jest w tej sytuacji
          rozmawianie z nimi o problemach z nim.
          • amalita Re: Tym razem się (częściowo) zgadzam 30.12.04, 10:08
            Panie Weasley,

            Ja wuiem, ze moja propozycja byla skrajnie naiwna, ale czasem wyciagniecie reki
            do "zatrwardzialych" rodzicow moze troche odblokowac sytuacje. Czym innym jest
            dyktowanie mlodym ludziom jaka maja kupic kanape, a czym innym jest krotka
            ceremonia ogloszenia zamiaru pobrania sie.

            Ja tez ustapilam mojej tesciowej (i narzeczonemu) w kwestii owego
            blogoslawienstwa. Kobieta byla szczesliwa, ja przez kilka minut "wylaczylam
            sie". Ale daleka jestem od pozwalania tesciowej ingerowania w nasze sprawy,
            mimo ze miala takie zakusy (mowienie mi, jak powinnam prasowac mu koszule i jej
            konsternacja, gdy oswiadczylam, ze tego nie robiesmile))

            Z tego co czytam, mlodzi mieszkaja z dala od rodzicow i sila rzeczy ich
            kontakty sa oslabione. Dlatego musza zbudowac wlasny swiat i czasem, dla dobra
            wlasnie Ani, ON powinien ustapic w kwestii chociazby tego pierscionka - bo to
            jest glownie ANI zyczenia. Przeciez to ona tego pragnie. jej rodzice rowniez,
            ale ONA glownie.

            I to jest naturalne, ze rodzice chce dla swoich dzieci jak najlepiej: uwazaja
            moze, ze chlopak nie szanuje kobity, jesli nie potrafi kupic jej drobiazgu i
            ladnie oswiadczyc swoje zamiary. I tyle. Czasem spojzmy na sprawe oczyma
            naszych rodzicow i tego, czego mysny chcieli dla naszych (w moim przypadku:
            przyszlych) dzieci. Majac corke, chcialabym, aby jej chlopiec i ona razem nas
            ladnie powiadomili o swoich zamiarach. Tez chcialabym, aby corka otrzymala ten
            pierscionek lub innym drobiazg (chyba ze by sama nie chciala), bo swiadczy on o
            tym, ze chlopak potrafi o niej pomyslec i chciec jej sprawic przyjemnosc.

            A Ania pragnie, aby jej rodzic emieli o nim dobre zdanie. Tu tez ja rozumiem,
            bo go kocha.
      • a_weasley Coraz weselej, re: może teraz w końcu ja 29.12.04, 17:29
        anna.agnieszka napisała:

        > premedytacja pominęłam pewne "elementy", które również wpływają na moją
        > percepcję całej sytuacji.

        A my musieliśmy się domyślać sad

        > Np. nie wspomniałam o stosunku rodziców Onego do
        > mnie. Stosunku, który jest dość specyficzny (w czasie wizyty w święta
        > niedoszły Teść zwracał się do Onego "poczestuj tą panią/twoją znajomą
        > czymś"). Ale to na marginesie.

        Na jakim marginesie? Sprawa jest zasadniczej wagi, ponieważ uderzająco
        przypomina to niektóre zachowania Twoich rodziców (acz, OIR, Twoi mieli tyle
        taktu, żeby tak nie tytułować Onego w jego obecności). WOlno zatem
        przypuszczać, że równie zimni i równie wobec syna apodyktyczni.
        A to znaczy, że jako para nie możecie emocjonalnie liczyć na rodziców żadnej ze
        stron. Czyli musicie za wszelką cenę stworzyć swój świat dla dwojga, o którego
        kształcie, ogólnie i w szczegółach, Wy będziecie decydować, nikt inny.
        A że rodziców będzie bolało? To ich problem. Nie Wy wobec zięcia/synowej
        zachowujecie się niżej krytyki.

        > Celowo też nie skupiałam się na Jego zachowaniach i słowach -

        A szkoda.

