jak się niektórzy domyślili zarówno ja jak i mój narzeczony zapytaliśmy o to
samo na forum!(on raczej z przekory), u mnie wszyscy krzyknęli zgodnym
chórem...czyżby współczucie kobiet?obydwojga nas pytacie gdzie w tym wszystkim
jest miłość? otóż pisaliśmy tylko o złych rzeczach, które nas bolą
najbardziej, a miłość jest...ale wydaje się taka naturalna jak słońce, więc co
tu duzo pisać...dyskutowalismy przez wiele dni (i nocy)... i trudno jest
podjąć tak ważna decyzję w tak krótkim czasie...jedno jest pewne: KOCHAMY SIĘ!
bardzo! ale pytanie : na ile tej miłości starczy, czy damy sobie radę z
naszymi różnymi charakterami, potrzebami...czy jest wogóle sens życia z
człowiekiem tak innym, trudnym, czy nie lepiej znaleźć takiego
"bezproblemowego", ustępliwego...?obydwoje uważamy że nie, cieszylismy sie z
każdego rozwiązanego konfliktu, twierdząc że nas wzmacnia i utwardza
fundamenty pod przyszłe życie! skonfrontowaliśmy liczne wypowiedzi na forum i
okazało się że wcale nie jest tak jak to odbieraliśmy, poprostu często jest to
błędna interpretacja słów i zachowań! Uważaliśmy się za dar od Boga, że na
siebie trafiliśmy, wszystko mieliśmy pokonać...faktem jest że obydwoje mamy
trudne charaktery, ale ja potrafiłam ustępować...co może było błędem...
Dochodzę do wniosku ze ta sytuacja jest wynikiem zmian jakie zachodzą w moim
życiu, skończyłam studia, staż, powinnam szukać pracy - a nie wiem gdzie, jak,
co chcę robić, jak żyć, z kim ...???tysiąc pytań a do tego DEPRESJA! faktem
jest że ja super optymistka łapie czasem "spore" doły a raz na kilka(3) lat
depresję...i odrzucam wszystko i wszystkich....chyba tym razem skorzystam z
pomocy psychologa, może razem pójdziemy.. hmmmm mimo wszystko myślę że będzie
dobrze, nie podejmiemy żadnych decyzji narazie, czas pokaże, sytuacja się
rozwinie...wiem jedno- będę szczęśliwa!
odezwe sie tu jeszcze kiedyś

Pozdrawiam wszystkich!