topjes
23.11.05, 19:20
Czasem pojawiało się narzekanie, że o Łodzi za granicą nie pisze się niemal
nic dobrego. Cieszy więc taki artykuł
biznes.onet.pl/13,1281784,prasa.html
Szanse na udział w rynku outsourcingu
(Financial Times/22.11.2005, godz. 18:40)
Polska, ze swoją liczną i wykształconą siłą roboczą oraz płacami utrzymującymi
się na niskim poziomie, ma duże szanse zdobyć należny jej udział w rynku
outsourcingu.
Ośrodki łączności z klientami i kooperantami – call centres, lokowanie firm i
przenoszenie usług poza granice kraju – offshoring, oraz otwieranie filii w
odległych miejscach to metody przypominające rozwiązania, z których na swojej
drodze rozwoju gospodarczego korzystają Indie. Sposoby te stają się jednak w
coraz większym stopniu ważne także dla Polski.
Choć Indie, które mają nisko płatną, lecz wykwalifikowaną siłę roboczą, i
gdzie znajomość języka angielskiego jest powszechna, były pierwszym celem
lokowania offshoringu, to w ciągu ostatnich trzech lat Polska i Europa
Środkowa zaczęły zdobywać dla siebie część udziału w tym rynku.
Tania telekomunikacja umożliwiła takim krajom, jak Indie i Filipiny
przechwycenie większości angielskojęzycznego rynku call centres. Jednak
dominacja ta zmniejszyła się na kolejnych etapach offshoringu, gdy coraz
większe znaczenie zaczęły zyskiwać bardziej skomplikowane usługi, jak
księgowość oraz prace badawcze i rozwojowe.
„Istnieje tendencja przenoszenia wielofunkcyjnych ośrodków usługowych do
Europy Środkowej. Jednak w Indiach angielski to jedyna opcja językowa. Poza
tym ludziom po pewnym czasie zaczyna przeszkadzać różnica czasu” – mówi Rafal
Krasnodębski, analityk w firmie Price Waterhouse Cooper.
Posługiwanie się innymi językami obcymi niż angielski – zwłaszcza niemieckim i
francuskim – usytuowanie w tej samej strefie czasowej co reszta Europy, niższe
stawki wynagrodzeń niż w Europie Zachodniej oraz 400 tys. studentów
wchodzących co roku na rynek pracy uczyniły z Polski atrakcyjne miejsce do
umieszczania w niej ośrodków obsługujących działalność firm w Europie.
„Przedsiębiorstwa otwierają centra, w których główny język to angielski, ale
używany jest jeszcze przynajmniej jeden inny” – mówi Michał Kwieciński, z
warszawskiego biura McKinsey’a.
Firma konsultingowa Datamonitor ocenia, że w Polsce istnieje ok. 770 ośrodków
łączności (call centres). Do 2008 roku ma ich być 1400. Znajdzie w nich
zatrudnienie ok. 50 tys. osób. Jednak rząd jest najbardziej zainteresowany
przyciągnięciem instytucji oferujących bardziej skomplikowane usługi,
przynoszących większą wartość dodaną. „Call centres nie powinny być mylone z
offshoringiem czy z inwestycjami w ośrodki usługowe, oferującymi o wiele
szerszą gamę możliwości” – mówi Andrzej Zdębski, prezes Polskiej Agencji
Informacji i Inwestycji Zagranicznych (PAIiIZ).
Jednym z pierwszych takich inwestorów był Citibank. Ma on ośrodek zawierania
transakcji europejskich niedaleko znajdującego się w trudnej sytuacji Olsztyna
w północno-wschodniej Polsce.
PAIiIZ ogłasza każdego miesiąca jedną lub dwie podobne inwestycje. „Główny
powód, dla którego wybraliśmy Polskę, to fakt, iż jest tu najlepsza proporcja
kosztów i jakości pracy” – wyjaśnia Paweł Pietruszewski, dyrektor
warszawskiego centrum rozliczeniowego koncernu kosmetycznego Avon. Centrum
rozpoczęło działalność w tym roku i ma przejąć wewnętrzne rozliczenia Avonu w
Europie, Afryce Północnej i na Bliskim Wschodzie.