        > Wymyśliłam (tak, sama, Panie Wesley, bo On nie miał czasu myśleć o tym przed
        > świętami),

        A rozmawiałaś z nim o tym, czy marnowałaś czas na kombinacje "jak powiedzieć
        rodzicom"?
        Swoją drogą też nie miałbym ochoty kombinować, jak zrobić przyjemność ludziom,
        którzy tak się odnoszą do mnie jako kandydata na zięcia.

        > że moze mojej Mamie przynieść zamaist bukeitu - gwiazdę betlejemską
        > w doniczce - jako prezent świateczny, a Ojcu - szampana, którego moglibysmy
        > wspólnie wypić z okazji zbliżającego się Nowego Roku za pomyślność wszystkich
        > obecnych. I nawet tramowy tekst "oświadczenia" (nie - oświadczenia się!)
        > wyszedł mi dość ładny i miły dla ucha wszystkich stron.

        Czyli napisałaś scenariusz i martwiłaś się, czy cenzura go puści.

        > Wszystko było do
        > zaakceptowania. Poza ostatnim - 12 punktem mojej "listy przygotowań" - co mam
        > powiedzieć, kiedy On wyjdzie a Oni spytają - jak to było. Usłyszałam "powiedz
        > co chesz. A najlepiej prawdę - że się nie spytałem i nie dostałaś
        pierścionka".

        > A ja wiedziałam, że to będzie początek drogi przez mękę. A ponieważ nie mogę
        > sobie wyobrazić, że słuchałabym

        zamiast powiedzieć: "o tym nie będziemy rozmawiać", a gdyby nie dotarło -
        opuścić lokal

        > ostrej i miażdzącej krytyki pod adresem osoby, która kocham i na której
        dobrym imieniu mi zależy

        Mówiąc bez owijania w bawełnę: ponieważ myślę głównie o tym, co powie mama...

        > żeby Jemu oszczędzić uprzedzeń i pretensji ze strony moich Rodziców.
        > A Im - troski o to, czy wybrałam właściwą, szanujacą mnie i
        > potrafiącą cenić osobę.

        Jeżeli oni oceniają po takich elementach, to ich problem. Ty chcesz męża dla
        siebie i ojca dla Twoich dzieci, czy zięcia dla rodziców?

        > Może faktycznie - za bardzo mi zależy żeby innych zadowolic.

        Bingo.

        > Ale to nie kwestia uzależnienia

        A ktoś tak mówił?

        > to kwestia miłości do tych osób i pragnienia, zeby szanowali siebie
        wzajemnie.

        Z tego, co widzę, rodzice nie szanują Onego i tak. I na pewno nie zaczną od
        jednego konwencjonalnego gestu.

        > Gdybym więcej myslałą o sobie i umiała postawić twarde warunki - może bym
        > wyegzekwowała, to, czego bym pragnęła.

        Co Ci się należy jak psu zupa.

        > Ale czy naprawde byłabym szczęśliwa
        > zmuszając Ich wszystkich do postępowania wbrew sobie?

        W obronie własnej. To oni chcą zmusić kogoś do postępowania wbrew sobie. Masz
        prawo zmusić kogoś do postępowania wbrew sobie w Twojej sprawie, skoro ten ktoś
        zmusza osobę Tobie podobno najbliższą do postępowania w Waszej sprawie.
        No i - czy będziesz szczęśliwa z rodziną dyktującą Tobie i Twojemu mężowi, jak
        macie postępować w, było nie było, Waszych własnych sprawach? I co zrobisz,
        jeżeli jego rodzice, co jest bardzo prawdopodobne, kochają synka tak samo jak
        Twoi córeczkę?
        W sprawach tego, jak wychowujesz dzieci, też będziesz kłamać?
        • sol_bianca Re: Coraz weselej, re: może teraz w końcu ja 29.12.04, 19:18
          > A to znaczy, że jako para nie możecie emocjonalnie liczyć na rodziców żadnej ze
          >
          > stron. Czyli musicie za wszelką cenę stworzyć swój świat dla dwojga, o którego
          > kształcie, ogólnie i w szczegółach, Wy będziecie decydować, nikt inny.

