kotkowa
19.04.10, 18:10
Jesteśmy już w domu, ale szpital wspominam jak koszmar. W zeszły poniedziałek
zaczęły mi się skurcze i o 7 rano pojawiliśmy się z mężem w szpitalu na Polnej
w Poznaniu. Do 16 akcja porodowa jakoś się toczyła, były skurcze, bóle, ale
wszystko znośne, rozwarcie doszło do 8 cm. Po godzinie 16 cała akcja stanęła w
miejscu, skurcze stały się nie do zniesienia, potworne bóle krzyża, skurcze
parte, a ja czułam, że nie mogę przeć, że w środku coś jest nie tak, coś jest
zablokowane. Wyłam z bólu, mój mąż płakał i błagał, żebym oddychała, bo
synkowi spada tętno jak ja wstrzymuję oddech na szczycie skurczu. Cały czas
byłam podłączona do ktg, do pokoju wchodziły głównie studentki położnictwa,
potem już nikt, potem położna, która stwierdzała tylko, że to już rozwarcie na
8, więc zaraz rodzimy. I to rozwarcie na 8cm trwało wiele godzin i ani
drgnęło. W końcu ok 23.00!! przyszedł lekarz i zrobił usg. Okazało się, że
synek jest ułożony potylicowo, źle wstawia się do kanału rodnego, nie schodzi
niżej, szyjka jest rozwarta wciaż na 8cm i jest nierówna, z jednej strony
grubsza. Najpierw podali mi oksytocyne, która nic nie dała, bóle tak czy siak
były już nie do wytrzymania, więc oksytocyna już na mnie nie zrobiła wrażenia,
ale nadal nic. Potem zaproponowali ZZO, ale na szczęście przyszedł jeszcze
inny lekarz, który uznał, że ZZO pogorszy sprawę, bo nie będę nic czuła, a na
dodatek sytuacja nie rokuje szybkiego zakończenia porodu, a ja rodzę już 16
godzin i postanowili zrobić cesarkę. Przy cesarce leżąc na stole słyszałam
rozmowę, że to już bardzo zaawansowany poród, dziecko jest prawie w kanale i
mają trudności z jego wyjęciem. Ale udało się. Cesarka trwała dłużej niż
zwykle, straciłam dużo krwi, ale synuś jest cały i zdrowy, dostał 10 punktów.
Staram się zapomnieć o tym porodzie, synek jest całym moim światem. Ale
szpital to katastrofa, nikt się mną nie interesował przez niemal 16 godzin
powikłanego porodu. Późniejszy pobyt to też katastrofa, leżałam na sali z 5
dziewczynami i 5 noworodkami, trochę za dużo, nie zmrużyłam oka przez 5 dni
pobytu tam. Nikt też nie interesował się stanem dzieci. Mój Krzysiu przez 2
dni i 2 noce strasznie płakał, nie mogłam go odłożyć na minutę do łóżeczka,
ciągle chciał być przy piersi. Położne się śmiały, że mnie szantażuje, że
zrobił sobie ze mnie smoczka itd, a okazało się, że on mimo wiszenia przy
piersi non stop, prawie nic nie jadł! Spadł na wadze grubo poniżej normy, był
strasznie głodny, a ja nie wiedziałam o co chodzi. Do tej pory mam problem, bo
nie je z piersi efektywnie, tylko przy niej zasypia i słabo ssie i musi być
dokarmiany. Syf na maksa, w życiu nie wrócę na Polną. Moje dziecko mogło
umrzeć z głodu i nikt z szanownych profesorów i położnych nie zauważyłby, że
coś się dzieje. A przy porodzie gdyby nie mój mąż to wolę nie myśleć. To on
czuwał nad tętnem dziecka, pomagał mi rodzić. Nikogo innego nie było.