Dodaj do ulubionych

Powstanie Warszawskie w oczach młodego Niemca

24.08.04, 10:29
serwisy.gazeta.pl/df/1,34467,2242556.html?as=1&ias=6
Obserwuj wątek
    • aqua Re: Powstanie Warszawskie w oczach młodego Niemca 24.08.04, 10:34
      Ciekawe, czy ten morderca w mundurze wehrmachtu stanął kiedyś przed sądem za
      popełnione zbrodnie.
      • bartoszcze Re: Powstanie Warszawskie w oczach młodego Niemca 24.08.04, 10:52
        Możesz wytłumaczyć, na czym polegały jego zbrodnie?
        Na tym, że przeżył on, a nie inni?
        • beobachter Niemcy mają mordowanie we krwi... 24.08.04, 11:09
          To, ze posiadają swoje państwo, to jakeś horrendalne nieporozumienie.

          Dla potomnych powklejam ten artukuł, póki go nie zarchiwizują.
        • beobachter Warschaukoller 24.08.04, 11:11
          WŁodzimierz Nowak, Angelika Kuźniak 23-08-2004 , ostatnia aktualizacja 22-08-
          2004 11:27

          W Warszawie stoczyłem 19 walk na noże i bagnety. W piwnicach. Piwnice to była
          druga Warszawa. Kiedy walczysz w piwnicy, jest cicho, nic nie widzisz. Byłem
          szybszy. Zabiłem tego Polaka. Warszawa to moje najstraszniejsze przeżycia

          Lato 1944. W gospodzie jedzą zupę fasolową, Mathi Schenk z Peterem, kolegą z
          wojska. Obaj w mundurach Wehrmachtu. Urwali się z koszar na miasto. Gadają o
          tym durniu Felsie i że wczoraj jakimś chłopakom znowu udało się zwiać z wojska.
          Mathi nie może uciekać, bo gestapo zagroziło, że wezmą jego ojca na front
          wschodni. Jest najmłodszy w 46. Brygadzie Szturmowej, wołają na niego Bubi.
          Niedawno skończył 18 lat. Stacjonują pod Bonn. Do brygady wzięli ich podstępem.
          Najpierw szukali chętnych do SS, potem ochotników do nowej brygady szturmowej.
          Nikt się nie zgłosił. To ogłosili, że potrzebują szoferów ciężarówek. Chłopacy
          się pchali. Każdy chciał pojeździć. Mathi był szczęśliwy, że się dostał. Dali
          im nowe mundury, okulary ochronne i przywieźli pod Bonn. Tu przywitał ich
          porucznik Fels: - Bezczelne świnie, co się tak wystroiliście jak cyrkowcy,
          zdjąć te okulary!

          O ciężarówkach nie było już mowy.

          Oberżysta podkręca radio. Mówią o Führerze, że był zamach, że chyba nie żyje. W
          gospodzie robi się cicho. Po ulicy jeżdżą żołnierze na motocyklach. Słychać
          rozkazy. Nagle sala pustoszeje. Jedzenie zostaje. Nikt nie płaci. Oberżysta
          chowa się za ladę. Mathi z kumplem uciekają tylnymi drzwiami.

          W koszarach zamieszanie, wyją syreny. - Czy Hitler nie żyje? - pyta jakiś
          żołnierz.

          - Zamknąć mordy! Nawet jeśli zostaliśmy całkiem sami, pozostaniemy wierni
          naszemu Führerowi. Kto się zawaha, będzie rozstrzelany! - wrzeszczy Fels.
          Ustawia warty wokół koszar, a żołnierze się podśmiewają, że przecież jeszcze
          broni nie mają.

          Karabiny i granaty dostali po kilku dniach. Gotowość. Grała orkiestra.
          Pomaszerowali na dworzec. Byli pewni, że jadą do Francji. Cieszyli się, bo tam
          łatwiej zwiać. Prowiant na dwa dni i pełno czerwonego wina w 20-litrowych
          kanach. Wagony otwarte, na podłodze siano. Wygodnie. Piją, śpiewają. Grają w
          karty. Ludzie na polach machają. Na postoju posłali Bubiego na tył pociągu,
          żeby załatwił następne 20 l wina. Pociąg był długi, kiedy ruszył, Bubi nie
          zdążył do swojego wagonu. Noc przesiedział na schodku między wagonami. Dlatego,
          jak o świcie wjechali między małe wioski, tylko on był trzeźwy. Od razu
          pomyślał, że to Polska, bo płasko, chaty pod strzechą. Znów zaczęło się picie.
          Było gorąco, 1 sierpnia. Leżeli na sianie i wsłuchiwali się w stukot kół. Nagle
          zobaczył, jak drewno z desek wagonu dziwnie odpryskuje. Krzyki, krew. - Ktoś do
          nas strzela! Pociąg zaczął się cofać. Ranni umierali, pijani się budzili. -
          Cholera, na ruski front nas wywieźli. Nawet dowódca kompanii się zataczał; był
          niezdolny do walki. Jakieś dzieci prosiły o chleb. Przez pola biegł żołnierz;
          miał podarty mundur, twarz umazaną krwią. - W Warszawie wybuchło powstanie! -
          krzyczał.
        • beobachter W "Bąkowie" i Ordynans kapitana 24.08.04, 11:12
          W "Bąkowie"

          Lato 2004. 1200 km z Warszawy do Büllingen, małej belgijskiej wioski przy
          granicy z Niemcami (po jednej stronie ulicy knajpa belgijska, po drugiej
          niemiecka). Okolica malownicza, wiatraki-elektrownie. Mathias Schenk mieszka w
          chatce po przodkach z żoną i najmłodszym synem. Chata kryta strzechą.
          Dziadkowie nazwali to miejsce "Bąkowem" od roju bąków, które gnieździły się w
          starym dębie.

          Nad kominkiem Matka Boska Częstochowska. Dar od polskich chłopów z Ochodzy,
          którzy w 1945 roku uratowali Mathiasowi życie.

          Pojechaliśmy do "Bąkowa", żeby wysłuchać relacji z Powstania Warszawskiego.
          Relacji drugiej strony.

          Opowiada 78-letni Belg Mathias Schenk, wtedy 18-letni Sturmpionier, (saper
          szturmowy - torował drogę esesmanom). Jego pociąg był ostatnim, który 1
          sierpnia wjechał do powstańczej Warszawy.

          - Tego się nie da tak opowiedzieć... - krzywi się staruszek. - Jak się pali
          ciała, to one się poruszają. Słychać odgłosy, jakby jęki. Wtedy myślałem, że
          oni naprawdę jeszcze żyją. I te muchy, robaki. Ilu ludzi zostało zabitych w
          Warszawie? Chyba ze 350 tys. Tak?

          Ordynans kapitana

          - Od dziecka chciałem zostać weterynarzem. Mieliśmy gospodarstwo. Kiedy w 1940
          roku niemieckie wojsko pojawiło się w naszej wiosce, miałem

          14 lat. (Region Eupen-Malmedy to dzisiaj Belgia niemieckojęzyczna. Jako teren
          przygraniczny przechodził z rąk do rąk, w 1919 roku został przyznany Belgii
          traktatem wersalskim. Hitler po zajęciu Belgii traktował te tereny jak część
          Rzeszy). Niektórzy sąsiedzi zaczęli się witać "Heil Hitler!". U nas mówiło się
          po staremu "Guten Tag". Patrzyli na nas jak na zdrajców, bo nie wywiesiliśmy w
          oknach swastyk. Naziści pytali ojca, dlaczego nie jestem w Hitlerjugend.
          Przesłuchiwali rodziców, bo dwaj moi bracia uciekli w głąb Belgii. Było
          gestapo, mnie też pytali o braci. Trzeci brat ukrywał się w okolicy. Złapali
          go. Wrócił z frontu rosyjskiego ciężko ranny.

          Najlepszym moim przyjacielem był kuzyn Daniel, uzdolniony majsterkowicz. Zrobił
          nawet potajemnie radio. Skrzynka odbierała tylko BBC. Na słuchaniu audycji
          przyłapali nas ojcowie. Dali lanie i rozbili skrzynkę.

          Daniela powołali do Wehrmachtu. Został radiotelegrafistą; poległ na Krymie.

          Od dziecka znałem drogę przez zieloną granicę. Pomagaliśmy uciekać do Belgii
          Żydom z Niemiec, szmuglowaliśmy jedzenie. Ostatni raz szedłem przez nią na
          Wielkanoc 1944, już w niemieckim mundurze. Złapali mnie, ale miałem szczęście,
          bo służbę pełnił pan Furt, szewc z Losheim. Przed wojną szył nam buty. Pozwolił
          uciec.

          Wezwanie do obowiązkowej pracy dla Rzeszy dostałem w październiku 1943 roku.
          Pierwsze Boże Narodzenie poza domem. Przepustek nie było. W dwudziestu
          przeskoczyliśmy płot i poszliśmy na pasterkę. Za karę musieliśmy opróżniać
          latryny, biegać po kupie gnoju i śpiewać kolędy.

          Pół roku później wzięli mnie do wojska; specjalność saper. Część chłopaków
          zwiała. Ja nie mogłem, bo moja rodzina była już na cenzurowanym i grozili, że
          wyślą ojca na front wschodni. Na szkoleniu saperskim nie cierpiałem ćwiczeń
          wodniackich. Pływać się nie nauczyłem, bo kapitan wziął mnie na ordynansa.
        • beobachter Świnie 24.08.04, 11:13
          Kombinowałem jak mogłem, żeby wyrwać się na parę dni do domu. Kiedy szef
          kompanii zapytał, kto ma w domu dość kur, żeby przywieźć sto jaj na śniadanie
          wielkanocne, skłamałem i dostałem cztery dni urlopu. Zbierałem jaja po
          sąsiadach. W wiosce złapali akurat rosyjskiego jeńca, który uciekł z obozu.
          Pędzili go bosego ulicą, ludzie go okładali. Wtedy obowiązywała już instrukcja,
          jak traktować podludzi. Moja mama dała nieszczęśnikowi parę butów i masło.
          Sąsiedzi donieśli i nie dostaliśmy kartek na buty i masło.

          Kiedy wracałem do wojska, matka dała mi różaniec z czarnych paciorków.

