Pustułka Piegowatka

28.05.03, 14:12
Pustułka Piegowatka
Wyobraź sobie miasto, w którym nie ma ulic tylko same podwórka. Ciągnące się
w nieskończoność szare czworoboczne dziedzińce z podłużnymi galeriami i
przerażająco ciemnymi schodami z nikąd do nikąd. Wszystko dość brune i
zaniedbane, ale pełne życia. Co oszczędniejsi mieszkańcy wchodzą do swych
siedzib przez okna, inni zadowalają się samotną futryną pośrodku pustej
ściany. Mieszkanko Pustułki Piegowatki mieści się na antresoli trzeciego
piętra - to znaczy wchodzi się doń po drabinie przez jedyne wysokie okno.
Nikt nie pamięta kto zbudował to miasto, nikomu też nie przyszło do głowy go
zburzyć. Większość lokatorów nie zajmuje się niczym konkretnym, nieliczni
udają się w sobie tylko znanym kierunku po odbiór zasiłku czy emerytury inni
tak jak Pustułka odwiedzają rodzinę i znajomych. Rodzina Pustułki czyli
ciocia Pustułki mieszka na drugim końcu miasta i dlatego jeśli ma ochotę
kogoś ugościć wysyła mu zaproszenie. Sęk w tym, że poczta dawno przestała
funkcjonować. Mieszkańcy radzą sobie z korespondencją wyrzucając ją poprostu
przez okno tak, by przechodnie mogli ją złapać i dostarczyć do adresata.
Najczęściej listy przenoszą gazeciarze. Nie wiadomo w jakim celu roznoszą
gazety - niektórzy mieszkańcy nawet je czytają, ale nie ma w nich wiele
treści poza sloganami z reklam nikomu niepotrzebnych produktów. Pustułka
Piegowatka robi z nich samoloty i puszcza z wiatrem na sąsiednie podwórko.
Robi to z przyzwyczajenia, bo dawno zapomniała już po co. Swoje dziwne
przezwisko zawdzięcza swojej cioci i sąsiadom. Pustułka wzieła się z atlasu
wymarłych gatunków z ciocinej biblioteczki a Piegowatka od piegowatej
parasolki. Pustułka nigdy się z nią nie rozstaje na wypadek deszczu, który i
tak prawie nie pada. Tym trudniej go przewidzieć i dlatego Pustułka nosi ją
bez względu na porę roku, o ile takowe istnieją. Oprócz parasolki nosi też
długi brązowy płaszczyk z takimże kołnierzem i szerokie spodnie zakrywające
buty. Pustułka ma też długie brązowe włosy upięte na czubku w coś na kształt
garbu, potem zebrane w kucyk i dalej puszczone gładko na plecy. Z przodu
grzywka i nierówne dłuższe kosmyki po bokach. Dalej wielkie brązowe oczy,
zadarty piegowaty nosek, małe usta z lekko wydętą dolną wargą i trójkątna
broda bez wyrazu. Twarz niebrzydka ale najczęściej znudzona i ponura.
Zwłaszcza gdy Pustułka siedzi skulona na progu swego jedynego okna i
zastanawia się czy warto sięgać po drabinę. W końcu i tak nic się nie
wydarzy...
-Chyba mam pustulnika-mruknęła nareszcie do spóźnionego roznosiciela mleka.
-Od dawna?-Zatroskał się srebrnosiwy staruszek-Jeśli od dawna, to nie
zazdroszczę... gorsze są tylko kitajce, nie sposób ich przepędzić. Mój
szwagier...
-Od wczoraj, zdaje się...-Pustułka nie była zbyt wylewna, ale za to inni
doskonale wiedzieli co chce powiedzieć
-Bezsenność nie jest taka zła, nie można tylko dać się zwariować. Odwagi
koleszanko!-Krzyknął na odchodne mleczarz i pobiegł dalej potrząsając
pojemnikiem na butelki.