          weasley, ty masz rację. W sensie ogólnym wink
          Problem w tym, że mi z tych strzępków historii anny.agnieszki wynika, że ona nie
          ma też wystarczającego oparcia w Onym. Nie mówię tu o niechęci do pierścionka
          czy oficjalnych zaręczyn, ale o chłodzie emocjonalnym z jego strony. Skoro dla
          niej cała sprawa jest taka istotna, to On mógłby wykazac jakiekolwiek
          zainteresowanie, a wyraźnie unika tematu. Jeżeli związek jest silny i pełne
          porozumienie, można występować "przeciwko całemu światu". Ale obawiam się, że
          ICH "świat dla dwojga" też nie jest taki różowy. Anna ma do Onego różne żale,
          może nie o wszystkich chce rozmawiać na forum, ale to się czuje. Przynajmniej ja
          tak czuję. Obym się myliła.
          • minerwamcg Re: Coraz weselej, było: może teraz w końcu ja 29.12.04, 20:51
            sol_bianca napisała:

            > weasley, ty masz rację. W sensie ogólnym wink
            > Problem w tym, że mi z tych strzępków historii anny.agnieszki wynika, że ona
            ni
            > e
            > ma też wystarczającego oparcia w Onym. Nie mówię tu o niechęci do pierścionka
            > czy oficjalnych zaręczyn, ale o chłodzie emocjonalnym z jego strony.

            I tu jest pies pogrzebany. Jeśli ślepy ślepego prowadzi, obaj w dół wpadną
            (Mat. 15:14). Może faktycznie trzeba się zastanowić, co dalej - czy jest sens
            ciągnąć związek, w którym nie znajdują tego, co człowiekowi jest dramatycznie
            potrzebne, czego nie otrzymują z domów rodzinnych i nie są w stanie dać sobie
            nawzajem. Stwarza to duże ryzyko, że będą niezaspokojone potrzeby emocjonalne
            zaspokajać w relacjach z osobami trzecimi.
            Problem nie w tym, czy On chce czy nie chce kupić pierścionka, lecz w tym, czy
            potrafią rozmawiać o tym, co go w życiu spotkało i sprawia, że nie chce się
            oficjalnie oświadczać czy kupować pierścionka. Albo są w stanie iść przez życie
            RAZEM, a nie tylko w tym samym kierunku, albo nie. Droga do zbadania tego, lub
            do wydobycia takich - może istniejących - możliwości nie prowadzi przez
            zmuszanie partnera do koncesji na rzecz przyszłych teściów.
            • anna.agnieszka los zadziałał za mnie 29.12.04, 22:22
              Dzisiaj wynikły pewne obiektywne okoliczności, które diametralnie zmieniły moje
              nastawienie do omawianej przez nas sprawy. W moim przypadku - to zmiana
              stanowiska w ramach mojej firmy - wymagająca intensywnych, wielomiesięcznych
              szkoleń i nauki (w tym m.in. 2 tygodniowego wyjazdu), wygrany bezpłatny egzamin
              na certyfikat językowy, jednak do zrealizowania tylko w sesji letniej. A u
              Onego - telefoniczne powiadomienie, że zostało mu 11 miesięcy na sfinalizowanie
              kolejnego stopnia naukowego - a przedtem napisanie kilku polsko- i
              obcojęzycznych publikacji, uczestnictwo w co najmniej 3-ch długich
              konferencjach w kraju i za granicą, zdanie egzaminów, niejedne konsultacje
              merytoryczne w stolicy oraz przede wszystkim - napisanie pracy. Do tego
              oczywiście zwyczajowe harowanie więcej, niż 40 h w tygodniu, w tym i w weekendy
              i poza naszym miastem. Czy musze dodawac, ze poza pracą oboje mamy roznego
              rodzaju dodatkowe doszkalające zajęcia wieczorowe?

