Dodaj do ulubionych

Księżniczko !!!

IP: 203.101.85.* 13.09.04, 23:34
Chyba nic nie napiszę. Na razie ginę w otchłani po omacku szukając chociaż brzytwy.
Widzę w tabunie myśli Twoją dłoń chwytającą mnie przed upadkiem w przepaść, chociaż to ona przed chwilą mnie pchnęła. Ale i ona powoli znika wraz z Tobą.
A to dopiero początek. Końca.
Obserwuj wątek
    • blq facet jest frustrat. i uzywa OPERY 14.09.04, 13:15
      opery, takiej przegladarki.

      macie typy, co to za zbłąkana dusza?
      • yaa Re: facet jest frustrat. i uzywa OPERY 14.09.04, 14:42
        Opera nie opera, filharmonia nie filharmonia, balet nie balet. Trzeba pomóc
        biedakowi i rzucić mu koło ratunkowe z kawałkiem sznurka do snopowiązałek, żeby
        mógł wyleźć z przepaści na swoje. A ona niech przepada w odchłani bo w końcu
        baba z wozu niedaleko pada od jabłoni.
        Pozdrawiam
        Yaa
        • Gość: lidka Re: facet jest frustrat. i uzywa OPERY IP: *.vline.pl 14.09.04, 21:39
          Baba z wozu koniom lżej...to tak było.
          • h8red Re: facet jest frustrat. i uzywa OPERY 14.09.04, 21:57
            Gość portalu: lidka napisał(a):

            > Baba z wozu koniom lżej...to tak było.

            Nie da rady... konie przecież poszły w las.
            • zamek Re: facet jest frustrat. i uzywa OPERY 14.09.04, 22:05
              h8red napisał:

              > Nie da rady... konie przecież poszły w las.
              Za garami? Za lasami?
              • h8red Re: facet jest frustrat. i uzywa OPERY 14.09.04, 22:26
                zamek napisał:

                > Za garami? Za lasami?

                Nieee. Kupić drabinę po ciemku.
                • latajacy_rosomak Re: facet jest frustrat. i uzywa OPERY 14.09.04, 22:28
                  > Nieee. Kupić drabinę po ciemku.

                  Ciemko to widzę.
                  • Gość: blq Re: facet jest frustrat. i uzywa OPERY IP: *.internetdsl.tpnet.pl 15.09.04, 01:27
                    >
                    > Ciemko to widzę.
                    >

                    Historia żółtej ciemki... ciżemki?
                    Ciem, ćmów... ciapem, profesorze!
                    • zamek Re: facet jest frustrat. i uzywa OPERY 15.09.04, 09:30
                      Kto ciem wojuje, od ciemienia ginie.
                      • h8red Re: facet jest frustrat. i uzywa OPERY 15.09.04, 10:25
                        Gdzie ciemów sześć...
                        • mak_bis Re: facet jest frustrat. i uzywa OPERY 15.09.04, 14:48
                          ciem ciemowi ciemienia nie wykole...
          • wblodz41 Re: facet jest frustrat. i uzywa OPERY 15.09.04, 10:25
            Gość portalu: lidka napisał(a):

            > Baba z wozu koniom lżej...to tak było.

            Murzyn zrobił swoje, murzyn może odejść...tak jest?
        • aard Yaandydatura :-) /nodoubt 15.09.04, 10:39