          Gdzie byliście, świnie?!

          - Wkraczaliśmy do Warszawy po kocich łbach. Polacy strzelali, ale nie było ich
          widać. Na domach białe flagi. Skoczyłem przez wybite okno. Na schodach leżeli
          mężczyzna i kobieta zabici strzałem w czoło.

          Szturmowaliśmy kolejne domy, wszędzie cywile, kobiety, dzieci. Wszyscy z dziurą
          w głowie. Dotarliśmy do koszar SS. Druga kompania, która przyjechała
          ciężarówkami, źle skręciła i trafiła wprost pod polskie pozycje. Kilka
          ciężarówek płonęło, żołnierze uciekali. Wielu biegło pod lufy Polaków. Sierżant
          upadł kilka metrów ode mnie.

          Następnego dnia mieliśmy zdobyć jakąś drogę. Szliśmy przez ogródki działkowe.
          Nasz dowódca porucznik Fels gnał nas na przód. Trzeba było wysadzić drzwi domu,
          z którego strzelali najbardziej. Wrzuciliśmy granaty i wskoczyliśmy do środka.
          Otoczyli nas Polacy, krótka walka na noże i ucieczka w krzaki. Czterech z
          naszego wagonu zginęło. Fels znowu gnał nas do ataku, ale Polacy siedzieli
          dobrze ukryci. Nie mogliśmy się wycofać, bo z tyłu też strzelali. Całą noc
          siedzieliśmy w ogródkach jak spłoszone zwierzęta. Chciało mi się pić. Znalazłem
          pomidory. Polacy ciągle nas ostrzeliwali. Następnego dnia pod wieczór przyszła
          na pomoc piechota, ale nie posunęliśmy się naprzód. Potem nadciągnął oddział
          SS. Dziwnie wyglądali, nie nosili dystynkcji, cuchnęli wódką. Zaatakowali z
          marszu, "Hurraa!" i ginęli tuzinami. Ich dowódca w czarnym skórzanym płaszczu
          szalał z tyłu, pędząc następnych do ataku. Przyjechał czołg. Pobiegliśmy za nim
          z esesmanami. Kilka metrów przed budynkami czołg został trafiony. Wybuchł,
          czapka żołnierza poleciała wysoko w powietrze. Znowu uciekliśmy. Drugi czołg
          wahał się. My osłanialiśmy przód, a esesmani wypędzali z okolicznych domów
          cywilów i obstawiali nimi czołg, kazali siadać na pancerzu. Pierwszy raz
          widziałem coś takiego. Pędzili Polkę w długim płaszczu; tuliła małą
          dziewczynkę. Ludzie ściśnięci na czołgu pomagali jej wejść. Ktoś wziął
          dziewczynkę. Kiedy oddawał ją matce, czołg ruszył. Mała wysunęła się matce z
          rąk. Spadła pod gąsienice. Kobieta krzyczała. Jeden z esesmanów skrzywił się i
          strzelił jej w głowę. Pojechali dalej. Tych, co próbowali uciekać, esesmani
          zabijali.

          Atak się udał. Polacy cofali się. Biegliśmy za nimi. Za nami z piwnic
          wychodzili ludzie z podniesionymi rękami. "Niś partizani!" (nie jesteśmy
          partyzantami), krzyczeli. Nie widziałem, co się tam dzieje, bo ostrzeliwaliśmy
          się z Polakami, ale słyszałem, jak ten esesman w skórzanym płaszczu krzyczał do
          swoich ludzi, żeby zabijali wszystkich. Kobiety i dzieci też.

          Wpadliśmy za Polakami do jakiegoś domu. Było nas trzech. My na parterze, Polacy
          atakowali z pięter i piwnicy. Całą noc paliliśmy w pokoju różne sprzęty, żeby
          trochę widzieć. Co chwila walczyliśmy na bagnety. O świcie zobaczyłem, że
          zostaliśmy we dwóch, trzeci kolega leżał z poderżniętym gardłem. W każdym
          pokoju były ciała. Z dachu domu naprzeciwko strzelał snajper. Trafiliśmy go,
          zwalił się i zahaczył nogą o belki. Wisiał z głową w dół. Żył jeszcze długo.

          Kiedy wracaliśmy, na ulicach leżały ciała Polaków. Nie było miejsca, trzeba
          było iść po zwłokach; w tej gorączce szybko się rozkładały. Słońce zasłaniał
          kurz i gęsty dym. Mnóstwo robaków i much. Byliśmy usmarowani krwią, mundury się
          lepiły. Przywitał nas porucznik Fels, głupi fanatyk: "Gdzie byliście, bezczelne
          świnie?!". Chwalił SS za dobrą robotę. Nic nie mogłem zjeść, wymiotowaliśmy.
        • beobachter Rzeźnik 24.08.04, 11:14
          Mówiliśmy o nim "rzeźnik"

          W koszarach Bubi usłyszał, że ten wielki esesman w czarnym płaszczu to Oskar
          Dirlewanger, a jego ludzie to kryminaliści wyciągnięci z więzień. Więcej
          o "towarzyszach broni" dowiedział się dopiero po wojnie.

          W 1940 roku za zgodą Himmlera Dirlewanger powyciągał z więzień kłusowników,
          bo "posiadali zadziwiającą sprawność strzelecką" i umieli robić pułapki. Sam
          Dirlewanger, doktor nauk politycznych, od 1923 roku członek NSDAP, też już
          siedział w więzieniu. Za napastowanie nieletnich.

          Szkolili się w obozie Oranienburgu. Wsławili się okrutnymi pacyfikacjami na
          Lubelszczyźnie i Białorusi. Straty jednostki uzupełniano nowymi kryminalistami,
          często z wyrokami śmierci, i esesmanami z karnych jednostek. Latem 1944
          awansowali do brygady.

          5 sierpnia Himmler rzucił ich do tłumienia Powstania w Warszawie.

          SS-Sturmbrigade "Dirlewanger" atakowała od strony Wolskiej i Towarowej,
          pacyfikowała Starówkę, Powiśle, Górny Czerniaków i Śródmieście. Za tłumienie
          Powstania już w połowie sierpnia Dirlewanger dostał awans na SS-Oberführera, a
          pod koniec września odznaczono go Krzyżem Rycerskim Orderu Żelaznego Krzyża.

          - Wtedy w piwnicach Warszawy mówiliśmy o nim "rzeźnik". Ale po cichu, bo u
          Dirlewangera droga na sznur była krótka. Miał zwyczaj wieszania co czwartek,
          Polaków albo swoich, za byle co. Często sam odkopywał wieszanym stołki.

          W restauracji stary Schenk siada w kącie, zawsze plecami do ściany.

          - Głupi zwyczaj - uśmiecha się - też pamiątka z Powstania.

          - Po paru dniach walk zostaliśmy przydzieleni do Dirlewangera, po trzech
          saperów szturmowych na każdy pluton SS. Mieliśmy torować esesmanom drogę,
          wysadzać przeszkody i drzwi. Wskakiwaliśmy do domów i wypędzaliśmy z nich
          ludzi. Podlegaliśmy Felsowi, ale w walce wykonywaliśmy rozkazy
          dirlewangerowców.

          Zawsze na przodzie. Podbiec, założyć ładunek i po detonacji wskoczyć do
          budynku. Za nami szła horda Dirlewangera. Wyglądali jak lumpy; mundury brudne,
          podarte, nie wszyscy mieli broń, brali zabitym. Rano dostawali wódkę. My,
          saperzy, też. Piło się na pusty żołądek, przed atakiem się nie je. Jak trafią w
          pusty brzuch, to się może wyliżesz, jak w pełny, to zdychasz w bólach.

          Dirlewanger szedł z tyłu, czasem jechał w czołgu, zawsze dobrze osłaniany.
          Pędził swoich. Tym, którzy się ociągali, strzelał w plecy.

        • beobachter Pielęgniarka z małą białą flagą 24.08.04, 11:15
          Pielęgniarka z małą białą flagą

          - Do zwykłych drzwi od kamienic i domów wystarczył duży łom. Pod te mocniejsze
          podkładaliśmy ładunek wybuchowy albo wiązankę z trzech granatów. Ciężkie
          podwójne drzwi Pałacu Biskupiego wyleciały w dwie strony. W środku wszystko
          było purpurowe. W jadalni stało jedzenie na stole. Jeszcze ciepłe. Nie
          spróbowaliśmy, baliśmy się, że zatrute.

          Trzeba wiedzieć, gdzie podłożyć ładunek. Z boku, na środku. To zależy od tego,
          w którą stronę mają wylecieć drzwi. I wszystko jak najciszej, bo Polacy za
          drzwiami słuchali i strzelali. Więc jak się zakładało ładunek z lewej albo na
          środku, to się najpierw skrobało drzwi z prawej strony, żeby zmylić Polaków.

          Podkładałem ładunek pod duże drzwi, gdzieś na Starym Mieście. Usłyszeliśmy ze
          środka: "Nicht schießen! Nicht schießen!" (Nie strzelać). W drzwiach stanęła
          pielęgniarka z małą białą flagą. Weszliśmy do środka z nastawionymi bagnetami.
          Ogromna hala z łóżkami i materacami na podłodze. Wszędzie ranni. Oprócz Polaków
          leżeli tam ciężko ranni Niemcy. Prosili, żeby nie zabijać Polaków. Polski
          oficer, lekarz i 15 polskich sióstr Czerwonego Krzyża oddało nam lazaret. Ale
          za nami biegli już dirlewangerowcy. Zdążyłem wepchnąć jedną z sióstr za drzwi i
          zakluczyć. Słyszałem po wojnie, że przeżyła. Esesmani rozstrzelali wszystkich
          rannych. Rozwalali im głowy kolbami. Niemieccy ranni krzyczeli i płakali. Potem
          dirlewangerowcy rzucili się na siostry, zdzierali z nich ubrania. Nas wypędzili
          na wartę. Słychać było krzyki kobiet. Wieczorem na Adolf Hitler Platz był
          wrzask jak na walkach bokserskich. Wdrapaliśmy się z kolegą po gruzach, żeby
          zobaczyć, co się dzieje. Żołnierze wszystkich formacji: Wehrmacht, SS, kozacy
          od Kamińskiego, chłopcy z Hitlerjugend; gwizdy, nawoływania. Dirlewanger stał
          ze swoimi ludźmi i się śmiał. Przez plac pędzili pielęgniarki z tego lazaretu,
          nagie, z rękami na głowie. Po nogach ciekła im krew. Za nimi ciągnęli lekarza z
          pętlą na szyi. Miał na sobie kawałek szmaty, czerwonej, może od krwi, i
          kolczastą koronę na głowie. Szli pod szubienicę, na której kołysało się już
          kilka ciał. Kiedy wieszali jedną z sióstr, Dirlewanger odkopnął jej cegły spod
          nóg. Nie mogłem na to patrzeć. Pobiegliśmy z kolegą do kwatery, ale na ulicach
          kozacy Kamińskiego pędzili cywilów. Mówiliśmy na nich Hiwis - od Hilfswillige
          (ochotnicy, chętni do pomocy). Obok upadła Polka w ciąży. Jeden z Hiwis
          zawrócił i zdzielił ją pejczem. Próbowała uciekać na czworaka. Stratowali ją
          końmi.

