rak.48
12.06.09, 23:49
www.wiw.pl/wielcy/kwartalnik/DegaWiktor.asp
Fragment cz. I Wspomnienia prof. Wiktora Degi
[Planowana cz. 2 autobiografii nie została napisana; prof. Dega zmarł
w 1995 r.]
„ Następnego dnia cały nasz konwój ewakuacyjny wyruszył. Nie
wiedziałem, kto nim dowodzi, dokąd jedziemy. Nie obyło żadnych zebrań
oficerskich, żadnej informacji. Konwój stopniowo malał. W końcu nasza
mała grupa dotarła do Dobrzelina pod Żychlinem. Po drodze przyłączył
się do nas uciekinier z zajętego już przez Niemców terenu.
Przedstawił się jako ksiądz Sowiński i pozostał z nami do końca jako
kapelan, ku wielkiemu zadowoleniu rannych.
W Dobrzelinie ulokowaliśmy się w szopie i przygotowaliśmy ją jako
pomieszczenie szpitalne. Wkrótce dyrektor Grzybowski z dobrzelińskiej
cukrowni zostawił nam do dyspozycji pałacyk, który również
zamieniliśmy w szpital z salą operacyjną. W Dobrzelinie znaleźli się
prócz mnie Ludwik Błażek, chirurg z Inowrocławia, dr Leon Krzymiński
- ginekolog z Bydgoszczy i dr Stanisław Sroczyński - lekarz naczelny
uzdrowiska w Ciechocinku oraz inni, których nazwisk już nie pamiętam.
Specjalnym zadaniem dra Sroczyńskiego było słuchanie radia, które
znajdowało się w mieszkaniu dyr. Grzybowskiego. Codziennie mieliśmy
świeże informacje, co się dzieje w świecie, a przelotni uciekinierzy,
którzy przygodnie zatrzymywali się w Dobrzelinie, przynosili nam
przerażające wiadomości o tym, co się dzieje w Poznańskiem i na
Pomorzu.
W tym okresie rozpoczęły się walki w kotle kutnowskim i nad Bzurą.
Zalała nas natychmiast fala rannych, wśród których znaleźli się
również żołnierze niemieccy. Zaczęły się pojawiać trudności
aprowizacyjne. Z wielką pomocą przyszła nam miejscowa ludność. Dużą
trudność sprawiła nam ucieczka personelu pielęgniarskiego, zwłaszcza
wśród ochotniczych sanitariuszek. Czasami zgłaszały się pojedynczo
nowe, ale zatrzymywały się 2-3 dni i wędrowały dalej.
Sytuacja naszego szpitala w Dobrzelinie zmieniła się zasadniczo, gdy
pewnego dnia zgłosiła się grupa sióstr zakonnych, Elżbietanek, które
wraz przełożoną uciekły na wozie konnym z Poznania. Siostry
zaoferowały nam swą pomoc - szczególnie cenną, gdyż były obeznane z
pracą szpitalną. Musiały opuścić swój szpital w Poznaniu. Wśród nich
najcenniejszymi były siostry operacyjna oraz gospodarcza. Mając do
dyspozycji wóz z koniem, mogła objeżdżać sąsiedzkich gospodarzy.
Wkrótce chorzy nasi otrzymali pościel i bieliznę. Poprawiło się
wyżywienie. Obecność kwalifikowanych chirurgów, doświadczonej siostry
operacyjnej i fachowa pielęgnacja podniosły znacznie poziom pracy
szpitala. W szpitalu zapanował ład i porządek.
Szpital nasz w Dobrzelinie odwiedzali sporadycznie lekarze z pociągu
ewakuacyjnego, który wyruszył z Poznania i ugrzązł na torach
niedaleko Żychlina. Odwiedził nas doc. dr Jan Krotowski z Kliniki
Chirurgicznej. Zatrzymał się nawet kilka dni u nas. Nie mógł jednak
pogodzić się z improwizowanymi warunkami, w jakich pracowaliśmy jako
chirurdzy. Wyruszył więc dalej do Warszawy. Odwiedził nas także prof.
dr Antoni Jurasz, dyrektor Kliniki Chirurgicznej, promotor mej pracy
habilitacyjnej. Opuścił on swój pociąg ewakuacyjny i wrócił do niego.
Odwiedzali nas różni znajomi po drodze swej ucieczki.”.