      • aard Re: i uzywa OPERY 15.09.04, 10:38
        Tak, to go pogrąża.
    • ona_wie_kto Re: Księżniczko !!! 15.09.04, 19:45
      Miłość to nie pluszowy miś,ani kwiaty.
      To też nie diabeł rogaty,
      ani miłość, kiedy jedno płacze, a drugie po nim skacze...
      Miłość to żaden film w żadnym kinie, ani róże, ani całusy: małe, duże
      Ale miłość - kiedy jedno spada w dół - drugie ciągnie je ku górze.
    • keridwen bab 15.09.04, 23:09
      W pewnym miasteczku(nie tak dużym aby użyć słowa metropolia, ale i nie tak
      małym by zwać je zapyziałą mieścińą-ot, w miasteczku właśnie)był targ. Nie, nie
      targ niewolnic o hebanowych ciałach, krągłych kształtach i spojrzeniach
      skrzących iskry[przez co nierzadko te istne diablice nabywali lubieżni bogacze
      (do rozniecania palenisk rzecz jasna), skąd też wzięło się powiedzenie, że w
      starym piecu diaboł pali]. Nie targ niewolników nawet, o rozłożystych
      ramionach, grubych niczym u niedźwiedzi sybańskich i wejrzeniach zimnych, a
      wzgardliwych. Był to zwykły targ-targ jakich tysiące w tysiącach miasteczek(nie
      tak dużych aby użyć słowa metropolie, ale i nie tak małych by zwać je
      zapyziałymi mieścinami-ot, miasteczek właśnie). Żeby jeszcze można tam dostać
      jakieś wykwintne frykasy, cytrusy niespotykane, cenne sukna, lub chociaż
      fikuśne bibeloty, co często na targach podobnych się zdarza-nic z tych rzeczy.
      Jedyne co było do kupienia to ryby. W dodatku tylko rzeczne. A i te nieświeże.
      Jak więc widzicie, miłe dziatki, był to zwykły targ rybny, zresztą drugiej
      kategorii(oczywiście mogliśmy wyklarować to od razu, pomijając niezgrabne
      odniesienia do niedźwiedzi sybańskich, lecz cóż to za opowieść bez wzmianki o
      tychże, powiedzcie sami?). Zdarza się jednak tak, że i w gumnie błyskotkę
      znaleźć można, o czym przekonał się pewien miejscowy chłopek, wyciągając złoty
      kamyk z góry łajna[a było to tak: Srul Midasz, wędrowny kuglarz, zdołał
      przekonać naiwnego kmiotka, że wszystko, co zje przemienia się w złoto i takim
      właśnie bywa zwracane naturze(a przekonywujący to on był-niejedną dziewkę
      namówił do tego i owego; nawiasem mówiąc córkę kmiotka też). Zapytał przeto
      chłopa czy w zamian za gościnę woli dukata, czy wszystko to, co Srul zdoła
      oddać mateczce ziemi po tejże gościnie(nie omieszkał nadmienić, że im obfitsza
      wieczerza, tym hojniejsza kuglarska rzyć). Omamiony kmieć, łasy na spodziewany
      profit, wybrał drugie, a że szczwany Midasz pozostawił na wierzchu złoty kamyk
      (który naturalnie był fałszywy), bo jak każdy kuglarz w psotach przeróżnych się
      miłował, pozornie i wilk był syty i owca cała. Oczywiście dopóki okolicy nie
      obiegła wieść o Srulowym figlu. Stąd powiedzenie: nie wszystko złoto co się
      świeci]. Takoż i ten targ miał swoją błyskotkę, nie złotą może, ale z pewnością
      urokliwą. Błyskotka zwała się Francesca Ciccolini i była córką średniozamożnej
      mieszczki Ciccolini Antonii i(podobno)pewnego opata. W każdym razie o ojcu nie
      można powiedzieć nic pewnego. Francesca była śliczna. Jak na mieszczkę
      oczywiście. Młode rumiane lico, kasztanowe włosy i smukła kibić stanowią
      wystarczające przymioty by zachwycać się urodą każdej niewiasty. Francesca
      miała jednak coś jeszcze. Atrybut o jakim marzy niejedno dziewczę, a i,
      wierzajcie mi, niejeden młodzian także. Dość rzec, że proszalny Żyd(naturalnie
      nie mamy nic przeciwko Żydom-to nie ich wina, że są cwani, parchaci i śmierdzą
      śledziem z cebulą)za każdym razem gdy Ciccolina mijała go w miejskiej bramie
      głośno współczuł dziewce, sarkając że skoro jemu, niebożątku, Pan dał ciężkie
      brzemię, za jakie garb niewątpliwie uznać trzeba, to za cóż pokarał niewinną
      młódkę dwoma i to jeszcze nie na grzbiecie, a z przodu[wyjaśnić spieszymy: o
      ile żydowski garb był jedynie glinianą donicą, sprytnie ukrytą pod chałatem(o
      czym zresztą wszyscy miejscowi dobrze wiedzieli), to brzemię dziewczyny z
      donicami nie miało nic wspólnego, w co złośliwi(zazdrosne rówieśnice bądź
      młodzieńcy, którym droga Francesca tego i owego odmówiła)śmieli czasem
      powątpiewać(stąd porzekadło: cyce jak donice)]. A dodać jeszcze trzeba:
      Francesca ukończyła dopiero piętnaście wiosen. Nie dziwota przeto, że była
      atrakcją targu, który dla niej tylko ten i ów odwiedzał, licząc, iż a nuż