I znów zapadła cisza. Pustułka ziewnęła, podniosła do góry ręce, przeciągnęła
się, wzruszyła ramionami by w końcu westchnąć. Nie wzbudziło to jednak
niczyjego zainteresowania, więc skuliła się po staremu i zaczęła się
wpatrywać w galerię naprzeciwko. Nikogo nie było. Dzień był upalny, ale w
głębi dziedzińca było dalej chłodno i wilgotno. Odwróciła się za siebie,
wyjęła Piegowatkę, otworzyła ją przed sobą, pokręciła chwilę, potem zamknęła
i schowała na miejsce.
-Zbiera się na deszcz?-szepnął chodowca kanarków za uchylonej kotary po
sąsiedzku.
-Nigdy nic nie wiadomo,sprawdzam czy działa... Chyba mam pustulnika...
-Oj, byleby się nie przeniósł do mnie-przestraszył się chodowca i szybko
schował się w głebi swojej dziupli. Pustułka znów została sama. Zaplotła
dłonie i przycisnęła je do brody. Zamknęła oczy. Wyobrażała sobie, że jest
już wieczór i że zaraz uda się na spoczynek. W jej sennym kąciku nie bedzie
żadnego pustulnika a ranek nigdy nie nadejdzie. Ale było wczesne
przedpołudnie, co prawda słońce świeciło z wysoka, ale do nocy było bardzo
daleko. Powietrze pachniało stęchlizną pobliskich schodów i przypalającą się
zupą żony handlarza truskawek.
-Za godzinę południe-Z zadumy wyrwał Pustułkę nieznajomy głos.
Pustułce nie chciało się odpowiedzieć. Kiwnęła tylko głową nie otwierając
oczu.
-Mogę zrobić tak,że za godzinę będzie północ
Otworzyła oczy. Przybysz miał duży zamszowy kapelusz podobny do melonika i
długi płaszcz podszyty mieniącą sie na czerwono podszewką. Odchyliwszy się
nieco do tyłu patrzył się na nią przekrzywiając głowę.
-Pan w sprawie?-Udała,że nie usłyszała ostatniego zdania. Wydawało się,że
musiała je źle zrozumieć albo się przesłyszeć. W sumie na jedno wychodzi.
-Zdaje się,że ma pani pustulnika. To znaczy chyba. Zdaje się to od wczoraj.-
Tu uśmiechnął się szelmowsko, ale nie złośliwie.
Nie odpowiedziała. Skąd mógł wiedzieć? Podsłuchał zapewne, ale skąd? Chwilę
przedtem na galerii nie było nikogo, nawet przelatującej muchy. Musiał
nadejść od strony schodów, dlaczego więc nie słyszała kroków? Przecież nie
przyleciał...
-Właściwie to niewiele pani się pomyliła. Zaiste przyleciałem, ale nie od
strony schodów - wręcz przeciwnie, od strony nieba.-Nieznajomy nie przestał
się uśmiechać.
Tu Pustułka zmarszczyła nos i zamrugała rzęsami. Potem chrząknęła, by dodać
sobie animuszu i udając,że nie słyszała tego, co powiedział - odezwała się
stanowczo:
-Jeśli to coś ważnego, słucham-powiedziała o wiele ciszej niż miała ochotę...
-To widzę, ale dlaczego tak milcząco? Mam dla pani zaproszenie na obiad od
niejakiej ciotki Florencji, a także pudełko wczorajszych mandarynek.
Skosztuje pani?
Odetchnęła z ulgą. Widać poranne ciężkie powietrze płatało jej figle i
słyszała zupełnie nie to co potrzeba. Ale skoro wróciły jej zmysły i wizyta
stała się bardziej sensowna nie musiała już niczemu się dziwić. Wyciągnęła
rękę w kierunku nieznajomego, ale ten nie kwapił się z oddaniem przesyłki.
-Pustulniki nie lubią odważnych, jeśli człowiek pzestanie się ich bać to same
odejdą-Schylił się, położył zawiniątko na posadzce, owrócił się i odleciał.
