med_max
24.06.03, 19:57
Wypad na Mazury jest jak tango, zawsze trwa za krótko i na długo pozostaje w
pamięci. Z żalem opuszczaliśmy pawiookie jeziora, te czterolistne koniczyny
wodnych przestrzeni otoczone bezkresnymi połaciami mgieł błotnistych. I mimo
że czesto chmurzyły się barwy a niebo co chwila gęstniało amatrantem i
fioletem, to było to! To była natura.
W Boże Ciało czterech ślusarzy otworzyło drzwi lasu w Piławkach /a żółte z
zielonych dębów sączyły się miody/. Niczym czterej jeźdźcy apokalipsy
przekroczyliśmy zielone bramy raju. Czasem tylko ciszę przerywał metaliczny
krzyk gęsi i dzwioniące klangorem klucze żurawi. Jedynie słuszny klucz, w
jedynie słusznej sprawie tworzą żurawie- kto to powiedział...
I płynęły te dźwięki jak ryby, akordy podniecające harmonią i dysonansem,
odbijane o kolejne ściany lasu.Śpiące wody usypiały nas swoim delikatnym
pluskiem. Słońce rozpinało tęczowe mosty, rywalizując z deszczem o palmę
pierszeństwa. Od brzegu do brzegu. Od wczoraj do zawsze. Od tęsknoty do
żalu...To było to czego oczekiwaliśmy.Powrót do pierwotnego odczuwania
pasterzy.To była natura, choć tak bardzo przypominała obraz.Barwy stworzone
przez światło słońca, deszcz i zamglone oczy. Leżeliśmy na trawie jak łaknące
powietrza wzdręgi / woda jaką piliśmy czyniłą nas pijanymi na powrót/,
paliliśmy papierosy i czekaliśmy aż natura powie ostatnie swoje słowo.Cisza
nabrzmiewała, lecz nic się nie stało.Każdy z nas rozmyślał z goryczą o
dekadencji, o tym jak zniszczyła go cywilizacja i jak zmuszały go
okoliczności do palenia, picia i całonocnego siedzenia. Na nic nam były
doktryny Jean jacques Rousseau. Woda, światło słoneczne i wiatr coś sprawiły
a nawet ważki coś uczyniły w tych mózgach pełnych numerów telefonicznych i
napięć, w tych ciałach które teraz wypacały "Wyborową".Milczeliśmy podczas
długiej drogi do domu- do egzystencji opuszczonej na kilka dni. Tango zawsze
trwa za krótko...