              W ten napięty zawodowy harmonogram na 2005 nie sposób wkomponowac ani
              znalezienia wspolnego przyszłego mieszkania, ani jego remontu, urządzania,
              przeprowadzek, ani organizacji slubu i przyjecia. Do rozmowy o małżeństwie
              powrócimy pewnie w 3cim kwartale przyszłego roku z kalendarzami na sierpień
              2006 na kolanach. MOże do tego czasu zmądrzejemy (albo się definitywnie
              rozstaniemy).

              Najmądrzejsza rada, do której zamierzam się zastosowac jest taka - nic na siłę,
              dam mu czas na przemyślenie stanowiska i decyzje. I już nic nie będe sama
              inicjować. Niech teraz On ponosi portki w tym związku wink

              Ponieważ mam ograniczony dostęp do sieci i prawdopodobnie już nie bedę w tym
              roku miałą możliwości napisać do Was - życzę Wam radośniejszego,
              spokojniejszego, bardziej zdrowego, pełniejszego sukcesów w miłości i życiu
              zawodowym/szkolnym/studenckim - lepszego niż 2004 - roku 2005! A wszystkim
              przyszłym Małżonkom - obyscie doczekali Waszego wymarzonego dnia i oby przerósł
              On wasze wyobrażenia swoim pięknem i ogromem wzruszenia. Do siego roku!!!
              • amalita Re: los zadziałał za mnie 30.12.04, 10:24
                Ania,

                A moze to i dobrze?smile Moja babcia zawze mowila, ze nie ma tego zlego, coby na
                dobre nie wyszlo. Moze to jakis znak?
                Czyli masz kupe czasu do przemyslenia i poznasz nowych ludzi. I zycze Ci z
                calego serca, aby w tym Nowym Roku Twoje zycie uczuciowe sie wyprostowalo.

                Pozdrawiam serdecznie,
                Amalita
              • a_weasley Re: los zadziałał za mnie 30.12.04, 11:20
                anna.agnieszka napisała:

                > W ten napięty zawodowy harmonogram na 2005 nie sposób wkomponowac ani
                > znalezienia wspolnego przyszłego mieszkania, ani jego remontu, urządzania,
                > przeprowadzek, ani organizacji slubu i przyjecia.

                Tak wygląda, natomiast

                > Do rozmowy o małżeństwie powrócimy pewnie w 3cim kwartale przyszłego roku
                > z kalendarzami na sierpień 2006 na kolanach.

                czy znaczy, że ustaliliście datę ślubu z dokładnością do miesiąca? Jeśli tak,
                to ekstra, macie jakiś rok na powiedzenie tego rodzicom. Jeśli nie, to namawiam
                na jej ustalenie, zanim się zacznie ten cały młyn. Pomijając wszystko inne,
                łatwiej Wam będzie, jak będziecie mieli jedną niezalatwioną poważną sprawę
                mniej.
                Niezależnie - podtrzymuję to, co pisałem w poprzednim liście o innym od
                wymienionego na początku, rzeczywiście poważnym powodzie do zastanowienia się,
                co dalej.