Inne firmy też idą tym śladem. Koncern tytoniowy Philip Morris otwiera w
przyszłym roku w pobliżu Krakowa ośrodek zajmujący się finansami i
księgowością, który będzie zatrudniał ok. 450 osób. Holenderski koncern
elektroniczny Philips prowadzi swoją księgowość i rachunkowość w położonej w
środkowej Polsce Łodzi. General Electric (GE) zaś ustala tam ceny wszystkich
swoich towarów sprzedawanych w Europie.
Zagraniczne firmy umieszczają również w Polsce swoje ośrodki
badawczo-rozwojowe, przynoszące największą wartość dodaną. Na przykład IBM
otwiera koło Krakowa laboratorium zajmujące się oprogramowaniem, w którym
będzie pracować 200 osób. Producent części samochodowych Delphi także
uruchomił niedaleko Krakowa ośrodek badawczo-rozwojowy.
Większość polskich placówek tego rodzaju znajduje się w Warszawie, Łodzi,
Poznaniu, Krakowie i Wrocławiu. Wszystkie te miasta posiadają uniwersytety,
dużą liczbę wykwalifikowanych pracowników, lotniska z połączeniami do całej
Europy oraz kompetentne władze lokalne. Miasta bez tego rodzaju atrybutów mają
niewielkie szanse na przyciągnięcie offshoringowego biznesu.
Wysoki, sięgający 18 proc. wskaźnik bezrobocia również daje Polsce przewagę
nad Indiami – sprawia bowiem, że pracownicy nie są skłonni zwalniać się z
pracy. Krasnodębski mówi, że płynność kadr w offshoringowych ośrodkach w
Indiach może sięgać 60 proc., ponieważ dobrze wyszkoleni pracownicy szybko
zaczynają rozglądać się za lepiej płatnym zajęciem. Wydziały kadr muszą
pracować pełną parą, poszukując nowych pracowników.
Tymczasem w Polsce płynność kadr nie przekracza 3 proc. „Nie jest tu tak
tanio, jak w Indiach, ale ludzie często nie zdają sobie sprawy z wysokich
kosztów płynności kadr” – mówi Krasnodębski.
Ze względu na to, że nad Wisłą jest czterokrotnie więcej ludności niż w
rywalizujących z Polską Węgrzech i Czechach, nie brakuje tu nowych pracowników
dla ośrodków offshoringowych. Tymczasem inne kraje środkowoeuropejskie
zaczynają borykać się z problemem wyczerpywania się ich zasobów
wykwalifikowanej siły roboczej, co również wpływa negatywnie na ruch kadr.
Ponieważ offshoring uzależniony jest od technologii telekomunikacyjnej, która
w polskich miastach niewiele odbiega od normy europejskiej, niedostatki
infrastruktury, takie jak złe drogi i znikoma liczba autostrad, właściwie nie
odstraszają inwestorów. Władze zajmujące się promocją inwestycji nie działają
jednak w sposób tak skoordynowany, jak u rywali w regionie, którzy również
przyciągają poważne inwestycje offshoringowe.
Budząca postrach polska biurokracja oraz władze skarbowe z ich skłonnością do
zamykania podatników w więzieniach i doprowadzania przez pomyłkę do bankructw
ograniczyły zdolności Polski do współzawodnictwa ze Słowacją, Czechami i Węgrami.
Jednak nowy polski rząd zapowiedział, że będzie bardziej przyjazny dla
biznesu. Premier Kazimierz Marcinkiewicz obiecał, iż naczelnym priorytetem w
dziedzinie gospodarki stanie się „uproszczenie procedur i prawa dotyczącego
biznesu”.
Tacy potencjalni tani konkurenci, jak Rumunia i Ukraina uważani są za zbyt
niestabilnych, by firmy mogły umieszczać tam ważne inwestycje, jak ośrodki
rozliczeniowe i zajmujące się zawieraniem kontraktów.
Chociaż atut Polski, jakim dla Europy Zachodniej są utrzymujące się w tym
kraju niskie płace, będzie w ciągu najbliższych lat zanikał, to jednak
inwestorzy nie sądzą, by nastąpiło to szybko. „Obliczyliśmy, że poziom płac
będzie się zmieniać, ale przez najbliższe 10 lat nie na tyle, żeby nie warto
było inwestować” – mówi Pietruszewski.
Jan Cieński