Gość: marek
IP: *.neoplus.adsl.tpnet.pl
19.08.05, 14:22
Mój mąż z zawodu jest dyrektorem - mawiała żona bohatera filmu Stanisława
Barei "Poszukiwany, poszukiwana". Dla granego przez Jerzego Dobrowolskiego
PRL-owskiego aparatczyka kompletnie nie miało znaczenia, czy aktualnie
kieruje instytucją zajmującą się budową dróg, ochroną środowiska czy sztuką.
Ważne było, żeby być blisko władzy, tym bardziej, że niczego innego nie umiał
robić.
Podobne refleksje nasunęły się, gdy Włodzimierz Cimoszewicz ogłosił, iż jego
rzecznikiem prasowym będzie Tomasz Nałęcz. Ten niewątpliwie inteligentny
i "błyskotliwy" polityk do perfekcji opanował sztukę przychodzenia na pomoc
zwycięstwu. Jeszcze przed kilkoma tygodniami, gdy wydawało się, że szanse na
wygraną w wyborach prezydenckich ma Marek Borowski, z przekonaniem zachwalał
zalety tej kandydatury, stając nawet na czele sztabu wyborczego lidera SDPL.
Teraz stał się piewcą swego wczorajszego przeciwnika. I to nie piewcą
szeregowym, ale pierwszoligowym.
Gdy w Paryżu wybuchła rewolucja, podobno do okna podszedł znany z cynizmu
Talleyrand i zaczął wołać: "Górą nasi!". Gdy sekretarz zapytał, kogo tak
naprawdę ma na myśli, ten nieco przyciszonym głosem odparł: "To się okaże
jutro!". Wygląda na to, że prof. Nałęcz jest nie tylko znawcą historii
międzywojennej Polski, ale też rewolucyjnej Francji.