                MOże do tego czasu zmądrzejemy (albo się definitywnie
                > rozstaniemy).
                • anna.agnieszka a propos daty 31.12.04, 15:55
                  Mielismy wybrany nie tylko miesiac, ale i dzien. 6 sierpnia 2005. A skoro
                  sprawa się przesuwa na 2006, to pewnie będzie to 7 sierpnia - bo ze wzgledu na
                  specyfikę pracy Onego odpadają inne umiarkowanie ciepłe miesiące z "R" -
                  czerwiec, wrzesień i październik. Może i sobotę wolną od pracy lub wyjazdów
                  służbowo-konferencyjnych by znalazł nawet w tych miesiącach, ale jeśli chcemy
                  pojechać w podróż poślubną (szumnie określone 2 tygodnie nad Bałtykiem), to
                  tylko sierpień wchodzi w gre. O ile dotrwamy razem - to podrzucę znowu swój
                  wątek na forum jesienią przyszłego roku wink
            • amalita Re: Coraz weselej, było: może teraz w końcu ja 30.12.04, 10:16
              Nie jest latwo opuscic mezczyzne, ktorego sie kocha, nawet jesli nas on rani...
              Bylam kiedys w takiej sytuacji. Rozstawalismy sie, wracalismy, hustwaka.
              Dopiero jak poznalam mego obecnego meza, i zakochalam sie szalenczo,
              zobaczylam, ze na tamtym mi nie zalezy i wlasciwie to bylo jakies fatalne
              zauroczeniesmile) I bez zalu powiedzialam mu, ze finito.
              • anna.agnieszka Wątek zakończony, a ja wciąż nie mogę się pozbyć o 09.01.05, 21:04
                Dzięki wszystkim za próby pociechy. Amalitko, jakoś teraz sobie nie mogę
                wyobrazić, jak mogłabym pokochać kogoś innego. Widać moja miłość zawsze
                będzie "wbrew" a nie "za coś". Ale twoja historia jest mimo wszystko
                optymistyczna. Może i ja mam jeszcze szansę, nawet jesli w to nie wierzę.

                Ponad dwa tygodnie minęły, a ja wciąż strasznie to przeżywam. Jak na najgorszą
                porażkę mojego zycia przystało.

                Tymczasem "On" żyje jakby tematu nigdy nie było ... i nie wraca w ogóle do
                naszych jeszcze niedawnych planów. Spłynęło po nim, jak po przysłowiowej
                kaczce. A ja wciąż zarywam noce.
                • amalita Re: Wątek zakończony, a ja wciąż nie mogę się poz 10.01.05, 09:44
                  Aniu,

                  Przestan o tym myslec. Wiem, ze latwo tak powiedziec, ale "nie ma tego zlego,
                  co by na dobre nie wyszlo". Zatem zyj dniem dzisiejszym i zobaczysz, co Ci
                  przyniesie jutro. Przestan naciskac, planowac, moze Twoja zmiana frontu i
                  nastroju zaintryguje Twego chlopaka do tego stopnia, ze zacznie sie
                  zastanawiac, czy aby nie jest na etapie, kiedy przegial przyslowiowa pale i
                  moze Cie utracic..... I wiem jedno: szczesliwi, weseli ludzie przyciagaja
                  innych do siebie - dlatego usmiechnij sie, baw sie, korzystaj z zycia -
                  malzenstwo nie jest naprawde wartoscia sama w sobie - a juz na pewno nie z
                  nieodpowiednim chlopakiem. Moze lepiej zyc z lekkoduchem w mniej formalnym
                  zwiazku? Zobaczysz, co Ci zycie przyniesie. Glowa do gory i swiat sie nie koczy
                  na nim. To trywialna rada, ale zacznij sie spotykac z innymi ludzmi. Nie
                  ograniczaj sie do niego.

                  Pozdrawiam serdecznie
    • Gość: Aga Re: jak TO powiedzieć IP: *.ols.vectranet.pl / 62.29.133.* 12.01.05, 14:37
      ten watek jest naprawde bardzo powazny,wielowarstwowy a nasza anna.agnieszka
      zniknela..oby Jej sie w koncu wszystko dobrze ulozylo...
      • anna.agnieszka do Agi 16.01.05, 12:51
        nie zniknęłam ... czytuję inne wątki, czasem wyrażę moją opinię ... ale mój
        jest nieaktualny - nie mam co pisać. Od dnia konfliktu o formę nie zamieniliśmy
        o tym ani słowa. Jak nożem uciął. Widać jemu się lżej zrobiło, ze nie musi
        niczego grać. I widać mu na tym wcale nie zależało, żeby się ze mną ożenić.