      akurat matka wyśle młodą córkę po ryby, co rzeczywiście często miało miejsce.
      Zdarzało się również, że przybywali tam niezliczeni opoje, co by dziewkę jaką
      obłapić, zelżyć kogoś, albo awanturę wzniecić. Ba, zdarzało się i tak, że
      opojami tymi bywali panowie chełpiący się swym rycerskim stanem, między jednym
      a drugim dzbanem piwa. Właśnie kimś takim jawił się Roch Lebiega, jak wieść
      niosła syn książęcy, tyle że z nieprawego łoża(mówiąc wprost-zmajstrowany z
      książęcą praczką, no ale zawszeć to krew błekitna, choćby mętna nieco, a
      powiadano też, że licho, ale jednak jaśnie pan o synalka dba i zginąć mu nie
      zezwoli). Gdy tylko pojawiał się na targu każdy mu ustępował, mając na
      względzie osobę księcia pana. Nawet pachołkowie z ratusza nie tykali zbira,
      choćby gwałtu jakiego się dopuścił. Tak i tym razem Lebiega(wprzódy wypiwszy
      tęgo)przechadzał się wśród kramów, rozmyślając kogo by tu wykpić, obić,
      względnie wychędożyć. A ruszał przy tym groźnie wąśiskami, brwi srożył i
      pobrzękiwał mieczem, tak że ludziska pokornie schodzili z drogi, unikając
      Lebiegowego wzroku. Wydawało się nawet, że już, już bez awantury obyć się może,
      ale-traf chciał-na targ wkroczyła miejska błyskotka, znana nam już Francesca
      Ciccolini. Ach, jak ona wyglądała. Włos lśniący, wzrok jasny, pierś falująca
      (ale jak, jak falująca! Zdało się, że lada moment rozerwie niewolące ją okowy
      sukni, niczym mityczny Samson kajdany, którymi do kolumny świątynnej przykuli
      go nienawistni Filistyni). Nie uszło to uwadze Rocha, bo i niczyjej uwadze ujść
      nie mogło. Nie zastanawiając się długo rycerzyk ułapił młodą piękność za to, za
      co chciało ją ułapić pół miasta, ale nikt-czy to przez ogładę wrodzoną, czy
      przez strach przed prawem surowym-nie śmiał. A Lebiega owszem, śmiał.
      -Słodkie grona dzieweczko, słodkie. Tylko jeszcze niedojrzałe he he... ale
      poczeka się, poczeka. Pokosztujem wtedy te delicyje, rycerz ci to obiecuje ha
      ha-awanturnik czknął chmielem wprost w twarzyczkę panny, ugniatając bezczelnie
      dumę Francesci. A raczej obie dumy.
      -Dzielni panowie! Pomocy kto w Boga wierzy!-wyrwało się strachliwie z ust
      zmieszanego dziewczęcia.
      Ale nikt spośród „dzielnych panów” nawet nie drgnął. Bali się tego postawnego
      drągala i jego wysoko postawionego ojczulka. Widząc to Lebiega zaśmiał się
      zwycięsko i puścił dziewicę, zamiarując odejść, ubawiony bezradnością
      mieszczan. Nie miało to jednak przyjść mu tak łatwo.
      -Poniżyłeś mnie przed całym miastem zbóju! Krwią za to zapłacisz!-krzyknęła
      niespodzianie czerwona ze sromoty Ciccolina.
      -Ahahahahaha-chwilowe zdziwienie Rocha ustąpiło miejsca wielkiej wesołości-A
      któż miałby tej krwi utoczyć? Ci tchórze naokoło? Zaręczam panieneczko-żaden z
      nich nie podniesie ręki na wielkiego Lebiegę.
      -Sama ci jej utoczę wieprzu!-oczy dziewczyny płonęły już nie wstydem, a
      nienawiścią-Jeśli nie dasz okazji do satysfakcji biorę całe miasto za świadków
      żeś lękliwszy niźli zając!
      -Heheheheheh ależ dam, dam. Liczę że później i panienka będzie równie hojna dla
      starego Rocha hehehehehe-zaśmiewało się chłopisko-Tylko gdzie i kiedy?
      Proponuję kuchnię, a jako oręż wybierz dziewko warząchew hehehehehe...
      -Gdzie? Gdzieee?! Tu i teraz na gołe klaty tchórzu!
      ...
      Spuśćmy zasłonę milczenia na późniejsze wydarzenia moi drodzy, ponieważ są tak
      krwawe i lubieżne zarazem, że moglibyśmy o nich opowiadać dopiero godzinę przed
      północą. Koniec końców całe miasto przekonało się naocznie: plotki o donicach
      to podłe insynuacje, nie mające absolutnie nic wspólnego z prawdą. A Rochowi
      Lebiedze niech ziemia lekką będzie.
      Może się komuś wydawać, że powiastka nasza to historia, za przeproszeniem,
      feministyczna, jak to się ładnie mówi wśród koleżanek Kingi Dunin. No bo
      przecież, było nie było, niewinne dziewczę pokazało obleśnemu warchołowi(a że
      przy tym zobaczyło całe miasto to już zupełnie inna sprawa). Jednak nie. Nie
      jest to rzecz feministyczna. To tylko bajka kochanieńcy. A czas już przestać
      bajać. I dlatego wróćmy do rzeczywistości drogie panie: warząchew w dłoń, do
      kuchni marsz! Prezentuj pierś! Lewa, prawa! Lewa, prawa!
      Strasznieśmy zgłodnie

Nie masz jeszcze konta? Zarejestruj się


Nakarm Pajacyka