big_news
15.11.05, 16:16
I znowuż nadeszła ta chwila, kiedy jestem sam. Rodzina się porozjeżdżała, jest
środek tygodnia więc znajomi są zajęci własnymi sprawami, w tv bryndza, filmów
nowych akurat nie mam, słowem nudy. Zajrzałem do lodówki. Nic w niej
specjalnego nie ma, ale zawsze coś się znajdzie. Wyciągnąłem więc z
chłodziarki następujące wiktuały:
1) masło rodem z Leader Price, termin ważności upłynął 12 października
2) śmietana 0,4l z tegoż samego dyskontu, termin przydatności jak wyżej
3) jaja, sztuk 6, wyprodukowane specjalnie dla Biedronki, rozbiłem, niezbyt
cuchnące
4) konfitura z truskawek, słój 0,9l, wyrób własny, ubiegłoroczny, ledwie
napoczęty, pleśni gołem okiem nie stwierdziłem (okulary +6 dioprii jak zwykle
gdzieś zawieruszyłem)
Do powyższych wygrzebałem z szafek kuchennych i dołączyłem na stół:
5) aromat rumowy, substancja po próbie wylania z buteleczki dziwnie rtęciopodobna
6) cukier wanilinowy, torebka szt. 1, wilgotny
7) budyń czekoladowy, również 1 torebka, kolor wewnątrz nieokreślony
8) mąka, wypełniona do połowy torba kilogramowa, sądząc po barwie jest to mąka
razowa, mam wrażenie, że się rusza, ale to pewnie złudzenie (w dlaszym ciągu
nie wiem gdzie podziałem okulary)
9) cukier, kiedyś pewnie kryształ, teraz, prawdopodobnie z powodu trzymania go
w szafce pod zlewozmywakiem, trafniej byłoby go nazwać melasą
10) kilogram (na oko) jabłek. To nie prawda, że lepsze ludzie wyrzucają. W
każdym razie do tarcia nie trzeba ich obierać. Więcej nawet. Nie trzeba ich
trzeć. Same się w ręku rozlatują
Wyciągnąłem mikser. Końcówki do ubijania z mocno zastygłym na nich karmelem.
Tak myślę, bo to coś jest ciemno-brązowe. Wyjąłem dwa duuuże półmiski. Do
jednego wrzuciłem masło, jaja (fajnie chlupnęły), mąkę (bez przesiewania, nie
mam rzeszota), melas. sorki, cukier oczywiście, aromat (chyba łamie mnie
grypa, bo słabo czuję ten zapach), niespecjalnie gęstą śmietanę (a ją, to
ciekawe, podobnie jak i masło czuję dość wyraźnie), to coś, co ma być
budyniem, dolałem do tego wszystkiego cukier wanilinowy. Wszystko razem bardzo
dokładnie zmiksowałem.
Do drugiego naczynia wpakowałem rozlasowane jabłuszka z ogonkami (ponoć to w
nich tkwi źródło męskiej siły) i konfiturę. Akurat kiedy łyżką wyciągałem ze
słoiką tą maź, to zsunęły mi się na nos z czubka głowy okulary. Wtedy to
zauważyłem, że 1/3 słoika wypełnia jakaś pajęczynka. Powąchałem, liznąłem,
tak: to pewnie jakiś szczep zdrowotnego antybiotyku. Jak znalazł w moim
pierwszym stadium choroby. Z ulgą pomyślałem, że ominie mnie wizyta u lekarza
rodzinnego i zakup drogich leków w aptece. Lekarstwo wypadkiem samo
wychodowało się w domu. Wymieszałem te dwa wiktuały.
Wyjąłem z piekarnika blachę, o rozmiarach 40x30cm. Wyłożyłem ją papierem...
toaletowym perfumowanym, bowiem ten do pieczenia akurat wyszedł. Od czego
jednak pomysłowość. Wylałem na ten różowiutki papier 2/3 zawartości pierwszego
półmiska. Na to dałem owocowy wkład. Przykryłem wszystko resztą ciasta.
Rozgrzałem piekarnik do 240 °C. Szybciej się upiecze przecież. Po co czekać
godzinę, gdy piekarnik ma temperaturę 180 °C, kiedy można to samo zrobić w pół
godziny. Nastawiłem minutnik. Zapaliłem fajeczkę i czekam. Nagle telefon.
Poszedłem do pokoju. To teściowa sprawdza jak się sprawuję pod nieobecność
żony. Ze szczegółami muszę Jej opowiadać cały harmonogram mojego dnia. Co do
minuty. Taka już jest szczegółowa. Z tej "miłej" pogawędki wyrwała mnie
najpierw syrena wozu strażackiego, a po chwili walenie do drzwi. Po omacku
dotarłem przez dłuższy niż zazwyczaj przedpokój, by te drzwi odewrzeć. Po
omacku, bo wypełniony był gęstym i czarnym dymem. Okazało się, że ów dym walił
nie tylko na kuchnię i przedpokój, ale przez uchylony w kuchennym oknie
lufcik także na podwórze. Usłużna sąsiadka sądząc, że w płomieniach stanęło
całe nasze mieszknia, wezwała dzielnych strażaków. Na szczęście to tylko
spaliło się ciasto. Na szczęście to chyba jednak za dużo powiedziane. Bo przez
wścibską teściową ominął mnie smaczny podwieczorek i niezgorsza kolacja. I jak
tu lubić matkę żony?