Dokładnie tak, odleciał - Pustułka jeszcze długo miała usta otwarte ze
ździwienia. Z daleka brzmiały gamy ćwiczonego fortepianu i wysiłki leciwej
śpiewaczki, która zawsze o tej porze zamęczała sąsiadów. Po nieznajomym nie
zostało nic prócz niespodziewanej przesyłki. Wyciągnęła drabinkę, zeszła
szybko na dół, chwyciła pudełko zawinięte w kraciastą serwetkę i szybko
wróciła na górę. W środku był rzeczywiście list od cioci i pudełko
mandarynek.
cdn.
    • neochuan Miss Jamnik, czyli... 28.05.03, 14:26
      ...równie długie, co ładne, równie maniakalno co depresyjne :))) Pozdr. surrd.
      Odchułłan z Neochułłani
    • aard Obiecanki-cacanki 30.05.03, 13:20
      lavinka napisała:

      > cdn.

      No i co?
      Bo ja czekam i czekam i czekam...
    • angolia Re: Pustułka Piegowatka 30.05.03, 13:36
      Też czekam.
      • lavinka Re: Pustułka Piegowatka 30.05.03, 14:58
        Pustulka poszła do ciotki no i się zagadały... ;-)

        lav
    • lavinka Pustułka Piegowatka (2) 03.06.03, 12:55
      ....W środku był rzeczywiście list od cioci i pudełko z mandarynkami.

      "Kochana Pustułko!
      Jak wiesz jestem niesłychanie zajęta, ale zawsze znajduję czas dla swej
      ulubionej siostrzenicy. Niedawno wpadła mi do głowy świetna myśl. Ciasteczka z
      bomboników w polewie lukrowej. Wyśmienite! Co Ty na to? Zapraszam na herbatę i
      podwieczorek najszybciej jak się da to znaczy najprędzej jak tylko możesz.
      Musisz też przymierzyć ten zielony sweter, który jest już prawie skończony, a
      także poczytać mój nowy nabytek:” poradnik zbuntowanego rolnika”. Doskonałe
      wydawnictwo. Co prawda niewiele wiem o hodowli kalarepy, ale chętnie się
      nauczę. Rozmawiałam nawet już o tym z sąsiadem, panem Teozjuszem, tym od
      gołębi. Powiada on, że dachy naszych przecudnych kamienic doskonale nadają się
      do uprawy roślin. Trzeba tylko nawieźć odpowiednią grubość ziemi po uprzednim
      wyłożeniu dachu folią. Jestem pełna energii i mam ochotę zarazić nią i Ciebie.
      Przyjdź koniecznie, nie chcę słyszeć żadnych wymówek. Nie zapomnij poczęstować
      mandarynkami swoich przemiłych sąsiadów.
      Całuski
      ciocia Florencja"

      Kto by pomyślał ciocia i kalarepa. Ale i tak zdarzyć się może. Pustułkę
      bardziej interesowały ciasteczka z bomboników i tresowany królik Maksencjusz
      niż sweter czy kalarepa, ale w końcu nie wszystko to co z pozoru zdaje się
      nieciekawe może okazać się takim naprawdę. Szkoda tylko, że dzień był taki nie
      spacerowy i senny. Wyglądało to tak jakby zbierało się na burzę. Postanowiła
      zejść na dół do handlarza zapałek i posłuchać radiowej prognozy pogody. Wiązało
      się to z przebyciem niezliczonej ilości wilgotnych stopni rozpadających się
      schodów. Podróż w absolutnych ciemnościach, wśród cieni bezszelestnie
      poruszających się kotów czy szczurów, nie należała do najprzyjemniejszych.