          Polacy śpiewali coś skocznego

          - Spaliśmy w piwnicach. Na kwaterze między kolejnymi szturmami piło się dużo
          wódki, gadało. "Może jutro mnie postrzelą - mówiliśmy - i wrócę do domu".

          Mieliśmy koszmary, krzyczałem przez sen. Wtedy towarzysze cucili mnie zimną
          wodą. "Bubi, du hast den Warschaukoller" (Bubi, masz warszawski szał) - mówili.

          Spaliśmy w ubraniach, ciągle alarmy; "Raus! Raus!" - wrzeszczał Fels. Nieraz
          gdzieś przez ścianę słychać było Polaków. Raz nawet śpiewali coś skocznego.
          Czasem sobie popłakałem. Bo jak szturmujesz, to strachu nie ma, ale na kwaterze
          się trzęsiesz. Piliśmy.

          Komando wniebowstąpienia

          - Wysadziliśmy mur, który zasłaniał duże podwórze. SS chciało szturmować
          budynki naprzeciwko. Kiedy kolega walił łomem w drzwi, zobaczyłem po lewej
          Polaka. Pociągnąłem kolegów w dziurę w ścianie, ale obaj już dostali. Jeden
          cały magazynek, drugi w płuco, kula odbiła się od nieśmiertelnika. Kiedy
          oddychał, z ust wypływała krew. Dziurę w płucach zatkałem mu ziemią. Leżałem z
          martwym i rannym, przycisnąłem się do muru, modliłem się. Kolega zajęczał,
          Polacy rzucili granaty. Jeden odrzuciłem, drugi poturlał się za daleko. Byłem
          czerwony od krwi i kawałków mięsa. Po południu czterech z Wehrmachtu przybiegło
          z noszami. Udało nam się przejść, ale ranny kolega dostał trzy strzały i zmarł.
          Nie mogłem wydobyć z siebie słowa, miałem dreszcze i ciągle wymiotowałem. Major
          dał mi dzień odpoczynku, więc widziałem, jak grzebali kolegów. Ściągnęli im
          buty, wrzucili do wykopu z innymi zabitymi. Posypali wapnem. Polscy cywile
          musieli robić to wszystko.

          Koledzy ginęli, przydzielali mi nowych. Miałem głupie szczęście, może przez to,
          że kiedy Fels gnał mnie do akcji, życzył, żebym "zdechł jak pies" (Schenk się
          śmieje). Chyba mnie nie lubił. Naszą grupę saperów szturmowych nazywaliśmy
          wtedy Himmelfahrtskommando (komando wniebowstąpienia), bo zawsze szliśmy na
          przodzie, a Polacy nie wiadomo gdzie, nie wiadomo, skąd strzelą. Kulka świśnie
          i lecisz do nieba. Szybko się jednak uczyliśmy od sprytnych Polaków, jak się
          kryć. Potrafili strzelać spod lekko uniesionej dachówki. Wielu walczyło w
          niemieckich mundurach i bardzo dobrze mówiło po niemiecku. Nie mogliśmy nosić
          naszych stalowych hełmów, bo Polacy je nosili. Baliśmy się, że zaczniemy
          strzelać do swoich.

          Na początku kiepsko strzelałem. Karali mnie za brak celności. Nie umiałem
          przymknąć lewego oka. Podejrzewali, że symuluję. Wysłali do lekarza. Kazał
          strzelać z drugiej strony. Zostałem strzelcem lewoocznym. Odwrotna pozycja
          przydawała się w walkach ulicznych.

          Kiedyś w walce wręcz Polak wyszarpnął nowemu koledze karabin. Przybiegł Fels z
          esesmanami, kazał chłopakowi go odzyskać. Ten drżał jak osika. Ale Fels chwycił
          pistolet i pognał chłopaka za Polakami. Chłopak zaraz wrócił bardzo poraniony
          nożem; krwawił i krzyczał.

          Znów zostałem sam. Moi towarzysze z grupy uderzeniowej byli ciężko ranni od
          noża i bagnetu. Był 6 sierpnia. Od tego momentu daty mi się zacierają. Tylko
          najcięższe walki mogę podać w jakiejś kolejności, ale bez dat. Pamiętam, że 14
          sierpnia dostałem kartkę od pastora z Manderfeld, ostatnią wiadomość z domu. 15
          września patrzyłem na drugi brzeg Wisły. Zobaczyłem rosyjski czołg. Potem
          drugi, trzeci. Podjechały do brzegu. U nas wybuchła panika. Rosjanie musieli
          doskonale widzieć nasze pozycje, nie strzelali. Czołgi znikły między domami.
        • beobachter Portki ciężkie od złota 24.08.04, 11:19
          Kara za niebieskie gatki

          - Wody w Warszawie było bardzo mało. W punkcie opatrunkowym stała wanna, do
          której dolewano świeżej wody. Kiedyś do niej wskoczyłem. Wielu tam wskakiwało.
          Znajomy sanitariusz powiedział, że w opuszczonej piwnicy jest dużo bielizny.
          Była niebieska, nieregulaminowa. Swoje wojskowe lumpy wyrzuciłem. Potem za te
          niebieskie cywilne gatki dostałem od sierżanta tydzień kompanii karnej.
          Musiałem nosić miny nad Wisłą.

          Drugą karną wartę dostałem za księdza. Wysadzaliśmy tylne drzwi do klasztoru -
          bardzo ciężkie, prowadziły do piwnicy. Klasztor, ogromny budynek niedaleko
          Starego Miasta, był już bardzo uszkodzony przez bomby i granaty. Wskoczyliśmy
          we dwóch do środka. Przed nami stał ksiądz. Trzymał opłatek i kielich. Może to
          był odruch, nie wiem, uklękliśmy, dał opłatek. Wpadł trzeci z naszej grupy, też
          dostał opłatek. Wlecieli esesmani, jak zwykle strzały, krzyki, jęki. Siostry
          były w habitach. Kilka godzin później zobaczyłem tego księdza w rękach
          dirlewangerowców. Pili wino z kielicha, hostia leżała połamana. Obsikiwali
          krzyż oparty o mur. Dręczyli księdza; miał zakrwawioną twarz, rozerwaną
          sutannę. Zabraliśmy im tego księdza, to był jakiś odruch. Esesmani byli
          zdumieni, ale tak pijani, że nie wiedzieli, co się dzieje. Następnego dnia też
          niczego nie pamiętali. Księdza oddaliśmy do naszego batalionu, więcej nic o nim
          nie słyszałem, ale po drodze natknęliśmy się na Felsa. Dostałem za księdza
          samotną wartę na moście, chyba Kierbedzia. Mosty na Wiśle były już wysadzone,
          ale część przęseł stała. Rosjanie mieli stanowisko karabinu maszynowego po
          swojej stronie, my po naszej. Miałem w połowie mostu dzień i noc trzymać straż
          wywiadowczą. Ukrywałem się za stalowymi dźwigarami. Noc była spokojna. Od czasu
          do czasu oba karabiny się ostrzeliwały, raczej tak na wiwat, bo były za daleko.
          W dzień Rosjanie poruszali się dość beztrosko. Na zapleczu jeździły małe
          samochody, przywiozły kuchnię polową. Oficerowie z szerokimi pagonami
          obserwowali przez lornetki naszą część Warszawy. Żołnierze się opalali.

          Na innej karnej warcie ukryty w belach z materiałami w jakiejś fabryce
          tekstyliów obserwowałem Polaków. W razie ataku miałem wystrzelić czerwoną racę
          i uciekać. Było ich ze 40. Dowodził oficer w mundurze. Wyglądali nędznie. Wielu
          rannych. Widziałem kobiety z bronią, cywilów, dzieci. Broń mieli kiepską.
          Wieczorem wróciłem z meldunkiem, rano szturmowaliśmy kryjówkę powstańców.

          Już nie pamiętam, którego dnia postanowiliśmy zabić tę świnię Felsa. Żeby
          przeżyć, bo gnał nas ciągle naprzód. W siedmiu czy ośmiu losowaliśmy karabiny.
          Dwa były nabite. Jak tylko Fels znalazł się z przodu, wypaliliśmy mu w plecy.
          Padł, a my uciekliśmy. Nowy dowódca był bardziej ludzki.

          Portki ciężkie od złota

          - Dziś już nie wiem, czy wtedy wysadzaliśmy Państwową Wytwórnię Papierów
          Wartościowych, czy raczej Bank Polski. W każdym razie gdzieś w centrum. Nie
          mogliśmy długo tego zdobyć. Kazali nam zrobić podkop. Kopaliśmy we dwóch, tylko
          w slipach. Zmienialiśmy się na przodku. Kiedy byłem na przodzie, poczułem
          dziwny zapach, potem kolega przestał odbierać ziemię. Podczołgałem się, leżał
          martwy. Podkop wychodził na piwnicę. Usłyszałem Polaków. Pewnie odbili piwnicę.
          W nocy się wyczołgałem i piwnicami doszedłem do swoich. Nie mogłem rozpo-

          znać wartownika. Kazał mi położyć się na ziemi. Wykrzyczałem swoje nazwisko i
          hasło: "Heidekrug" (Dzban wrzosu). Pytał, dlaczego jestem w majtkach. W końcu
          uwierzył.