        A ja pogrążam się w smutku i depresji ... nie wiem co wybrać - odejść od Niego,
        mimo, że go kocham ale nasz związek-nie związek nie ma żadnych perspektyw i
        znowu wyleczyć złamane serce i znowu walczyć ze sobą, żeby zaufać komuś innemu;
        czy męczyć się dalej ze świadomością, że to za mało do szczęścia, ze kocham i
        jestem kochana, ze życie mi ucieka, że się starzeję, że tęsknię za normalnym,
        jednym, własnym domem (codziennie po pracy jadę gdzieś indziej - albo do
        rodizcow, albo do siebie, albo do niego), brakuje mi tego, by ostatnie słowo na
        dobranoc nie było wypowiadane przez telefon, by codziennie mnie miał kto
        przytulić, by spotykać się częściej, niż raz na 3-4 dni. W końcu- żeby mieć
        dziecko przed 30-ką.

        Kiedy o tym piszę, bolli jeszcze bardziej, niż kiedy o tym myślę. A boli
        bezustannie, mimo, że to już 4 tygodnie, kiedy moje marzenia się roztrzaskały.
        • Gość: Aga Re: do Agi IP: *.ols.vectranet.pl / 62.29.133.* 16.01.05, 14:23
          Anno.Agnieszko cos mi sie wydaje ze nie ma przy Tobie tej osoby ktora moglaby
          Ci pomoc ,porozmawiac tak szczerze face to face.Ale nie jestem tego pewna wiec
          nie osadzaj mnie ze uwazam Cie za jakas samotnice. Mam na mysli ze powinna byc
          teraz przy Tobie osoba ktora pomoze Ci odejsc z tego toksycznego zwiazku,wybacz
          ze tak pisze,nie watpie ze Go kochasz..
          ALE tak bardzo widac,i Ty tez o tym wiesz ze pragniesz czegos innego,nie
          oszukuj wlasnego sumienia,nie oszukuj Twojego pojecia szczescia,nie potrafisz
          znalezc swojego miejsca bo wciaz je szukasz..
          Jestem od Ciebie mlodsza mam 24 lata,ale naprawde wiele doswiadczylam i wielu
          ososbom pomoglam przestac sie siebie oszukiwac nie tylko w kategoriach damsko-
          meskich, nie uwazam sie za zadnego specjaliste,nie wiem czy sobie potrafialbym
          pomoc..
          ale spojrz na to z boku nie jak na siebie,ale gdybys patrzyla na obca Ci
          osobe..CZy nie doradzalabys jej sama skonczyc z tym wszsytkim i w koncu zaczac
          zyc,,
          nie patrz na innych...TY BADZ SZCZESLIWA...zycie jest dlugie,jak dlugo chcesz
          szukac drogi do tego czego pragniesz.A wiesz dobrze ze to co jest teraz dziala
          na Ciebie bardziej przygnebiajaco,,niz sam fakt ze teorecznie jestes z kims w
          zwiazku...
          masz 29 lat i boisz sie ze jak teraz odejdziesz i nawet jesli Ktos nowy sie
          pojawi na horyzoncie..to od nowa bedzie trzeba budowac wszystko od poczatku.

          Ale czy nie bierzesz pod uwage ze moze ten nowy Mezczyzna bedzie wlasnie tym
          Prawdziwym Facetem ktorego podswiadomie pragnelas i Wasze "spotykanie" nie
          bedzie trwalo 3 czy 4 lata jak jest w obecnym zwiazku,ale moze za 1,5 roku
          napiszesz tutaj..
          Kochani "Wychodze za maz..!"
          sumując..pozwol zaufac Swojej Intuicji a nie rozsądkowi!

          ps jezeli sie myle ..wybacz
Inne wątki na temat:

Nie masz jeszcze konta? Zarejestruj się


Nakarm Pajacyka