      Dlatego częściej mieszkańcy przemieszczali się z piętra na piętro za pomocą
      skleconych przez siebie sznurowych drabinek przytwierdzonych do brzegów
      galerii. Ten jednak kto bał się wysokości nie mógł poruszać się po nich bez
      obawy o swoje życie. Przez chwilę Pustułka zastanawiała się, którą drogę
      wybrać. Zazdrościła gołębiom skrzydeł. Westchnęła po raz kolejny i zeszła na
      galerię. Oparła się na piegowatce i zerknęła w kierunku studni na parterze. Z
      kranu kapało jak zwykle. Wreszcie odwróciła się i odważnie zwróciła się w
      kierunku schodów. Nie lubiła iść na łatwiznę. Poza tym tylko dzieci boją się
      ciemności. Trzeba tylko uważać, żeby się nie potknąć i nie sturlać się na dół.
      Podeszła do dużych ciemnych drzwi i uchyliła je nieco. Skrzypnęły. Otchłań
      wionęła kocimi odchodami i pleśniejącymi resztkami warzyw. Ścisnęła mocniej
      piegowatkę i obie z gęsią skórką na plecach ( o ile parasolki mają plecy)
      weszły nieśmiało do środka długiego, ciasnego korytarza. Drzwi nie zamknęły się
      za nią od razu, ale wahały się przez kilka sekund mrucząc coś pod nosem (o ile
      drzwi mają nosy). Szybko zorientowała się, że najbezpieczniej jest zamknąć oczy
      i poruszać się po omacku idąc wzdłuż ściany. Głośno szurała butami by
      odstraszyć gryzonie. Na palcach zostawały jej resztki odpryskującej farby
      niewiadomego koloru. Zatrzymała się w połowie nasłuchując. Na pewno nikt w tej
      chwili nie podróżował schodami, nie było słychać nawet miauknięć stałych
      bywalców. Ruszyła dalej śmielej, ale korytarz zdawał się nie mieć końca.
      Wyciągnęła przed siebie parasolkę tak by czubkiem dotknąć drzwi prowadzących na
      klatkę schodową. Nagle powietrze się zmieniło, poczuła na twarzy niemiły powiew
      ciągnącego z dołu powietrza. Znalazła się niespodziewanie na spoczniku krętych
      schodów, ktoś musiał wymontować drzwi. Pewnie posłużyły mu na podpałkę albo do
      budowy straganu. Z góry sączyło się światło z zapadniętego świetlika, starczało
      go na tyle aby móc odróżnić schody od reszty, ale nie na tyle by dostrzec
      poszczególne stopnie. Poruszając się dalej wzdłuż ściany szepnęła cicho:
      -To tylko dwa piętra, zleci ani się obejrzę-i zaczęła krok po kroku schodzić na
      dół. Schody były stare, ale masywne. Nawet nie skrzypiały. Ale w ciemnościach
      zdawały się być przeszkodą nie do przebycia. Liczyła: - pierwszy, drugi,
      trzeci... siódmy, ósmy...-miało być dwadzieścia i znów spocznik. Nie pomyliła
      się. Na czwartym stopniu piętro niżej coś futrzastego otarło się o jej nogi.
      Przykleiła się do barierki przy ścianie, tak jak mała dziewczynka przytula się
      do nóg swej mamy, gdy wita się z nią jakiś nieznajomy. Kot, miała nadzieję, że
      to był kot zniknął tak szybko jak się pojawił i Pustułka została sama. Jeszcze
      szesnaście schodów. Znów liczyła... - pięć, sześć, siedem... - przyśpieszyła,
      upragnione drzwi majaczyły w ciemności - jeszcze korytarz i znów znajdzie się
      na suchej, jasnej galerii. Starała się nie myśleć o tym, że musi pokonać tę
      drogę po raz drugi, wracając od ciotki. Teraz jej głowę zaprzątała tylko jedna
      myśl. Niech to się nareszcie skończy. Prawie wbiegła ze spocznika na korytarz,
      podobny do poprzedniego tylko jaśniejszy. Tym razem drzwi na galerię były
      oszklone. Dotarcie do niej zabrało moment. Czy korytarz był krótszy, czy tylko
      czas prędzej upłynął? Pustułka często zastanawiała się co decyduje o prędkości
      czasu i dlaczego to co nieprzyjemne zawsze trwa nieznośnie długo podczas gdy to
      co przyjemne kończy się zdecydowanie za szybko...