          Następnego dnia przywieźli goliata. Cywile musieli torować mu drogę, bo Polacy
          nauczyli się wysadzać goliaty jeszcze przy naszej linii i dużo żołnierzy
          ginęło. Goliat wywalił dziurę w murze. Całą noc goniliśmy się z Polakami po
          piwnicach i piętrach. Rano przyjechał czołg i budynek został zdobyty. W
          piwnicach leżało pełno złotych monet. Upychaliśmy je sobie po kieszeniach, aż
          portki spadały. Potem złoto znikło. Nasi szeptali, że Dirlewanger je gdzieś
          wywiózł.
        • beobachter Wiedziałem, kto ile będzie żył 24.08.04, 11:20
          Wiedziałem, kto ile będzie żył

          - To była chyba moja ostatnia akcja w Warszawie. Zdobywaliśmy jakiś budynek,
          biegłem przez pole. Leżał ranny żołnierz. Dałem mu wody z mojej manierki i
          pobiegłem wysadzić drzwi. SS szło za nami. Jak wracałem, zatrzymał mnie
          Dirlewanger. Wskazał rannego: "Ty dałeś tej świni pić?". Dopiero teraz
          zauważyłem, że na niemieckim mundurze ranny ma brudną biało-czerwoną opaskę.

          "Zastrzel go!" - Dirlewanger dał mi swój pistolet.

          Stałem bez ruchu, miałem dość wszystkiego. Dirlewanger był tak wściekły, że nie
          rozumiałem, co wrzeszczy. Ten Polak patrzył na mnie. Nie zapomnę tego wzroku. W
          Warszawie nauczyłem się poznawać, czy ranny pożyje dziesięć minut, czy kilka
          godzin. Jak się widzi tylu umierających, to się już wie, ile kto będzie żył.
          Jeden z esesmanów Dirlewangera wyrwał mi pistolet i zastrzelił Polaka.

          Dirlewanger wrzeszczał, że mnie rozstrzela. Ale przybiegli żołnierze z
          Wehrmachtu, więc zaczął grozić sądem wojennym. Jakiś oficer piechoty zaczął z
          nim ostro dyskutować. Dałem nogę.

          - Pod koniec września podeszli do mnie trzej Polacy z podniesionymi rękami.
          Oddali karabin maszynowy i dwa pistolety. Jeden mówił perfekcyjnie po
          niemiecku. Stałem sam na posterunku. Nie wiedziałem, co mam z nimi zrobić.
          Powiedziałem, że muszą zaczekać i lepiej, żeby ich nikt nie zauważył. Miałem
          szczęście, szybko znalazłem naszego nowego porucznika. Odebrał jeńców osobiście
          i zaprowadził do SS.

          Ostatni przyczółek Powstania skapitulował. Jakiś wysoki oficer przyszedł jako
          przedstawiciel narodu z białą flagą. Zaprowadziliśmy go do dowódcy batalionu.
          Widziałem tam naszego majora Wullenberga, Dirlewangera i innych dowódców. Po
          paru godzinach Polacy przyszli, ciągnąc za sobą masę ludzi i broń. Wszystkich
          rannych położono w wielkim magazynie fabryki octu. Nam rozkazano wyjść. Z
          zewnątrz słyszeliśmy krzyki i strzały. Wiem, co tam się stało.

          W dniach kapitulacji natknąłem się na Felsa. Był ciężko ranny, ale przeżył nasz
          zamach. Obszedłem go z daleka. Dirlewangera widziałem ostatni raz, jak szedł
          wśród ruin z dwiema pięknymi kobietami. Miasto płonęło, na ulicach trupy. Jego
          skórzany płaszcz był podarty. One - blondynka i brunetka - bardzo eleganckie,
          zadbane. Szczebiotały wesoło. Nie wiem, czy to Polki, byłem za daleko.

          To, co pozostało z Warszawy, wysadzali minerzy. Zostaliśmy przeniesieni, ale w
          listopadzie znowu tam byliśmy. Graliśmy w piłkę. Piłka wpadła do piwnicy.
          Wskoczyłem, żeby ją wyciągnąć. W piwnicy leżały niezliczone ciała, już prawie
          szkielety.

          Rusek, Niemiec czy Mateusz

          W Ochodzy, małej wsi pod Gnieznem, jeszcze pamiętają Mateusza, ale nie z
          czasów, kiedy ukrywał się w stajni Brzewińskich, tylko jako eleganckiego pana,
          który w latach 80. przyjeżdżał busem pełnym jedzenia i zachodnich ciuchów. Dary
          ksiądz rozdzielał wśród parafian.

          Zajrzeliśmy do zagrody Libnerów. Józef Libner zmarł w ubiegłym roku. Był
          rówieśnikiem Mateusza; lubili się mocować, tarzali się po podwórku, ale
          Mateusz, zaprawiony w walkach wręcz, kładł go na łopatki.

          Syn Libnera pokazał nam datę wyciętą na ścianie drewnianej ubikacji: "1946
          M.S." - Już dwa razy przerabialiśmy ubikację, ale tata kazał te deski zostawić,
          bo to pamiątka po Mateuszu.

          - Wyciąłem scyzorykiem, jak wyjeżdżałem - Schenk się wzrusza, kiedy opowiadamy
          o Ochodzy. - Z Józefem byliśmy braćmi krwi. Nacięliśmy sobie nadgarstki i
          przyłożyliśmy je jak Indianie.

          Odwrót spod Warszawy sapera szturmowego Schenka to osobna opowieść. Spisał ją
          parę lat temu. Z żołnierzy, z którymi 1 sierpnia przyjechał do Warszawy,
          zostało trzech. Zimą 1944 roku uciekali przed rosyjskimi czołgami i komandami
          SS, które wieszały uciekinierów na drzewach. Głodni i wycieńczeni kierowali się
          do Gościeszyna (Godesberg) pod Gnieznem, gdzie rozproszonym żołnierzom
          wyznaczono miejsce zgrupowania.

          - Wyrzuciliśmy prawie wszystką broń. Pasy, hełmy. Kilku miało rany, które
          próbowali ukryć, żeby ich koledzy nie zostawili. Iwany tropiły w śniegu nasze
          ślady. Odcięli nam drogę do lasu. Uciekliśmy na środek zamarzniętego jeziora.
          Nie weszli za nami na lód, ale czołg strzelał w jezioro. Kolega zaczął
          odmawiać "Ojcze nasz", mówił coraz ciszej, aż zamilkł. Umarł. Kiedy chmury
          zasłonił księżyc, podpełzliśmy do brzegu. Rosjanie palili papierosy,
          czołgaliśmy się między posterunkami. Ukryliśmy się w lesie, ale w południe
          czołg znowu jechał naszym śladem. Nie miałem już sił, położyłem się w rowie na
          skraju lasu. Na mundurze miałem biały kombinezon ochronny, podobne nosili
          Rosjanie.

          Znaleźli mnie polscy chłopi. "Rusek? - zapytali. - Niemiec?" - kiwnąłem głową.
          Wtedy ten najwyższy powiedział po niemiecku: "Biedny chłopcze, jesteś głodny?".
          Zaciągnęli mnie do domu. Bałem się. "Polacy są przebiegli, podstępni i
          fałszywi" - uczyli mnie w wojsku. Kiedy do kuchni weszła dziewczyna z dużym
          nożem, myślałem, że mnie zarżną. Rozcięła mi buty, bo nie mogli ich zdjąć.
          Miałem złamaną nogę, rękę i liczne odmrożenia. Dali ciepłego mleka. Tak
          trafiłem do braci Brzewińskich z Ochodzy (już nie żyją). Na starszego,
          Ignacego, mówiłem "ojciec", a na Wincentego - "wuj". Na mnie wołali Mateusz.
          Ukrywali mnie w stajni z trzema końmi, Mucką, Gniadym i Murzynem. W mroźne noce
          spałem nad parownikiem do ziemniaków.

          Rosjanom, którzy zaglądali do wsi, Brzewińscy powiedzieli, że jestem ciężko
          chorym synem, a chorych Rosjanie omijali z daleka. Polskim władzom wmówili, że
          już pół roku się u nich ukrywam, bo zdezerterowałem z Wehrmachtu.

          Dlaczego mnie uratowali? Nigdy się nie dowiedziałem. Chyba z litości;
          wyglądałem jak pobity dzieciak. Kiedyś mi powiedzieli, że przez czarny
          różaniec, który znaleźli na piersi, jak zdzierali ze mnie mundur.
        • beobachter Byłbym Polakiem (ostatni) 24.08.04, 11:21
          Byłbym Polakiem

          Kiedyś "ojciec" powiedział: "Hitler kaputt", "wojna kaputt" i Mateusz już się
          nie musiał ukrywać. Wieś lubiła Mateusza, on był w Ochodzy szczęśliwy. Pomagał
          w gospodarstwie.

          - Przesłuchiwali mnie w Trzemesznie, Polak i Rosjanin. Kazali mi się rozebrać.
          Oglądali, czy nie mam tatuaży SS. Na podwórzu leżał rozstrzelany chłopak w
          mundurze Hitlerjugend. Kręcili nosem na te 19 walk wręcz w Warszawie, które
          miałem w książeczce. Ale "ojciec" poręczył za mnie, a książeczkę zamurował w
          ścianie.

          Pamiętam, jak miejscowy proboszcz wrócił z obozu koncentracyjnego. Parafianie
          wyjechali mu naprzeciw. "Ojciec" też mnie zabrał. Ksiądz szedł, wspierając się
          laską, chudy i blady, w pasiaku. Pojechaliśmy do kościoła. Pierwszy raz po
          długim czasie usłyszałem Tantum Ergo, brzmiało tak jak w domu. Ksiądz szedł,
          śpiewając, przez kościół i błogosławił. Mnie też. Byłem szczęśliwy, pełen
          wstydu i winy.

          Mateusz wyjechał z Ochodzy w czerwcu 1946 roku. Brzewińscy dali mu na drogę 200
          zł, chleb i masło.

