Dodaj do ulubionych

Dzwięk - opowiadanie by Yaa

06.03.02, 10:15
Kochani.
Ponieważ dawno mnie nie było i nie męczyłem Was moimi fantazjami - w związku z
tym przekazuje następny dowód mojego znudzenia rzeczywistością.
Miłej lektury.

Dźwięk

Nagle coś zadzwoniło. Cóż może dzwonić na pustej, dzikiej plaży, zagubionej
między wysokimi klifami? Słońce chyliło się ku zachodowi, palmy zaczęły rzucać
dłuższy cień, mewy coraz niecierpliwiej muskały dziobami fale oceanu w
poszukiwaniu jedzenia.
Jednak coś niewątpliwie dzwoniło. Może to dzwony starego, drewnianego
kościółka? Ale on jest bardzo oddalony, jak na tutejsze warunki – stoi sobie na
drugim końcu wyspy. Poza tym o tej porze ksiądz – stary, poczciwy Padre o
spalonej słońcem twarzy i długich, przyprószonych siwizną włosach – siedzi w
ponurej i ciemnej, ale każdemu mężczyźnie bliskiej portowej tawernie. Popija
swoje ulubione młode wino, serwowane przez wiecznie uśmiechniętą, pulchną córkę
starego karczmarza i dyskutuje o najnowszych wiadomościach wyczytanych z
przedwczorajszej gazety, przywiezionej przez kogoś z kontynentu.
Skąd, zatem ten dźwięk? Owiec tu nikt nie pasie – trawa jest spalona niemal
wiecznie świecącym słońcem, które daje nieco wytchnienia właśnie teraz,
wieczorem.
Dzwonek był coraz bardziej słyszalny i uciążliwy. Nawet żółwie, śpiące,
zagrzebane w piasku plaży wystawiły swe głowy, zaniepokojone tym dźwiękiem.
Dzwonek znowu się powtórzył, głośniejszy i całkiem bliski. Poderwały się stada
kolibrów, zwykle odpoczywających po jedzeniu w krzakach okalających wydmy. Dwa
kraby, jak gdyby mogły słyszeć dźwięki, wygrzebały swoje małe, chitynowe
pancerzyki i ruszyły w stronę oceanu. Przyroda najwyraźniej źle i niechętnie
przyjmowała niespodziewany dźwięk, zupełnie nieznany na tej małej, zagubionej
na oceanie wysepce.
Kiedy dźwięk stał się nie do zniesienia, zareagował nawet mój kot. Było to
zupełnie nieoczekiwane, bo on – najleniwszy z leniwych kocurów, jakie
kiedykolwiek chodziły po Ziemi – nie reagował na nic. Kiedy ucinał sobie
popołudniową drzemkę, wtulony w moje nogi, nie przejmował się nawet tak
nieprzyjemnymi rzeczami jak mucha spacerująca mu po nosie albo poruszanie nóg
jego właściciela – czyli moich. Kot podniósł głowę i niezadowolony prychnął. W
tym jego prychnięciu można było wyczytać tyle irytacji i złości, że coś
przerywa mu jego ulubione zajęcie, że gdybym to ja był tym dzwonkiem,
natychmiast z wrażenia i strachu umilkłbym.
Dzwonek jednak nie milkł. Był bardzo głośny i niezwykle natarczywy. Nie można
było znieść tego dźwięku! Kot, co u niego zupełnie niezwykłe wstał, otrzepał
się i niespodziewanie szybko – jak na jego wagę a zwłaszcza jego lenistwo –
uciekł. Pewnie pobiegł do mojego starego domu na klifie, z którego rozciąga się
najpiękniejszy widok na świecie – w dzień cała paleta wszelkich odcieni
niebieskiego – od bladobłękitnego nieba w czerwcowe, upalne południe, przez
turkusową barwę oceanu aż po ciemny granat, gdy niebo pokryte jest
złowieszczymi chmurami i wiadomo, że za chwilę rozpęta się burza, gdy wiatr
zamiera na chwilę a przyroda milczy przerażona zbliżającym się, nieuchronnym
pokazem sił natury. W nocy czerń nieba, rozjaśniona złotą tarczą księżyca, a
właściwie dwóch księżyców – jednego na niebie a drugiego, bliźniaczo podobnego,
odbitego w nieprzeniknionej czerni oceanu.
Dzwonek przenikał wszystko. Wydawało się, że jestem w centrum tej makabrycznej
kakofonii hałasu, która ma na celu zniszczenie tego wspaniałego dobra, które
kochamy i którego nigdy nie doceniamy – ciszy. Powietrze stało się tylko
przewodnikiem dźwięku, nic ani ocean ani palmy ani piasek nie tłumiło tego
koszmarnego dzwonka. Stałem, porażony niewiarygodną siłą tej fali hałasu. Z
mojej sparaliżowanej tym dźwiękiem dłoni wypadł pędzel i poplamił płótno
rozstawionego na sztalugach obrazu, który przedstawiał świat moich marzeń.
Plama była koszmarna, a obraz był już niemal skończony i przygotowany na moją
sierpniową wystawę w Paryżu.
Kiedy pędzel wypadł mi z dłoni, odwróciłem się z wściekłością w poszukiwaniu
źródła tego dźwięku.

I dostrzegłem go.

Ten cholerny budzik wskazywał, że jestem spóźniony o kwadrans i dzwonił jak
szalony. Znowu trzeba będzie łamać wszystkie przepisy ruchu drogowego, aby
dojechać na pociąg o 6.27.


Yaa 22.02.2002r.





Obserwuj wątek
    • kropka. Re: Dzwięk - opowiadanie by Yaa 06.03.02, 19:10
      jeszcze, proszę :))
    • Gość: aard Do Yaa... IP: 195.117.14.* 07.03.02, 08:33
      Yaaaaaaaaaaa... pointa mnie rozbroiła...! To jest rewelacyjne! Ze wstępu
      wniosqję, że masz tego więcej i że zamieszczałeś już na forum. Możesz mi
      wskazać, jak do tego dotrzeć? Ewentualnie, gdybyś był tak miły:
      aard@poczta.gazeta.pl

      Oczywiście dopuszczam możliwość, że nie zgadzasz się, abym przechowywał to na
      twardym dysq dłużej niż 24 godziny;-))) Dlatego pytam: mogę sobie ściągnąć?

      Pozdrawiam i podziwiam,
      aard
      • geograf Re: Do Yaa... 07.03.02, 09:59
        gdzieś jeszcze był watek gdzie Yaaa opowiadał o rudowłosej pani dostrzeżonej w pociagu relacji Łódź-wa-wa, może saper pamięta i odnajdzie?
      • yaa Re: Do Yaa... 07.03.02, 11:22
        Cieszę się, że Wam się podobało.

        Opowiadanie pt. Ona jest w wątku:

        www.gazeta.pl/alfa/home.jsp
        dzial=0511&forum=LODZ&wid=1227885&aut=yaa&aid=1227885

        A najnowsze, powstałe przed chwilą pt. Miasto jeleni jest w wątku
        dotyczącym "Znaczenia jeleni w mieście". miłej lektury.
        Pozdrawiam
        Yaa
        • michal.ch Re: Do Yaa... 10.03.02, 18:31
          Może by tak publikacja na papierze? ;)
Inne wątki na temat:

Nie masz jeszcze konta? Zarejestruj się


Nakarm Pajacyka