      Odrapane ściany pierwszego piętra zdały się być pałacem. Handlarz jak zwykle
      siedział pochylony nad stołem i pakował po dziewiętnaście zapałek do jednego
      pudełka. Mruczał przy tym do siebie chyba w takt muzyki, która dobiegała z
      trzeszczącego odbiornika. Nikt nie zastanawiał się kto prowadził audycje, z
      braku zegarów to właśnie radiową ramówką odmierzano czas. Jeśli zbliżało się
      południe to znak, że niedługo powinna zacząć się prognoza pogody na wieczór i
      jutrzejszy poranek. Pustułka weszła cicho i usiadła przy stole. Przywitali się
      spojrzeniami. Cały pokój pełen był zapałek. Oprócz tego we wszystkich kątach
      walały się stare deski, wióry i patyczki gotowe do zamoczenia w siarce. Jej
      zapach wdzierał się w nozdrza, nie sposób było wytrzymać. Pustułka nigdy nie
      mogła zrozumieć jak można pracować w takich warunkach. Dobrze, że praca ta
      przynosiła dochody - o wiele większe niż przy produkcji świec czy mydła - ale
      jakim kosztem? Kiedyś obiecała sobie, że znajdzie taki świat gdzie handlarz
      zapałek będzie mógł swobodnie oddychać. I gdzie nikt nie będzie potrzebował już
      ani świec, ani zapałek. Tylko co to za świat w którym nie ma miejsca ani na
      świece, ani na zapałki? Pewnie bardzo smutny...
      -Przyniosłam panu mandarynki-odezwała się przypominając sobie nagle o celu swej
      wizyty-Czy była już prognoza? Wybieram się do cioci i muszę wiedzieć czy będzie
      wieczorem deszcz...
      -Mchm...-Odpowiedział handlarz i sięgnął po kolejną porcję zapałek. Czekała
      cierpliwie, handlarz nie był przyzwyczajony do częstych odwiedzin i każda
      odpowiedź zajmowała mu dużo czasu
      -Dzieńdobry Piegowatko. Cieszę się, że przyszłaś-wykrztusił z siebie wreszcie i
      nie odrywając oczu od zapałek sięgnął po talerzyk.-Słodkie?
      -Tak, bardzo słodkie choć podobno wczorajsze-Ożywiła się Pustułka i obrała dwie
      mandarynki. Jedną dla siebie. W radiu skończyła się muzyka i monotonny głos
      obwieścił światu, że dzień upłynie spokojnie a opady przewiduje się dopiero w
      przyszłym tygodniu.
      -Nie dawaj wiary tym głupstwom Piegowatko, jeśli jest Ci pisane wracać do domu
      zmoknięta jak kura, to nawet najpogodniejsza prognoza od tego Cię nie uchroni.
      A parasolkę można zabrać dla towarzystwa, prawda?-handlarz uśmiechał się ciepło
      miętosząc w dłoni wczorajszą mandarynkę. Wyglądała dziwnie na tle brązowej
      kurtki. Tak, jakby była z innego świata. Właściwie to była z innego świata,
      nikt nie zdołał się dowiedzieć skąd pochodzą mandarynki. Pojawiały się na targu
      po prostu znikąd i nawet najstarsze przekupki nie umiały tego wytłumaczyć.
      Szkoda, że coraz rzadziej...
      cdn.
      • aard Tak ciepło, tak przyjemnie i z lekkim odchyłem 03.06.03, 13:44
        płata czołowego, o ile posty mają płaty czołowe.
        Czekamy na więcej, Pustułko, tfu! Lavinko :-)
        • lavinka będzie jeszcze o gargułce wylegującej się na radiu 03.06.03, 13:47
          nt ;-)
          lav
          • lavinka jeszcze nie ma. Robiłam konkurs nt ;-) 10.06.03, 13:48

Pełna wersja