          - Prowizoryczna ambasada belgijska była w Warszawie. Siedziałem na schodkach
          budynku, który kiedyś zdobywałem. Ludzie mieszkali w ruinach piwnic. Tylko
          tramwaj jeździł przez Wisłę na Pragę. Wracałem do domu trzy miesiące. Przez
          polskie areszty, amerykański obóz jeniecki w Berlinie. Belgijska żandarmeria
          zabrała mnie do Brukseli na przesłuchania. Belgowie mnie nie chcieli. Nie
          miałem dokumentów. Każdy mógł powiedzieć, że jest Belgiem.

          Żonę poznałem po wojnie. Na granicy belgijsko-niemieckiej wszyscy wtedy
          szmuglowali. Niosła do Belgii prosiaka, ja do Niemiec kawę. Spotkaliśmy się w
          lesie, wróciłem do domu z prosiakiem.

          Mathias Schenk ma trzech synów i córkę. Przez 30 lat produkował w Brukseli
          szpachlówkę do samochodu i szlifował karoserie. Szpachlówkę Schenk Braun
          sprzedawał w całej Europie. Teraz firmę prowadzą syn z zięciem.

          Dziesięć lat chodził w pielgrzymkach pokutnych do Banneux, gdzie Matka Boska
          ukazała się małej dziewczynce. W latach 80. organizował w Brukseli akcje
          pomocowe dla Polaków. 32 razy wiózł do Polski jedzenie, ubrania i pampersy.

          - Znowu byłem w Warszawie. Spotkałem się z weteranami Powstania. Byli mili.
          Jeden opowiadał, jak 1 sierpnia ostrzelał ostatni niemiecki pociąg. W Ochodzy
          nie wiedziałem już, kim jestem - Belgiem, Niemcem, Mateuszem? Nawet nie
          wiedziałem, czy Belgia jeszcze istnieje. Myślałem, że moja rodzina nie żyje.
          Gdybym w marcu 1946 roku nie dostał od nich wiadomości, zostałbym w Ochodzy. I
          byłbym Polakiem, tak jak wy.
        • aqua Re: Powstanie Warszawskie w oczach młodego Niemca 24.08.04, 11:39
          Nie mnie o to pytaj, ale tych których zamordował z zimną krwią, a jest ich
          tylu, że doliczyć się nie może.

          Powtarzam pytanie, czy zbrodniarze wojenni tacy jak ten jeden, ponieśli kare za
          swoje zbrodnie.

          bartoszcze napisał(a):

          > Na tym, że przeżył on, a nie inni?

          Na pewno nie przeżyli ci, których zamordował.
          • bartoszcze Re: Powstanie Warszawskie w oczach młodego Niemca 24.08.04, 12:30
            aqua napisał:

            > Nie mnie o to pytaj, ale tych których zamordował z zimną krwią, a jest ich
            > tylu, że doliczyć się nie może.

            "Zamordował z zimną krwią" - tzn. walkę wręcz w warunkach wojny uważasz za
            morderstwo?
            Czy każdego polskiego żołnierza, strzelającego do Niemca pod Wilhelmshaven czy
            walczącego z Niemcem na noże w Berlinie, też nazwiesz mordercą z zimną krwią?
            Konsekwencja by tego wymagała, więc zastanów się co piszesz.

            > > Na tym, że przeżył on, a nie inni?
            > Na pewno nie przeżyli ci, których zamordował.
            Niesamowicie logiczne. Dodam ciąg dalszy tego logicznego rozumowania: gdyby ich
            nie zabił, toby nie żył.
            • aqua Re: Powstanie Warszawskie w oczach młodego Niemca 24.08.04, 12:53
              Oczekiwałem tego niecierpliwie. Walki wręcz, na noże i bagnety? Po tylu latach
              pamięć starego wiarusa zawodzi. Może przed wejściem do piwnicy wrzucił przez
              lufcik wiązkę granatów, a może granat z gazem, a może miotaczem ognia
              poczęstował ukrywających? Potem z bagnetem tam wchodził by dobić rannych. Już
              nie pamięta, nie pamięta nawet ilu bezbronnych rozwalił, ile gardeł poderżnął.

              Pytań może być wiele, możliwości również.

              bartoszcze napisał(a):

              >> > > Na tym, że przeżył on, a nie inni?
              > > Na pewno nie przeżyli ci, których zamordował.
              > Niesamowicie logiczne. Dodam ciąg dalszy tego logicznego rozumowania: gdyby
              ich
              >
              > nie zabił, toby nie żył.

              Po co tam wchodził? po co zabijał ukrywających się? dlaczego ukrywający się nie
              wychodzili z piwnic? Może dlatego, że jakby wyszli to by na pewno zostali
              zabici. Przeczytaj jego relację całą. I byli zabijani i dzieci i młode
              dziewczyny. Bestialstwa jakich dopuścili się Niemcy w wtedy w Waszawie, nie
              przyszły nawet do głowy Rosjanom zdobywającym Berlin.

              To jest niesamowicie logiczne, bartoszcze.
              • bartoszcze Re: Powstanie Warszawskie w oczach młodego Niemca 24.08.04, 20:52
                Przeczytałem starannie, panie aqua,
                Śmiem sądzić, ze z nas dwóch tylko ja.
                Oczywiście, może pan nie wierzyć żołnierzowi (bo przecież wszyscy Niemcy są
                tacy sami - chociaż ten nawet nie był Niemcem).
                Ale jeżeli jedynym dowodem jest relacja, której autor należy do tych
                nielicznych przyzwoitych w tej feerii zezwierzęcenia, to nazywanie autora
                zbrodniarze tylko dlatego, że "inni tak postępowali" - więc "on pewnie też",
                nie mieści się w cywilizowanych zasadach postępowania.
                Czy ci jego koledzy, którzy zginęli w walce (np. ten, którego rano znaleźli z
                poderżniętym gardłem), polegli z rąk ukrywających się przed wszystkimi kobiet i
                dzieci? Czy może jednak toczyli bój z powstańcami (których - skoro pamięć pana
                zawodzi - niemieccy żołnierze cenili, porównując walkę z nimi do walk w
                Stalingradzie)?
                • aqua Re: Powstanie Warszawskie w oczach młodego Niemca 25.08.04, 10:40
                  Twoje insynuacje panie bartoszcze, świadczą żeś jest człowiekiem mocno
                  zakompeksionym, co ciekawe, na moim punkcie. Rozważania na temat, przeczytałem,
                  nie przeczytałem, są z zakresu rozważan dr Watsona. Umiejętność rozmijania się
                  teścią postów oponentów opanował pan bardzo dobrze. Proszę mi wskazać, gdzie
                  napisałem, że on był niemcem? Gdzie napisałem, że on kłamał, bo był niemcem? Co
                  panie bartoszcze "nie mieści się w cywilizowanych zasadach postępowania",
                  czyżby nazwanie zbrodniarza, zbrodniarzem? Czyżbym go pomówił niesprawiedliwie?

                  To pana panie bartoszcze zawodzi pamięć, gdy zestawi się liczbę powstańców,
                  którzy zginęli, z liczbą ofiar cywilnych Warszawy. Niech sobie pan te liczby
                  przypomni.

                  Mnie panie bartoszcze nie interesuje, że niemieccy żołnierze cenili sobie, co
                  za przeproszeniem? czyżby żołnierzy powstania? Co mnie obchodzi ocena mordrcy,
                  który mówi, że zamordowany stawiał dzielny opór?

                  • bartoszcze Re: Powstanie Warszawskie w oczach młodego Niemca 25.08.04, 12:42
                    Gratulacje, panie aqua.
                    Swoim tokiem rozumowania odpowiada pan "tak" na zadane przeze mnie pytanie, czy
                    każdy żołnierz strzelający do przeciwnika w walce jest mordercą.
                    No comments (chociaż jestem ciekaw, czy nie miał pan w rodzinie zdobywców
                    Berlina).
                    • aqua Re: Powstanie Warszawskie w oczach młodego Niemca 25.08.04, 13:05
                      Jest pan krętaczem, panie bartoszcze, gdyż trudno nazwać całą cywilną ludność
                      Warszawy, powstańcami. Chyba że uważa pan, tak jak generałowie niemieccy
                      tłumiący powstanie, że wszyscy mieszkańcy Warszawy byli powstańcami, wtedy
                      rzeczywiście można przyjąć, że Mathi podrzynając gardła dzieciom, starcom i
                      kobietom, podżynał je żołnierzom.

                      Swoim tokiem rozumowania obnaża pan miałkość swoich poglądów, braki
                      elementarnej moralności.
                    • grba Re: Powstanie Warszawskie w oczach młodego Niemca 25.08.04, 13:14
                      bartoszcze napisał(a):

                      > Gratulacje, panie aqua.
                      > Swoim tokiem rozumowania odpowiada pan "tak" na zadane przeze mnie pytanie,
                      czy
                      >
                      > każdy żołnierz strzelający do przeciwnika w walce jest mordercą.
                      > No comments (chociaż jestem ciekaw, czy nie miał pan w rodzinie zdobywców
                      > Berlina).

                      Wydaje mi się, że powinieneś w sprawie artykułu ze wspomnieniami Belga "trzymać
                      pysk", dla własnego dobra. Wszytko co napisałeś, można per analogia zastosować
                      do innego miejsca na kuli ziemskiej, wtedy nie będzie ci tak miło. Trudno
                      jednak wymagać od ciebie wyobraźni...
                      • bartoszcze Re: Powstanie Warszawskie w oczach młodego Niemca 25.08.04, 13:17
                        W kwestii formalnej, grba - to było do mnie, czy do aquy?
                        • grba Re: Powstanie Warszawskie w oczach młodego Niemca 25.08.04, 13:21
                          DO CIEBIE BARTOSZCZE !!!
                      • bartoszcze Re: Powstanie Warszawskie w oczach młodego Niemca 25.08.04, 13:39
                        grba napisał:

                        > Wydaje mi się, że powinieneś w sprawie artykułu ze wspomnieniami
                        Belga "trzymać
                        > pysk", dla własnego dobra. Wszytko co napisałeś, można per analogia
                        zastosować
                        > do innego miejsca na kuli ziemskiej, wtedy nie będzie ci tak miło. Trudno
                        > jednak wymagać od ciebie wyobraźni...

                        Proszę bardzo, grba, możesz mi moje wypowiedzi wytykać przy innych okazjach.
                        Zeby Ci było łatwiej, powtózrę jednoznacznie:
                        NIE UWAŻAM za zbrodniarzy (morderców) żołnierzy biorących udział w walce.
                        Mogę to powtórzyć także w innych zakątkach świata, np. w odniesieniu do Śląska.
                        Dzięki temu mogę uznać za zbrodniarzy np. Amerykanów w My Lai,
                        dirlewangerowców, czy żołnierzy gwałcących mieszkanki Berlina, natomiast nie
                        będę uznawał za zbrodniarzy żołnierzy walczących na ulicach Berlina.
                        Jeżeli natomiast w relacji Schenka znajdziesz coś, co uprawniałoby do
                        postawienia go przed sądem wojennym, trybunałem norymberskim etc. - wskaż to,
                        wyraźnie.
                        Ja nie zauważyłem. A nie mam w zwyczaju nazywac ludzi zbrodniarzami bez choćby
                        odrobiny dowodu (nawet jeżeli Schenkowi nie wierzysz, to brak dowodu NIE JEST
                        dowodem).
                        Osobiste wycieczki pozostawiam w spokoju, chociaż ze smutkiem stwierdzam, że
                        nie umiesz się od nich powstrzymać.
                        • bartoszcze Re: Powstanie Warszawskie w oczach młodego Niemca 25.08.04, 14:24
                          bartoszcze napisał(a):

                          > Jeżeli natomiast w relacji Schenka znajdziesz coś, co uprawniałoby do
                          > postawienia go przed sądem wojennym, trybunałem norymberskim etc. - wskaż to,
                          > wyraźnie.
                          Przepraszam - oczywiście z wyjątkiem strzelania w plecy swojemu oficerowi. Za
                          to w każdej armii grozi sąd wojenny.
                          Ale chya nie o to chodziło?
          • Gość: paneuropean Re: Powstanie Warszawskie w oczach młodego Niemca IP: *.cpe.net.cable.rogers.com 25.08.04, 04:26
            aqua napisał:

            > Powtarzam pytanie, czy zbrodniarze wojenni tacy jak ten jeden, ponieśli kare
            za
            >
            > swoje zbrodnie.

            Masz osiemnascie lat a za Toba ida bandy dzikich esesmanow tylko czychajacych
            na kazda Twoja chwile slabosci. Twoj wlasny dowodca tylko czeka na to aby
            Ciebie zabic. Wodka stanowi jedyna forme prowiantu przed walka. Glowki malych
            dzieci sa roztrzaskiwane, kobiety gwalcone wielokrotnie przez roznych
            zolnierzy, wokol parodia istnienia, zycia i smierci. Jak Ty bys sie zachowal?
            Niejednej doroslej osobie przyszloby zatracic siebie w takiej atmosferze a co
            dopiero nastolatkowi takiemu jak ten Mateusz. Dla mnie osobiscie tacy jak on
            tez byli ofiarami tej wojny. Facet mial zniszczone zycie. Takich jak on byly
            setki tysiecy, jezeli nie miliony. Latwo jest pamietac o tych ktorzy stracili
            zycie (czesc ich pamieci!) ale ciezej o tych ktorzy musieli isc przez zycie z
            przytlaczajacym poczuciem winy.
            • aqua Re: Powstanie Warszawskie w oczach młodego Niemca 25.08.04, 10:02
              Za swoje błędy, zbrodnie, morderstwa każdy powinien odpowiadać indywidualnie, a
              sędzią nad nim nie powinno być tylko jego sumienie, ale prawdziwy sędzia z
              kodeksem w ręku. Nie ma nic do rzeczy, że był on młody, że też "walczył" o
              przetrwanie, zbrodnie popełnił i powinien ponieść karę, powinien zostać
              osądzonym. Ponieważ to nie zostało dokonane, w moich oczach jest zbrodniarzem.

              W dodatku, będąc swiadkiem tych wydarzeń, jeśli miał czyste sumienie i w swoim
              przekonaniu nie był zbrodniarzem, powinien po wojnie złożyć doniesienie na
              swoich kolegów, którzy dopuścili się zbrodni. Skoro tego nie zrobił w pełni
              odpowiada z współudział. Odpowiada z urywanie zbrodni i może być traktowany na
              równi ze zbrodniarzami. Tak też i ja oceniam tego człowieka.

              Skoro teraz, po latach, mówi o tych wydarzeniach, szuka usprawiedliwienia dla
              tego co zrobił, zapewne łaknie pocieszenia i zrozumienia, a być może i
              rozgrzeszenia. Ty paneuropean, jak widzę udzielasz mu go, ja nie zamierzam.

              Pytanie typu: "Jak Ty bys sie zachowal?" jest nie na miejscu. To tak jakby
              pytać ofiarę napadu, którą bandzior poturbował, jak by się zachowała na jego
              miejscu.

              Pytanie moje jest wciąż aktualne, kolego paneuropean, czy zbrodniarze mordujący
              Warszawę, ponieśli za swoje zbrodnie karę, lub czy chociaż zostali osądzeni?


              Gość portalu: paneuropean napisał(a):

              > Masz osiemnascie lat a za Toba ida bandy dzikich esesmanow tylko czychajacych
              > na kazda Twoja chwile slabosci. Twoj wlasny dowodca tylko czeka na to aby
              > Ciebie zabic. Wodka stanowi jedyna forme prowiantu przed walka. Glowki malych
              >
              > dzieci sa roztrzaskiwane, kobiety gwalcone wielokrotnie przez roznych
              > zolnierzy, wokol parodia istnienia, zycia i smierci. Jak Ty bys sie zachowal?
              >
              > Niejednej doroslej osobie przyszloby zatracic siebie w takiej atmosferze a co
              > dopiero nastolatkowi takiemu jak ten Mateusz. Dla mnie osobiscie tacy jak on
              > tez byli ofiarami tej wojny. Facet mial zniszczone zycie. Takich jak on byly
              > setki tysiecy, jezeli nie miliony. Latwo jest pamietac o tych ktorzy stracili
              > zycie (czesc ich pamieci!) ale ciezej o tych ktorzy musieli isc przez zycie z
              > przytlaczajacym poczuciem winy.
        • hierowski Re: Powstanie Warszawskie w oczach młodego Niemca 24.08.04, 11:42
          Jego przestępstwo polegało na tym, że nie zawiadomił o popełnionych zbrodniach
          nie tylko w czasie gdy miały one miejsce (oczywiście mógł mieć z tym problem)
          ale też przez 60 lat od momentu gdy miały miejsca te wydarzenia. Chociaż pewnie
          i tak każdy niemiecki sąd by uznał że to były uzasadniony zabójstwa a nie
          morderstwa. Szczególnie w latach 70-ych niemieckie sądy słynęły z
          nierzetelności w takich sprawach.
          • bartoszcze Re: Powstanie Warszawskie w oczach młodego Niemca 24.08.04, 12:51
            hierowski napisał:

            > Jego przestępstwo polegało na tym, że nie zawiadomił o popełnionych
            > zbrodniach nie tylko w czasie gdy miały one miejsce (oczywiście mógł mieć
            > z tym problem)
            1. Rozumiem, że chodzi o opisane w tekscie zbrodnie SS i Dirlewangerowców,
            2. Czy niezawiadomienie uprawnia do nazywania go mordercą?
            • hierowski Re: Powstanie Warszawskie w oczach młodego Niemca 25.08.04, 15:05
              wie Pan dobrze że Wehrmacht ma bardzo duży udział w zbrodniach na ludnosci
              cywilnej. Polecam ostatni biuletyn IPN gdzie jest sporo ciekawej sądowej
              kazuistyki na ten temat.

              2. Niestety tutaj zachodzi sytuacja (niestety przy założeniu że był
              tak "porzadny" jak twierdzi) gdy można temu żolnierzowi postawić zarzut
              współudziału w morderstwie, dlatego niestety można go tak określić. Potwierdza
              to także fakt nie zawiadomienia o tym właściwych służb ścigających zbrodniarzy
              wojennych, ktorzy niestety spokojnie sobie żyli długo po 1945 roku.
              • bartoszcze Re: Powstanie Warszawskie w oczach młodego Niemca 25.08.04, 15:20
                hierowski napisał:

                > wie Pan dobrze że Wehrmacht ma bardzo duży udział w zbrodniach na ludnosci
                > cywilnej. Polecam ostatni biuletyn IPN gdzie jest sporo ciekawej sądowej
                > kazuistyki na ten temat.
                Wiem. Nie kwestionuję ich.
                Ale rozmawialiśmy na temat relacji Matthiasa Schenka, i odniosłem się do m.in.
                następującego Pana zdania:
                "Chociaż pewnie i tak każdy niemiecki sąd by uznał że to były uzasadniony
                zabójstwa a nie morderstwa"
                Czy wg tej relacji Schenk dopuścił się zabójstw na ludności cywilnej?
                Bo chyba to Pana zdanie nie dotyczy zbrodni dirlewangerowców (no po prostu nie
                jestem pewien, czy uważa Pan, że sąd niemiecki uznałby je "usprawiedliwione
                zabójstwa")?

                >
                > 2. Niestety tutaj zachodzi sytuacja (niestety przy założeniu że był
                > tak "porzadny" jak twierdzi) gdy można temu żolnierzowi postawić zarzut
                > współudziału w morderstwie, dlatego niestety można go tak określić.
                Potwierdza
                > to także fakt nie zawiadomienia o tym właściwych służb ścigających
                zbrodniarzy
                > wojennych, ktorzy niestety spokojnie sobie żyli długo po 1945 roku.
                Będę z Panem polemizował. Niezawiadomienie o przestępstwie (w tym morderstwie)
                w myśl polskiego prawa (i zapewne nie tylko polskiego) jest zupełnie innym
                przestępstwem, niż zabójstwo (poza tym przestępstwo niezawiadomienia nie
                zachodzi w przypadku, jeżeli przestępstwo "zatajone" jest organom znane).
                Natomiast w którym punkcie może Pan przypisać Schenkowi działanie mające na
                celu świadome udzielenie pomocy sprawcom zbrodni (bo chyba tylko
                taki "współudział" wchodzi w grę)?
                Nadmieniam, że nie mówię tu o odpowiedzialności moralnej Schenka.
                • hierowski Re: Powstanie Warszawskie w oczach młodego Niemca 25.08.04, 15:50
                  1. Biorąc pod uwagę linię orzekania to można przypuszczać że tak własnie by
                  było. Uznano by takie działania za usprawiedliwione zabójstwo. Nawet jeśli
                  chodzi o Dirlewangerowców. Ale to jest oczywiście gdybanie.

                  2. Nie można twierdzić że przestępstwo organom było znane. Każde z nich byłoby
                  rozpatrywane indywidualnie ponieważ nie stosowanoby ogólnego
                  pojęcia "ludobójstwo". Przypuszczam ze informacje MS nie były nigdzie
                  (indywidualne) ujęte w aktach (oczywiście to takze hipoteza). Ale przyjmujac że
                  tak było, to jeżeli okoliczność osobista dotycząca sprawcy, stanowi znamię
                  czynu zabronionego, współdziałający czyli MS podlegałby odpowiedzialności
                  karnej przewidzianej za ten czyn zabroniony, jeżeli o tej okoliczności
                  wiedział, nawet jeśli go nie dotyczyła.

                  • carrramba Re: Powstanie Warszawskie w oczach młodego Niemca 25.08.04, 16:01
                    hierowski napisał:

                    > 1. Biorąc pod uwagę linię orzekania to można przypuszczać że tak własnie by
                    > było. Uznano by takie działania za usprawiedliwione zabójstwo. Nawet jeśli
                    > chodzi o Dirlewangerowców. Ale to jest oczywiście gdybanie.
                    >
                    > 2. Nie można twierdzić że przestępstwo organom było znane. Każde z nich
                    byłoby
                    > rozpatrywane indywidualnie ponieważ nie stosowanoby ogólnego
                    > pojęcia "ludobójstwo". Przypuszczam ze informacje MS nie były nigdzie
                    > (indywidualne) ujęte w aktach (oczywiście to takze hipoteza). Ale przyjmujac
                    że
                    >
                    > tak było, to jeżeli okoliczność osobista dotycząca sprawcy, stanowi znamię
                    > czynu zabronionego, współdziałający czyli MS podlegałby odpowiedzialności
                    > karnej przewidzianej za ten czyn zabroniony, jeżeli o tej okoliczności
                    > wiedział, nawet jeśli go nie dotyczyła.

                    Od wczoraj się przymierzam do tego wątku!
                    Napisał /wg mnie/ tyle ile chciał napisac.
                    Więcej nie skomentuję, sorry.
                  • bartoszcze Re: Powstanie Warszawskie w oczach młodego Niemca 25.08.04, 16:36
                    hierowski napisał:

                    > 1. Biorąc pod uwagę linię orzekania to można przypuszczać że tak własnie by
                    > było. Uznano by takie działania za usprawiedliwione zabójstwo. Nawet jeśli
                    > chodzi o Dirlewangerowców. Ale to jest oczywiście gdybanie.
                    Skoro Pan tak uważa, to nie będę polemizował.
                    Ale dlacego to ma być argument przeciwko MS?

                    >
                    > 2. Nie można twierdzić że przestępstwo organom było znane. Każde z nich
                    byłoby
                    > rozpatrywane indywidualnie ponieważ nie stosowanoby ogólnego
                    > pojęcia "ludobójstwo". Przypuszczam ze informacje MS nie były nigdzie
                    > (indywidualne) ujęte w aktach (oczywiście to takze hipoteza).
                    Sądzi Pan, że ewentualne śledztwo byłoby prowadzone wyłącznie pod kątem
                    indywidualnie nazwanych ofiar? Czy może jednak pod kątem np. "wymordowania X
                    osób w Warszawie w dniu XX.08.1944 przy ul. NNNN nr X"?
                    (pytanie oczywiscie z kategorii technicznoprawnej)

                    > Ale przyjmujac że
                    > tak było, to jeżeli okoliczność osobista dotycząca sprawcy, stanowi znamię
                    > czynu zabronionego, współdziałający czyli MS podlegałby odpowiedzialności
                    > karnej przewidzianej za ten czyn zabroniony, jeżeli o tej okoliczności
                    > wiedział, nawet jeśli go nie dotyczyła.
                    Nadal sądzę, że w żaden sposób nie przesądza to o odpowiedzialności MS za
                    współudział w przestępstwach "zatajonych". Brak znamion "udziału" w granicach
                    zamiaru.
                    • hierowski Re: Powstanie Warszawskie w oczach młodego Niemca 25.08.04, 16:47
                      Jest to argument, bo nie sądzę żeby skoro jest taki "święty" nie zastanawiał
                      się nad tym w czym uczestniczył, pewnie radząc sie też jakiejś pomocy prawnej.
                      Jak pan wie, zamiar jest pojmowany szeroko przy tego rodzaju czynach (chociaż
                      nie znam orzecznictwa niemieckiego na ten temat) więc udział może tu mieć
                      bezsprzecznie miejsce.

                      ps. ciekawe czy można pociągnąć do odpowiedzialności za brak nadzoru,
                      bezpośredniego przełożonego żołnierza który dopuścił się zbrodni wojennej.
                      Pewnie wątpliwa sprawa.
                      • bartoszcze Re: Powstanie Warszawskie w oczach młodego Niemca 25.08.04, 20:24
                        hierowski napisał:

                        > Jest to argument, bo nie sądzę żeby skoro jest taki "święty" nie zastanawiał
                        > się nad tym w czym uczestniczył, pewnie radząc sie też jakiejś pomocy
                        prawnej.
                        > Jak pan wie, zamiar jest pojmowany szeroko przy tego rodzaju czynach (chociaż
                        > nie znam orzecznictwa niemieckiego na ten temat) więc udział może tu mieć
                        > bezsprzecznie miejsce.
                        Nie będąc ekspertem akurat od sądzenia zbrodni wojennych, nie potwierdzę,
                        natomiast mimo wszystko poddaję w wątpliwość, czy:
                        - otwarcie przez żołnierza drogi do pomieszczenia z cywilami, którzy następnie
                        zostają wymordowani przez inną jednostkę, mieści się jakkolwiek w granicach
                        zamiaru ich wymordowania (choćby ewentualnego),
                        - wzięcie jeńców, którzy następnie zostają zamordowani przez inną jednostkę,
                        mieści się jakkolwiek w granicach zamiaru ich zamordowania (chocby
                        ewentualnego)?
                        Bo idąc z zamiarem równie szeroko,, możemy się zastanawiać, czy np. obsługa
                        komory gazowej, czy też posługacze na rampie, gdy wyładowywano więźniów z
                        transportu, odpowiadają za zagazowanie?

                        > ps. ciekawe czy można pociągnąć do odpowiedzialności za brak nadzoru,
                        > bezpośredniego przełożonego żołnierza który dopuścił się zbrodni wojennej.
                        > Pewnie wątpliwa sprawa.
                        Jeżeli decyzja należała wyłącznie do tego przełożonego, to nie wykluczałbym
                        tego. Ale - jak Pan zauwazył - pewnie zależałoby od tego, jaki sąd by orzekał.
                        Nie sądzę natomiast, aby skazano przełożonego, jeżeli jednocześnie inny oficer
                        (z innej jednostki) nakazywa swoim podwładnym udział w zbrodni.
                      • Gość: Deutscher Re: Powstanie Warszawskie w oczach młodego Niemca IP: *.dip0.t-ipconnect.de 25.08.04, 20:29
                        dlaczego nie postawiono tzw. "powstancow slaskich" przed sad?
        • hierowski Re: Powstanie Warszawskie w oczach młodego Niemca 24.08.04, 11:44
          Jego przestępstwo polegało na tym, że nie zawiadomił o popełnionych zbrodniach
          nie tylko w czasie gdy miały one miejsce (oczywiście mógł mieć z tym problem)
          ale też przez 60 lat od momentu gdy miały miejsca te wydarzenia. Chociaż pewnie
          i tak każdy niemiecki sąd by uznał że to były uzasadniony zabójstwa a nie
          morderstwa. Szczególnie w latach 70-ych niemieckie sądy słynęły z
          nierzetelności w takich sprawach.

    • beobachter Coś gorącego 24.08.04, 11:18
      Coś gorącego

      - Leżałem w pokoju na trzecim piętrze. Oficer SS rozkazał nam utrzymać dom.
      Całe mieszkanie było wysypane grubą warstwą piasku. Dobry pomysł, podziwiałem
      mieszkańców. Też bym tak zrobił. Musieli się napracować. Piach chronił je przed
      ogniem. "Po wojnie tylko go usuną", myślałem. Przez okno rzucałem w kierunku
      sąsiedniego kina zapalające butelki z benzyną. Dom obrzucony takimi butelkami
      stawał zwykle w płomieniach. Myślałem, że wykurzyliśmy Polaków, ale oni ciągle
      strzelali i rzucali granaty. W kurzu kolejnego wybuchu zacząłem zbiegać po
      schodach. Kiedy mijałem okno na klatce, poczułem ból jak od uderzenia pejczem i
      coś gorącego. Twarz i ręce we krwi. Czułem, że jestem ciężko ranny. Koledzy
      też. Zdarli mi spodnie i zaczęli kulać ze śmiechu. Na pośladku miałem małą
      szramę. Kula trafiła w manierkę z kawą.

      Gefreiter Bubi w gazecie

      Chyba jakoś wtedy awansowali Bubiego na Gefreitera (kaprala). Awans był
      automatyczny po 15 walkach wręcz. Każdą walkę wpisywali do książeczki
      wojskowej. Nawet Fels bąknął coś o dzielności Schenka. Tym bardziej że we
      frontowym "Das Weichselblatt" ("Wiślanej Gazecie") napisali, że Gefreiter
      Schenk uwolnił niemieckich jeńców.

      - To był czysty przypadek. Po prostu wysadzałem kolejne drzwi. Zakładam ładunek
      i słyszę: "Nicht schießen!". Biała flaga w oknie. Drzwi się otworzyły i wyszło
      30 niemieckich żołnierzy. Płakali z radości, wycałowali mnie. Mówili, że
      Polacy, którzy wzięli ich do niewoli, traktowali ich dobrze.

      Za Warszawę Bubi dostał Krzyż Żelazny drugiej klasy.

      Żona śpi długo, ja próbuję ich policzyć

      - Czasem pokazują na filmach jakieś sceny z Powstania, ale tam nie ma nic, co
      ja widziałem. Nikomu jeszcze tak dokładnie nie opowiadałem. Tak o wszystko
      pytacie. Macie prawo. Ale wszystko się znowu budzi. Wtedy nie mieliśmy pojęcia,
      że ci zabici nigdy nie umrą, że będą zawsze obok. Wszystko działo się tak
      szybko. Krzyki, strzały. Pojedyncze twarze. Jakoś bardzo mocno się uczepiły
      mojej pamięci.

      (Schenk chowa twarz w dłoniach).

      - Wysadziliśmy drzwi, chyba do szkoły. Dzieci stały w holu i na schodach. Dużo
      dzieci. Rączki w górze. Patrzyliśmy na nie kilka chwil, zanim wpadł
      Dirlewanger. Kazał zabić. Rozstrzelali je, a potem po nich chodzili i rozbijali
      główki kolbami. Krew ciekła po tych schodach. Tam w pobliżu jest teraz tablica,
      że zginęło 350 dzieci. Myślę, że było ich więcej, z 500.

      Albo ta Polka (Schenk nie pamięta, jaka to była akcja). Za każdym razem, kiedy
      szturmowaliśmy piwnicę, a były w niej kobiety, dirlewangerowcy je gwałcili.
      Często kilku tą samą, szybko, nie wypuszczając broni z rąk. Wtedy, po jakiejś
      walce wręcz, trząsłem się pod ścianą, nie mogłem się uspokoić; wpadli ludzie
      Dirlewangera. Jeden wziął kobietę. Była ładna, młoda. Nie krzyczała. Gwałcił
      ją, przyciskając mocno jej głowę do stołu. W drugiej ręce miał bagnet. Najpierw
      rozciął jej bluzkę. Potem jedno cięcie, od brzucha po szyję. Krew chlusnęła.
      Czy wiecie, jak szybko zastyga krew w sierpniu...?

      Jest też to małe dziecko w rękach Dirlewangera. Wyrwał je kobiecie, która stała
      w tłumie na ulicy. Podniósł wysoko i wrzucił do ognia. Potem zastrzelił matkę.

      A tamta dziewuszka, która wyszła nagle z piwnicy, była chuda i niewysoka,
      jakieś 12 lat. Ubranko podarte, włosy rozczochrane. Z jednej strony my, z
      drugiej Polacy. Stała pod ścianą, nie wiedziała, gdzie uciec. Podniosła rączki,
      powiedziała: "Niś partizani". Machnąłem do niej, żeby się nie bała, żeby
      podeszła. Szła z rączkami do góry. W jednej coś ściskała. Była już blisko, padł
      strzał, główka jej odskoczyła. Z ręki wypadł kawałek chleba. Wieczorem podszedł
      do mnie plutonowy, był z Berlina. "Czyż to nie był mistrzowski strzał?" -
      uśmiechnął się z dumą.

      Często przychodziły do nas dzieci. Nie mogły znaleźć rodziców. Chciały chleba.
      Mały Polak przynosił nam jedzenie na wartę. Chyba nie był jeńcem. Nie wiem.
      Miałem wtedy wartę w fabryce tekstyliów w piwnicy. Nie mówił po niemiecku, ale
      potrafiliśmy porozumiewać się gestami. Jak miałem, dawałem mu papierosy.
      Przechodził esesman. Kiwnął na niego, mały poszedł za nim. Usłyszałem strzał.
      Pobiegłem, chłopiec leżał martwy na schodach. Esesman skierował pistolet na
      mnie. Patrzył długo, ale odszedł. Tak było w Warszawie.

      Naszą maskotką był kaleki chłopiec, też ze 12 lat. Stracił nogę, ale potrafił
      bardzo szybko skakać na drugiej. Był z tego bardzo dumny. Zawsze skakał wokół
      żołnierzy, w tą i z powrotem. Mówiliśmy, że to na szczęście. Trochę pomagał.
      Któregoś dnia zawołali go esesmani. Skoczył do nich chętnie. Śmiali się, kazali
      mu skakać w stronę drzew. Widziałem z daleka, jak wsuwają mu dwa granaty do
      torby. Nie zauważył. Skakał, a oni się śmiali: "Schneller, schneller!"
      (szybciej, szybciej). Wyleciał w powietrze.

      Zwykle budzę się bardzo wcześnie, moja żona śpi długo. Czasem w półśnie widzę
      przed sobą zabitych. Czasem próbuję liczyć tych, których sam zabiłem. Nie mogę
      policzyć.
      • beobachter Re: Coś gorącego 24.08.04, 11:24
        fragment ten powinien znaleźć się po tym, zatytuowanym "Pielęgniarka z małą
        białą flagą". Coś w forum nie zaskoczyło".
        • hierowski Re: Coś gorącego 24.08.04, 15:32
          Wstrząsający tekst.
    • Gość: korn Re: Powstanie Warszawskie w oczach młodego Niemca IP: *.chello.pl 25.08.04, 02:41
      Ten Niemiec okazal sie byc w koncu Belgiem, ale to oczywiscie nie ma znaczenia.
      Tekst rzeczywiscie "dobitny". Miedzy Slaskiem a Warszawa naroslo szereg
      animozji, przyznaje, ze sam nie przepadam za stolica ani jego mieszkancami
      (taki maly szowinizm), ale przyznaje, ze w 1944 roku staneli na wysokosci
      zadania. Nalezy im sie najwyzszy szacunek, niezaleznie od oceny czy Powstanie
      powinno bylo wybuchnac czy nie.
    • Gość: paneuropean Re: Powstanie Warszawskie w oczach młodego Niemca IP: *.cpe.net.cable.rogers.com 25.08.04, 04:13
      Nie Niemca ale Belga. To, ze faceta jezykiem ojczystym jest niemiecki nie
      znaczy od razu, ze jest Niemcem. Niemiecko-jezyczna czesc Belgii Niemcy
      uznawali za swoja i sila wcielali tamtejszych mezczyzn do Wehrmachtu. Podobnie
      bylo w pewnych czesciach Polski (np. wies Rajszew pod Warszawa).
      • Gość: Ramon Re: Powstanie Warszawskie w oczach młodego Niemca IP: *.kdvz.de / *.kdvz-hellweg-sauerland.de 25.08.04, 11:10
        Gość portalu: paneuropean napisał(a):
        > Nie Niemca ale Belga. To, ze faceta jezykiem ojczystym jest niemiecki nie
        > znaczy od razu, ze jest Niemcem. Niemiecko-jezyczna czesc Belgii Niemcy
        > uznawali za swoja i sila wcielali tamtejszych mezczyzn do Wehrmachtu.
        Podobnie
        > bylo w pewnych czesciach Polski (np. wies Rajszew pod Warszawa).
        Das Gebiet Nalmedy/Eupen ist erst nach dem I. Weltkrieg Belgien zugeschlagen
        worden, genauso wie andere Teile Deutschlands.
        Nach dem Einmarsch der Wehrmacht in diese Gebiete waren die Menschen froh von
        der wallonischen Vorherrschaft befreit worden zu sein.
        Das gleiche Verhalten der Bevölkerung hat man im Sudetenland, Oberschlesien
        feststellen können.
        Die meisten Wehrmachtsangehörigen aus diesen Gebieten wurden genauso zum
        Millitärdienst eingezogen wie im restlichen Reichsgebiet.
      • Gość: te Re: Powstanie Warszawskie w oczach młodego Niemca IP: *.cymes.net / 213.20.123.* 25.08.04, 11:50

        Tu ordery i odznaczenia ktore otrzymal:

        www.lexikon-der-wehrmacht.de/Orden/EisernesKreuz1939.htm
        www.lexikon-der-wehrmacht.de/Orden/Nahkampfspange.htm
        • hierowski Re: Powstanie Warszawskie w oczach młodego Niemca 29.09.04, 14:51
          Trochę czasu minęło od kiedy przeczytałem ten tekst i nadal myślę że to jedna z
          najbardziej wstrząsających rzeczy jakie od dawna czytałem. Pomimo że było to 65
          lat temu. Pomyślcie ile bohaterskich epizodów lub strasznych, koszmarnych
          przeżyć nigdy nie zostało opublikowanych lub w inny sposób przekazanych
          potomnym. Czy jednak to właściwie cokolwiek by zmieniło? Pewnie nie, lecz z
          drugiej strony, tym samym takie wydarzenia znikają na zawsze.
          • hierowski Re: Powstanie Warszawskie w oczach młodego Niemca 29.09.04, 14:55

            Jeżeli ktośnie czytał to tekst jest nadal dostępny
            serwisy.gazeta.pl/df/1,34471,2242556.html
          • slaski_mohort Re: Powstanie Warszawskie w oczach młodego Niemca 13.10.04, 13:14
            Przeczytaj sobie Warszawa 1944 na tym forum. To było coś !
            • slonzak1109 Re: Powstanie Warszawskie w oczach młodego Niemca 23.08.05, 18:52
              Ale co to ma wspólnego ze Śląskiem?
              • Gość: 438 Re: Powstanie Warszawskie w oczach młodego Niemca IP: *.cpe.net.cable.rogers.com 23.08.05, 21:03
                slonzak1109 napisał:

                > Ale co to ma wspólnego ze Śląskiem?

                Na tym forum okazuje sie, ze WSZYSTKO ma cos ze Slaskiem wspolnego. Bede pisal
                o suszy w Mozambiku to tez da sie podciagnac pod watek slaski (i Mozambik i
                Slask leza przeciez na poludniu :) ). W tym przypadku chodzi chyba o to, ze
                paru "inteligentnych inaczej" twierdzi tutaj, ze Slazacy tak sie wycierpieli w
                czasie wojny a reszta kraju nie cierpiala. Chodzi o ilustracje tego, ze tak nie
                bylo a ze wrecz bylo odwrotnie.

Nie masz jeszcze konta? Zarejestruj się


Nakarm Pajacyka